CZĘŚĆ 4 — Wróciłam wcześniej z gorączką i zobaczyłam męża przy mojej poduszce, lecz jego wiadomość sprawiła, że pobladła nawet moja prawniczka

CZĘŚĆ 4

…Przez sekundę nikt się nie poruszył.

Potem Marta krzyknęła do telefonu:

— Clara, ogień jest przy archiwum!

Poderwałam się z krzesła tak gwałtownie, że metalowy brelok spadł na podłogę. Mosiężny moździerz uderzył o kafelki i potoczył się pod szafkę.

Sergio ruszył pierwszy.

— Muszę tam jechać.

— Nie — powiedziała Inés. — Ty masz zostać tutaj.

— Nadia jest w środku!

— I dlatego chcesz do niej dołączyć?

Nie czekałam na odpowiedź. Wybiegłam z kancelarii razem z Eleną i Martą. Samochód stał przy krawężniku, a deszcz spływał po szybie tak gęsto, że światła uliczne rozmazywały się w długie, żółte smugi.

W drodze zadzwoniła Inés.

— Zablokowałam rachunki apteki i wysłałam dokumenty do banku. Nie jedź sama na zaplecze.

— Muszę odzyskać księgi ojca.

— Clara, nie chodzi już tylko o księgi.

— Wiem.

Patrzyłam na metalowe pudełko leżące na moich kolanach.

— Chodzi o to, co mój ojciec próbował ochronić.

Kiedy dotarłyśmy na miejsce, z bocznych drzwi apteki wydobywał się czarny dym. Szyld nad wejściem mrugał, choć prąd był wyłączony. Marta pobiegła po gaśnicę, a Elena chwyciła mnie za ramię.

— Nie wchodź bez maski.

— Wiem, gdzie jest archiwum.

— A ja wiem, że masz alergię i gorączkę.

— Elena, tam jest praca mojego ojca.

Spojrzała mi w oczy, po czym podała mi wilgotną chustkę i swoją lekką maskę ochronną.

Weszłyśmy przez główne drzwi. W środku pachniało spalonym papierem i plastikiem. Płomienie objęły kartonowe pudła przy ścianie, lecz stalowa szafa z dokumentami nadal była zamknięta.

Marta dopadła do tylnego korytarza.

— Nadia! Gdzie jesteś?

Z magazynu dobiegło łomotanie.

— Tutaj! Drzwi się zacięły!

Marta wyważyła zasuwę gaśnicą. Nadia wypadła na korytarz, kaszląc. Miała rozcięty policzek i trzymała przy piersi skórzaną teczkę.

— Pomóżcie mi — wysapała.

— Co zrobiłaś? — zapytałam.

— To nie ja podpaliłam archiwum.

— A kto?

Nadia spojrzała na teczkę.

— Sergio. Kazał mi zabrać dokumenty, zanim bank je zobaczy. Kiedy odmówiłam, zamknął mnie w magazynie.

Poczułam, jak coś we mnie pęka. Przez wiele tygodni wyobrażałam sobie, że Nadia jest wspólniczką, która razem z nim zaplanowała wszystko. Tymczasem to ona trzymała przy sobie dowód, który mógł ocalić aptekę.

— Dlaczego mu pomagałaś? — zapytałam.

— Bo mój syn ma chorobę metaboliczną. Sergio obiecał, że załatwi lek, którego nie mogłam dostać. Potem zaczął żądać pieniędzy. Kiedy przestałam się zgadzać, zagroził, że zostawi dziecko bez leczenia.

Elena wskazała na teczkę.

— Co jest w środku?

Nadia podała ją mnie.

— Oryginał umowy. I list twojego ojca, którego Sergio nie znalazł.

W tej samej chwili na zewnątrz rozległ się huk hamulców. Sergio wbiegł przez główne drzwi, mimo dymu.

— Nadia!

— Nie zbliżaj się — powiedziała.

Zatrzymał się przed płonącym archiwum.

— Oddaj teczkę, a wszystko naprawię.

— Tak jak naprawiłeś poduszkę Clary? — spytała.

Jego twarz zmieniła się w coś obcego.

— To miał być tylko napad duszności. Chciałem, żeby trafiła do szpitala, podpisała pełnomocnictwo i przez kilka dni nie wiedziała, co się dzieje.

Słowa padły wśród syren alarmu i trzasku płonącego papieru.

Marta ścisnęła gaśnicę.

— Powtórz to.

Sergio rozejrzał się, jakby dopiero teraz zauważył, że wszyscy go słyszą.

— Nie chciałem jej zabić — powiedział. — Potrzebowałem tylko czasu.

— Czasu na co? — zapytałam.

— Na spłatę długu.

— Długu, który zaciągnąłeś na moją aptekę.

— Nadia miała informacje o dostawcach. Gdyby je sprzedała, straciłbym wszystko.

— Nie — odpowiedziała Nadia. — Ty bałeś się, że stracisz dostęp do leków.

