CZĘŚĆ 4 — Szef mafii zatrzymał windę między piętrami, a jego szept sprawił, że mój własny przełożony nagle pobladł

CZĘŚĆ 4

Miejsce rozpoznałam od razu.

To nie była kuchnia Julii.

Na zdjęciu widniały kremowe kafelki, mosiężna lampa i rząd szklanych słoików z suszonymi papryczkami. Znałam tę kuchnię. Należała do restauracji Morettiego przy starym targu.

—To jego lokal — powiedziałam.

Adrian spojrzał na fotografię i zesztywniał.

—Nie. Restauracja jest zamknięta od miesięcy.

—Właśnie dlatego wybrali to miejsce.

Marta chwyciła mój nadgarstek.

—Nie możesz tam jechać sama.

—Nie zamierzam.

Adrian już wybierał numer.

—Luca, zbierz dwóch ludzi i jedź do restauracji. Bez broni na widoku. Nikt nie wchodzi, dopóki nie będę na miejscu.

—Nie — przerwałam mu.

Spojrzał na mnie.

—Co?

—Jeśli Gonzalo obserwuje Julię, zobaczy twoich ludzi przed wejściem. Chce, żebym przyjechała sama. Pojadę sama.

—To pułapka.

—Wiem.

—Nie pozwolę ci wejść tam bez ochrony.

—A ja nie pozwolę, żeby twoja ochrona dała mu pretekst do zrobienia z Julii zakładniczki w wojnie między wami.

Przez sekundę patrzyliśmy na siebie nad zakurzoną księgą rachunkową.

Marta nagle podniosła głowę.

—Jest drugi sposób.

Z kieszeni płaszcza wyjęła mały miedziany klucz.

—W starej drukarni jest przewód do dawnego systemu połączeń. Restauracja i magazyn przy targu miały wspólną instalację. Gonzalo używał jej, kiedy nie chciał dzwonić z własnego telefonu.

—Możesz się podłączyć? — spytał Adrian.

—Mogę otworzyć linię, ale potrzebuję kilku minut.

—Nie mamy kilku minut.

—Mamy dwadzieścia siedem — odpowiedziałam. — Tyle zostało z jego ultimatum.

Adrian spojrzał na mnie z gniewem.

—Nie jesteś do tego przygotowana.

—Przez trzy miesiące przygotowywał mnie twój wróg. Mam w głowie każdą umowę, którą kazał mi poprawić. Wiem, gdzie ukrył klauzule. Wiem, które nazwiska powtarzają się w przelewach. I wiem, że jeśli teraz pobiegnę bez planu, Julia zniknie razem z dowodami.

Marta podała mi księgę.

—W takim razie weź to.

—Nie. Ty zostajesz tutaj.

—Gonzalo i tak wie, gdzie jestem.

—Właśnie dlatego dziś przestajesz się ukrywać.

O 22:41 wysłałam skan pierwszej strony księgi do wspólników kancelarii, do banku i do kilku klientów, których nazwiska widniały przy przelewach. Nie wysłałam wyjaśnienia. Tylko dokument i godzinę spotkania następnego ranka.

Adrian patrzył na ekran mojego telefonu.

—Jeśli Gonzalo zobaczy, że to zrobiłaś, będzie wiedział, że stracił kontrolę.

—Niech wie.

—A jeśli skrzywdzi Julię?

—Wtedy wszyscy będą wiedzieli, gdzie jej szukać.

To był pierwszy ruch, którego Adrian się po mnie nie spodziewał.

Do restauracji weszłam o 22:58. W środku pachniało zimnym tłuszczem i przyprawami, a zasłony poruszały się przy wybitym oknie. Julia siedziała przy stole, z rękami związanymi plastikową opaską. Obok niej stał Gonzalo.

—Zostaw teczkę — powiedział.

—Najpierw pokaż, że żyje.

Julia uniosła głowę.

—Clara, nie oddawaj mu księgi!

Gonzalo uderzył dłonią w stół.

—Miałaś przyjechać sama.

—Przyjechałam.

—Gdzie jest Moretti?

—Nie wiem.

Uśmiechnął się i wskazał na telefon leżący przy talerzu.

—Wiesz, co jest najgorsze? Że on również cię wykorzystał. To on polecił cię do kancelarii dwa lata temu.

Ziemia jakby odsunęła się spod moich stóp.

—Co powiedziałeś?

—Myślałaś, że dostałaś pracę dzięki wynikom? Moretti przysłał twoje nazwisko. Potrzebował kogoś uczciwego, kogo można było umieścić między pieniędzmi a dokumentami.

Julia spojrzała na mnie z przerażeniem.

—Clara, nie słuchaj go.

Adrian wszedł przez boczne drzwi.

Gonzalo natychmiast wyciągnął broń i przycisnął ją do ramienia Julii.

—Jeszcze krok, a ona zapłaci za twoją lojalność.

Adrian zatrzymał się.

—Puść ją.

—Najpierw oddaj mi księgę.

—Nie masz już czego szantażować — powiedziałam.

Gonzalo zmrużył oczy.

—Co zrobiłaś?

—Wysłałam kopie wszystkim, których okradałeś.

Przez chwilę słychać było tylko brzęczenie lodówki za barem.

—Blefujesz.

—Zadzwoń do kancelarii.

Telefon Gonzala zadzwonił, zanim zdążył odpowiedzieć. Zerknął na ekran. Potem na mnie.

—To niemożliwe.

—Możliwe. Twoje nazwisko jest przy każdym przelewie. Moje tylko na fałszywych dokumentach.

Gonzalo cofnął się o krok.

—Moretti cię do tego namówił.

—Nie. Ty nauczyłeś mnie czytać między wierszami.

