Kiedy telefon zaczął dzwonić, Sergio stał po drugiej stronie linii i udawał, że martwi się o moje zdrowie, choć kilka minut wcześniej nasączył moją poduszkę czymś, co mogło mnie zabić.
— Clara? Jak się czujesz? — zapytał miękko.
Siedziałam w gabinecie doktor Eleny Robles, owinięta kocem, z trzema szczelnymi workami leżącymi na metalowym stole. W środku znajdowała się poszewka z mojej sypialni. Na białej tkaninie widniała brunatna plama, ledwie widoczna pod lampą.
— Nadal mam gorączkę — odpowiedziałam.
— Mówiłem ci, żebyś odpoczywała. Nie powinnaś teraz zajmować się apteką.
To ostatnie zdanie zabrzmiało zbyt szybko. Zbyt wygodnie.
— Wróciłeś już z Barcelony?
Po drugiej stronie zapadła krótka przerwa.
— Jeszcze nie. Mam spotkanie do późna. Dlaczego pytasz?
Patrzyłam na Elenę. Przycisnęła palec do ust. Nie mogłam mu powiedzieć, że widziałam go w naszej sypialni. Nie mogłam powiedzieć, że jego samochód stał pod domem, a obok kierownicy siedziała nieznajoma brunetka w ogromnych okularach.
— Tak tylko — powiedziałam. — Chciałam usłyszeć twój głos.
— Kocham cię, skarbie. Śpij spokojnie.
Gdy się rozłączył, przez chwilę słyszałam tylko szum aparatu wentylacyjnego. Zwykle jego czułe słowa uspokajały mnie. Tego wieczoru poczułam po nich mdłości.
Elena zdjęła rękawiczki i wrzuciła je do żółtego pojemnika.
— Wynik wstępny potwierdza silny środek drażniący — powiedziała. — Przy twojej alergii mogłaś dostać obrzęku dróg oddechowych.
— On wiedział.
— Wiedział wszystko. Był przy tobie na izbie przyjęć dwa lata temu.
Przypomniałam sobie tamtą noc. Sergio trzymał wtedy moją dłoń i powtarzał, że bez niego bym nie przeżyła. Później przez wiele tygodni pilnował, żebym nie jadła niczego podejrzanego. Znał moje leki, objawy i czas, po którym zaczynałam tracić oddech.
Teraz ta wiedza leżała na stole w trzech workach.
O dwudziestej pierwszej spotkałam się z Inés Ferrer w jej kancelarii przy ulicy Colón. Na biurku leżała czerwona teczka, a obok niej mój stary mosiężny brelok w kształcie moździerza. Ojciec podarował mi go w dniu, kiedy przekazał mi aptekę.
— Nie wracaj dziś do domu — powiedziała Inés. — I nie pokazuj Sergiowi, że cokolwiek podejrzewasz.
— Chciał mnie otruć?
— Tego jeszcze nie wiemy. Wiemy natomiast, że ktoś bardzo chciał, żebyś zachorowała w swoim łóżku.
Wyjęła z teczki wydruk wiadomości.
— Przejrzałam rachunki apteki. W zeszłym miesiącu pojawiły się trzy przelewy na spółkę, której nie znam. Wszystkie zatwierdzono podpisem przypominającym twój.
Serce uderzyło mi mocniej.
— Ja niczego nie podpisywałam.
— Właśnie dlatego musimy sprawdzić, kto miał dostęp do kluczy i dokumentów.
Wtedy przypomniałam sobie coś, co wcześniej uznałam za zwykłą troskę. Sergio od tygodni prosił, żebym dała mu zapasowy klucz do apteki.
— Powtarzał, że powinien móc wejść tam w nagłym wypadku — powiedziałam.
Inés spojrzała na mnie znad okularów.
— A dałaś mu go?
— Nie. Klucz mam ja i Marta.
Telefon zawibrował na stole. Nowa wiadomość od Sergia brzmiała: „Musimy porozmawiać. Jutro przekaż mi klucze do apteki. To dla twojego bezpieczeństwa”.