To był nieoczekiwany cios. Sergio nie chodziło wyłącznie o pieniądze. Od miesięcy sprzedawał drogie preparaty ludziom, których nie stać było na oficjalny zakup, a potem tłumaczył sobie, że tylko „przenosi towar tam, gdzie jest potrzebny”. Dług Nadii stał się wymówką. Apteka była dla niego magazynem, nazwiskiem i tarczą.

Przyjechała straż pożarna. Strażacy ugasili ogień, a Inés pojawiła się chwilę później z wydrukami blokady rachunków i podpisanym zgłoszeniem do izby aptekarskiej. Nie pozwoliła, żeby sprawa zniknęła wśród małżeńskich wyjaśnień.

Sergio został zabrany na przesłuchanie w sprawie podpalenia, fałszerstwa i narażenia mojego zdrowia. Nie patrzyłam, kiedy wyprowadzano go z budynku. Zobaczyłam za to Martę, która klęczała przy stalowej szafie i ocierała sadzę z metalowej tabliczki z nazwiskiem mojego ojca.

— Dokumenty są całe — powiedziała.

— Nie wszystkie.

— Najważniejsze tak.

W teczce Nadii znalazłam list. Ojciec napisał go kilka dni przed śmiercią.

„Clara, jeśli czytasz te słowa, to znaczy, że ktoś próbował wykorzystać twoje zaufanie. Nie oddawaj apteki temu, kto mówi o rodzinie, kiedy naprawdę myśli o własnym ratunku. Apteka nie jest skarbcem. Jest obietnicą, że człowiek przyjdzie po pomoc i nie zostanie potraktowany jak okazja”.

Czytałam ten fragment w wypalonej części zaplecza, z dymem wciąż wiszącym pod sufitem.

Sergio próbował później skontaktować się ze mną przez Inés. Nie prosił o powrót. Prosił o wycofanie zgłoszenia, bo bez apteki i dostępu do magazynu nie miał czym spłacić ludzi, którym był winien pieniądze.

Odmówiłam.

Nie dlatego, że chciałam jego upadku. Po prostu nie mogłam po raz drugi udawać, że cudze zagrożenie usprawiedliwia krzywdę.

Nadia złożyła własne zeznania i przekazała dokumenty dotyczące sprzedaży leków. W zamian za współpracę otrzymała pomoc dla syna przez fundację, z którą współpracowała apteka mojego ojca. To był jego ostatni, niedokończony projekt. Znalazłam go wśród ocalałych papierów: program finansowania terapii dla rodzin, których nie stać na drogie leczenie.

Mogłam sprzedać lokal i spłacić wszystkie koszty remontu. Inés uważała, że byłoby to rozsądne.

— Po tym wszystkim masz prawo zacząć gdzie indziej — powiedziała.

— Mój ojciec chciał, żebym zaczęła tutaj.

— To nie jest już jego decyzja.

— Wiem. Dlatego podejmę ją sama.

Tydzień później apteka została ponownie otwarta. Ściana przy archiwum była poczerniała, część półek trzeba było wyrzucić, a nad ladą wisiała nowa tabliczka z nazwiskiem mojego ojca.

Marta ustawiła na półce metalowe pudełko.

— Zostawiasz je tutaj?

— Tak.

— Po co?

Włożyłam do środka kopię listu, klucz do sejfu i starą fotografię ojca przy pierwszym szyldzie apteki.

— Żeby pamiętać, że zaufanie nie jest tym samym co czujność.

Tego popołudnia do apteki weszła Nadia z synem. Chłopiec trzymał receptę obiema rękami. Podszedł do lady, a ja sprawdziłam dokument i przygotowałam lek z lodówki.

— Ile płacimy? — zapytała Nadia.

Podałam jej opakowanie.

— Dziś nic.

— Clara, nie mogę tego przyjąć.

— To nie prezent ode mnie. To pierwszy lek z programu mojego ojca.

Nadia zacisnęła palce na pudełku. Jej oczy wypełniły się łzami, ale nie odwróciła wzroku.

Za jej plecami Marta przekręciła tabliczkę na drzwiach magazynu. Widniał na niej napis: „Dostęp tylko dla upoważnionych”.

Wzięłam mosiężny brelok w kształcie moździerza i zawiesiłam go przy kasie, tuż obok kluczy do sejfu.

Nie jako pamiątkę po małżeństwie.

Jako znak, że miejsce, które ojciec zbudował dla ratowania ludzi, nie będzie już narzędziem w cudzych rękach.

Chłopiec przycisnął lek do piersi, a Nadia powiedziała cicho:

— Twój ojciec byłby z ciebie dumny.

Spojrzałam na kartkę z jego pismem, leżącą obok rachownika.

— On nie chciał, żebym była odważna — odpowiedziałam. — Chciał, żebym wiedziała, komu otwieram szufladę z lekarstwami.

Mosiężny moździerz odbił światło lampy, kiedy chłopiec wychodził z apteki z dawką, której ktoś próbował użyć jako broni.

Оцените статью