Adrian powoli opuścił ręce.

—Wypuść dziewczynę, a odejdziesz żywy.

Gonzalo roześmiał się nerwowo.

—Ty zawsze myślisz, że wszystko można kupić.

—Nie — odpowiedział Adrian. — Dlatego przyszedłem bez pieniędzy.

Marta odezwała się z telefonu w mojej kieszeni. Zostawiłam połączenie otwarte, gdy wchodziłam do restauracji.

—A ja mam coś, czego nie można kupić — powiedziała. — Twój podpis pod poleceniem, żeby zabić księgę.

Gonzalo odwrócił głowę w stronę głośnika.

—Marta?

—Tak. I twój głos na żywo, kiedy właśnie przyznałeś, że to wszystko organizowałeś.

Jego twarz straciła kolor.

Nie musiałam prosić Julii, żeby się ruszyła. Odepchnęła stół, przewróciła krzesło i rzuciła się w moją stronę. Adrian chwycił ją za ramię i osłonił własnym ciałem.

Gonzalo podniósł broń.

Wtedy zgasły światła.

Nie wiedziałam, czy to Marta odłączyła zasilanie, czy ktoś z ludzi Adriana. Usłyszałam trzask, krótki krzyk i metaliczny upadek na podłogę.

Kiedy zapaliło się światło awaryjne, broń leżała pod stołem, a Gonzalo siedział na kolanach. Nie został pokonany przez Adriana.

Przewróciła go własna księga.

Na podłodze otworzyła się na stronie z przelewem podpisanym jego inicjałami.

Julia wtuliła się we mnie.

—Myślałam, że już cię nie zobaczę.

—Ja też się bałam.

—A on? — spytała, wskazując Adriana.

Spojrzałam na niego.

—On nie jest bohaterem.

Adrian przyjął te słowa bez protestu.

—Nie jestem — powiedział. — Ale mam dla ciebie jeszcze jedną prawdę.

Wyjął z kieszeni kopertę, tym razem białą, z pieczęcią kancelarii.

—Twój pierwszy wniosek o pracę nie przyszedł ode mnie. Gonzalo go znalazł, bo twój ojciec kiedyś odmówił mu podpisania fałszywego kontraktu. Chciał mieć cię blisko jako zemstę.

Zrozumiałam wtedy, dlaczego przez dwa lata Gonzalo poprawiał moje dokumenty osobiście. Dlaczego zawsze wiedział, kiedy wracam do domu. Dlaczego tak łatwo było mu wmówić mi, że zawdzięczam mu wszystko.

Adrian mówił dalej:

— Twój ojciec nie był jego wspólnikiem. Był człowiekiem, który próbował go powstrzymać. Gonzalo doprowadził do jego bankructwa, a potem kupił dług twojej rodziny.

Julia zasłoniła usta dłonią.

—Dlaczego nigdy nam tego nie powiedział?

—Bo chciał, żebyście myślały, że przegrał przez własne błędy — odparł Adrian. — Bał się, że Gonzalo wróci.

Spojrzałam na mężczyznę stojącego przy przewróconym stole.

—A ty? Dlaczego mi pomogłeś?

Adrian długo milczał, a potem wskazał księgę.

—Bo Gonzalo zabił mojego brata tym samym sposobem. Nie kulą. Długiem, który nie istniał, i podpisem, którego nigdy nie złożył.

To nie usprawiedliwiało jego interesów, jego ludzi ani tego, że mnie śledził.

Ale sprawiało, że prawda miała więcej niż jedną twarz.

Następnego ranka wspólnicy kancelarii zebrali się przy długim stole. Marta złożyła zeznania. Bank zablokował rachunki. Gonzalo stracił kancelarię, firmy i nazwisko, którym przez lata zastraszał innych. Nie dlatego, że ktoś wygłosił wielką mowę, lecz dlatego, że każdy dokument trafił do osoby, która mogła odczytać jego znaczenie.

Ja również odeszłam z kancelarii.

Nie przyjęłam pieniędzy od Adriana.

Zażądałam jedynie, by pokrył leczenie syna Marty i zapłacił Julii za zniszczony sprzęt fotograficzny. Resztę miały rozstrzygnąć rachunki, nie jego poczucie winy.

Przyjął warunki.

Miesiąc później spotkałam go w archiwum starej drukarni. Przyniósł mosiężną zakładkę do teczki, tę samą, którą zostawiłam na stole w restauracji.

—Znalazłem ją pod krzesłem — powiedział.

—Mogłeś ją zatrzymać.

—Już wystarczająco długo zatrzymywałem cudze rzeczy.

Wzięłam zakładkę.

Marta siedziała przy maszynie i drukowała pierwszą stronę nowej księgi. Nie księgi przestępstw. Rejestru ludzi, którym przez lata odebrano majątki za pomocą fałszywych podpisów.

Julia fotografowała każdy dokument.

A ja przygotowywałam wnioski o ich unieważnienie.

Adrian stał przy stole, bez marynarki i bez ochroniarzy, jak człowiek, który po raz pierwszy nie mógł schować się za własnym nazwiskiem.

—Co teraz zrobisz? — zapytała Julia.

Popatrzyłam na pierwszą kartkę rejestru. Nad nazwiskami widniał nagłówek, który sama napisałam.

„Nie są winni ci, których podpis skradziono”.

Wsunęłam mosiężną zakładkę między strony i podałam dokument Marcie.

—Zaczniemy od nazwiska mojego ojca — powiedziałam.

Maszyna drukarska ruszyła, a jej ciężki rytm wypełnił pomieszczenie.

Tym razem to nie Gonzalo decydował, co zostanie zapisane.

Оцените статью