Nie zdążyłam odpowiedzieć. Inés nagle podniosła głowę, bo na korytarzu rozległy się ciężkie kroki. Ktoś zatrzymał się tuż przed drzwiami kancelarii, a potem wsunął pod nie białą kopertę. Inés wyciągnęła rękę, żeby ją podnieść…
CZĘŚĆ 2
…ale zanim dotknęła koperty, klamka drgnęła.
Inés odsunęła mnie za regał z aktami. W kancelarii pachniało kurzem i kawą, a mój mosiężny brelok leżał na biurku jak dowód, którego nikt jeszcze nie rozumiał.
Drzwi otworzyły się gwałtownie. W progu stał Sergio.
— Clara, dlaczego nie odbierasz? — zapytał.
— Przecież rozmawialiśmy — odpowiedziałam, wychodząc zza regału.
Jego wzrok natychmiast padł na kopertę.
— Co robisz u Inés?
— To samo mogłabym zapytać ciebie. Miałeś być w Barcelonie.
Sergio zacisnął szczękę. Z bliska widziałam drobne włókno kurzu na jego mankiecie. Takie same znalazłam później na narzucie przy poduszce.
— Martwię się o ciebie — powiedział. — Masz gorączkę, zachowujesz się podejrzanie i oskarżasz mnie bez powodu.
— Nie oskarżam. Pytam, dlaczego wszedłeś do domu bez słowa.
— Bo chciałem sprawdzić, czy żyjesz.
Elena, która czekała w samochodzie przed kancelarią, zadzwoniła wtedy do mnie. Włączyłam głośnik.
— Clara, laboratorium znalazło jeszcze coś — powiedziała. — Substancja nie była przypadkowym środkiem czyszczącym. Ktoś dobrał ją pod twoją alergię.
Twarz Sergia stężała.
— To absurd — rzucił. — Elena od dawna mnie nie lubi.
— A ty od dawna prosisz o mój klucz — powiedziałam.
— Bo apteka jest także częścią naszego małżeństwa.
— Nie. Została mi po ojcu.
Po raz pierwszy tego wieczoru stracił cierpliwość.
— Twój ojciec nie żyje, Clara. Nie możesz wiecznie udawać, że wszystko należy tylko do ciebie.
Słowa zawisły między nami. Inés powoli podniosła kopertę i obejrzała ją pod światło.
— Sergio, kto ją przyniósł?
— Nie mam pojęcia.
— A skąd wiedziałeś, że tu będzie?
Nie odpowiedział. Jego telefon zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię Nadia. Mężczyzna odwrócił urządzenie, ale zdążyłam zobaczyć zdjęcie tej samej brunetki, którą widziałam w furgonetce.
Sergio schował telefon do kieszeni.
— To sprawy zawodowe.
— W środku nocy? — zapytałam.
— Nie będę się tłumaczył z każdej rozmowy.
Inés rozdarła kopertę. W środku znajdowała się kopia dokumentu z pieczęcią notariusza i fotografia mojego podpisu. Na dole widniała nazwa apteki oraz suma tak wysoka, że zabrakło mi powietrza.
— Co to jest? — wyszeptałam.
— Umowa zabezpieczenia pożyczki — odparła Inés. — Ktoś użył apteki jako zastawu.
Sergio ruszył do biurka.
— Oddaj mi to.
Inés schowała dokument za plecy.
— Nie masz prawa go dotykać.
— Clara, posłuchaj mnie. Zaciągnąłem pożyczkę, ale zamierzałem ją spłacić.
— Na moje nazwisko?
— To miało być tymczasowe.
Wtedy drzwi otworzyły się ponownie. Do środka weszła Marta, moja pracownica, blada i mokra od deszczu. W dłoni trzymała metalowe pudełko po starych tabletkach.
— Clara — powiedziała, patrząc na Sergia — znalazłam to w szufladzie twojego ojca. I chyba wiem, kto sfałszował podpis.
Sergio zrobił krok w jej stronę.
— Marta, wracaj do apteki.
— Nie tym razem — odpowiedziała.
Położyła pudełko na stole. Pod wieczkiem znajdowała się złożona kartka z pieczęcią i krótką notatką mojego ojca. Marta wskazała dolną linię.
— Twój ojciec kazał mi to zachować, gdyby Sergio kiedykolwiek poprosił o klucze. Napisał, że dokument ujawni, co wydarzyło się przed jego śmiercią…
CTA_PART1_PLACEHOLDER
CZĘŚĆ 3
…Marta rozłożyła kartkę na biurku. Papier był pożółkły, a w rogu widniał odciśnięty ślad moździerza — znak, którego ojciec używał na prywatnych notatkach.
Przeczytałam pierwsze zdanie i poczułam, jak zimno przechodzi mi po karku.
„Jeśli Sergio poprosi o klucze, nie dawaj mu ich. Nie chodzi o pieniądze. Chodzi o receptury i nazwiska dostawców, które chce wynieść z apteki”.
— Kiedy to napisał? — zapytałam.
— Trzy dni przed śmiercią — odpowiedziała Marta. — Znalazł faktury wystawiane przez spółkę Nadii. Sergio brał leki z magazynu i sprzedawał je poza oficjalnym obiegiem.
Sergio pobladł.
— Kłamiesz.
— Widziałam, jak wynosił kartony — powiedziała Marta. — Twój ojciec też to widział. Chciał cię zwolnić, ale wtedy Sergio zagroził, że ujawni jego stare błędy podatkowe.
— Mój ojciec nie popełniał błędów — wyszeptałam.
Marta spojrzała na mnie z bólem.
— Popełnił jeden. Ufał mężowi swojej córki.
Inés zestawiła podpis z dokumentu z próbką mojego podpisu z aktu przejęcia apteki.
— To nie jest podpis Clary — oznajmiła. — Ktoś skopiował go z pełnomocnictwa.
— Sergio — powiedziałam.
— Nie możesz tego udowodnić — syknął.
Wtedy Marta otworzyła metalowe pudełko i wyjęła mały klucz do sejfu. Ojciec nosił go zawsze przy łańcuszku pod koszulą. Znałam go od dzieciństwa.
— Zostawił go u mnie — powiedziała. — Powiedział, że jeśli coś mu się stanie, sejf otworzy tylko Clara.
Sergio rzucił się do stołu, lecz Elena stanęła między nami.
— Dotknij jej, a wezwę pomoc — ostrzegła.
— Nie rozumiecie! — krzyknął. — Nadia miała długi. Pożyczkodawcy grozili jej dzieckiem. Potrzebowałem pieniędzy.
— Więc próbowałeś sprzedać moją aptekę? — zapytałam.
— Chciałem tylko pożyczyć.
— A poduszka?
Jego spojrzenie uciekło w bok.
Nie musiał odpowiadać.
Inés otworzyła sejf w zapleczu kancelarii, gdzie przechowywała dokumenty mojego ojca. W środku znajdowała się koperta z nazwiskiem notariusza, trzy faktury i druga umowa. Wynikało z nich, że Sergio nie tylko zastawił aptekę. Przepisał także prawa do jej przyszłego przejęcia na spółkę Nadii, jeśli nie spłaci długu do piątku.
Do piątku zostały dwa dni.
Mój telefon zadzwonił. Tym razem numer należał do banku.
— Pani Valdés — powiedział kobiecy głos — ktoś właśnie próbował wypłacić środki z rachunku apteki przy użyciu pani pełnomocnictwa.
Spojrzałam na Sergia. Jego ręka drżała nad kieszenią płaszcza.
— Kto próbował? — zapytałam.
— Osoba przedstawiająca się jako współwłaścicielka. Nadia Molina.
Sergio zamknął oczy.
— Nadia jest w aptece — powiedział cicho.
A wtedy z telefonu dobiegł krzyk Marty, która wybiegła na ulicę.
— Clara! W magazynie jest dym! Ktoś podpalił dokumenty i zamknął tylne drzwi!…
Teczka Nadii zawierała coś, czego Sergio nie przewidział…
Myślałam, że znam już wszystkie jego kłamstwa. Finał pokazał mi, że prawdziwa stawka była większa niż nasze małżeństwo.
„To nie ja podpaliłam archiwum”.
Wtedy zrozumiałam, że ktoś jeszcze próbował się wyrwać z jego pułapki.
👇 Finał tej historii jest już otwarty.






