CZĘŚĆ 4 — Chciałam tylko wymienić zamek po kolejnej wizycie teściowej, lecz słowa mojego męża sprawiły, że zamarłam

CZĘŚĆ 4

…Przez kilka sekund nie rozumiałam słów mężczyzny. Słyszałam tylko szelest papierów po drugiej stronie i własne serce, które biło zbyt szybko.

— Jak to sprzedane? — zapytałam.

Sergiusz zrobił krok w moją stronę.

— Oddaj mi telefon.

— Nie dotykaj mnie.

Mężczyzna z banku mówił dalej, coraz ostrożniej.

— Oczywiście nie doszło do przeniesienia własności. Otrzymaliśmy jedynie kopię umowy przedwstępnej z podpisem, który miał należeć do pani. Dlatego skontaktowaliśmy się z kancelarią.

Pani Wrona wstała.

— Proszę przesłać wszystkie dokumenty na mój adres. Natychmiast.

— Już to robimy.

Rozłączyłam się. W pomieszczeniu pachniało papierem, kurzem i mokrym płaszczem Tamary. Nagle zauważyłam, że jej palce drżą.

— Komu miałeś sprzedać mieszkanie? — zapytałam Sergiusza.

Nie odpowiedział.

— Komu?

— Człowiekowi z warsztatu.

— Temu, któremu jesteś winien pieniądze?

— To nie tak.

— Właśnie tak.

Artur stał dotąd przy ścianie, z czapką zmiętą w dłoni. Nagle podniósł wzrok.

— Nina, ja muszę ci coś powiedzieć.

Sergiusz odwrócił się do niego.

— Zamknij się.

— Nie. Za długo siedziałem cicho.

Artur wyjął z kieszeni pomięty rachunek. Papier był tłusty, z ciemną plamą przy rogu.

— Widziałem, jak Sergiusz podpisywał te papiery w warsztacie. Powiedział, że ty o wszystkim wiesz. Potem poprosił mnie, żebym przyszedł do ciebie i przekonał cię, żebyś nie zmieniała zamka.

Sergiusz rzucił się na niego, ale Tamara zastąpiła mu drogę.

— Dosyć!

Jej głos przeciął pokój jak uderzenie talerza o podłogę.

— To ty nauczyłeś go, że można brać bez pytania — powiedziała do syna. — Najpierw klucz, potem pieniądze, potem jej nazwisko.

Sergiusz cofnął się. Na jego twarzy nie było już gniewu. Było coś gorszego: świadomość, że cała konstrukcja, którą budował za naszymi plecami, właśnie runęła na niego.

Pani Wrona zebrała dokumenty do osobnej teczki.

— Pani Nino, ma pani trzy możliwości. Może pani zgłosić próbę oszustwa, może pani wystąpić o rozdzielność majątkową i może pani natychmiast zabezpieczyć dokumenty mieszkania.

— A rozwód?

— To również pani decyzja.

Sergiusz odwrócił się ku mnie.

— Nino, proszę. Ja spłacę wszystko.

— Z czego?

— Znajdę pracę.

— Pracę miałeś. Straciłeś ją, bo pożyczałeś pieniądze na zakłady.

Zamknął oczy.

— Bałem się.

— Ja też się bałam. Tylko ja nie próbowałam sprzedać twojego życia.

Tamara przysiadła na krześle. Jej torebka zsunęła się na podłogę, a z kieszeni wypadło kilka kluczy. Zabrzęczały na kamieniu. Jeden z nich był od mojego mieszkania.

Podeszłam do niej.

— Proszę go oddać.

Wyjęła klucz z kółka i położyła go na mojej dłoni. Był ciepły od jej palców.

— Wiem, że nie mam prawa cię prosić — powiedziała. — Ale pozwól mi naprawić choć jedną rzecz.

— Jak?

— Powiem bankowi, że to ja znalazłam dokumenty. Powiem też, że klucz miałam bez twojej zgody. I sprzedam mieszkanie po ojcu, żeby spłacić część długu Sergiusza.

— Nie rób tego — powiedział Sergiusz.

Tamara spojrzała na niego.

— Przez lata robiłam za ciebie wszystko. Tym razem zrobię coś przeciwko tobie, jeśli trzeba będzie ocalić Ninę przed tym, co jej zrobiłeś.

Wiedziałam, że nie mogę przyjąć jej ofiary. Nie chciałam, żeby kolejna kobieta płaciła za decyzje Sergiusza.

— Nie sprzedawaj mieszkania — powiedziałam. — Nie będę budować swojego bezpieczeństwa na cudzej ruinie.

Tamara zaczęła płakać bezgłośnie.

— To co mam zrobić?

— Po raz pierwszy powiedzieć prawdę, nawet jeśli nikt pani za to nie podziękuje.

Pani Wrona przygotowała oświadczenie. Tamara podpisała je obiema rękami, naciskając długopis tak mocno, że końcówka przebiła papier. Opisała, kiedy dostała klucz, kto prosił ją o wejście do mieszkania i co wiedziała o planie Sergiusza.

Sergiusz próbował jej przerwać.

— Mamo, przecież jestem twoim synem.

— Właśnie dlatego tak długo cię osłaniałam — odpowiedziała. — I właśnie dlatego wiem, że samo „przepraszam” niczego już nie naprawi.

Po południu wróciłam do mieszkania. W kuchni nadal stał plastikowy pojemnik z naklejką „Gryka”. Zdjęłam naklejkę i wyrzuciłam ją do kosza. Potem otworzyłam szufladę, w której przechowywałam rzeczy po babci. Nie było tam miarki.

Szukając jej, znalazłam pod papierowymi serwetkami mały, zardzewiały haczyk. Przypomniałam sobie, że babcia używała go do zawieszania filiżanki przy piecu. Wtedy zrozumiałam, dlaczego zawsze mówiła, żeby nie wyrzucać rzeczy tylko dlatego, że wyglądają na stare.

Nie chodziło o przedmioty.

Chodziło o to, kto ma prawo powiedzieć: „To jest moje”.

Wieczorem Sergiusz przyszedł pod mieszkanie. Nie miał klucza. Stał na korytarzu i przez dłuższą chwilę nie naciskał dzwonka.

Otworzyłam, ale zatrzymałam się w progu.

— Chcę zabrać ubrania — powiedział.

— Spisałam je. Weź tylko to, co jest twoje.

— A obrączka?

Spojrzałam na jego lewą dłoń. Obrączka była tam, gdzie przez cztery lata.

— Zostaw ją.

— Nie chcesz jej?

— Nie. Chcę pamiętać, że kiedyś sama ją wybrałam. Ale nie chcę już nosić dowodu, że komuś ufałam bardziej niż sobie.

Zdjął ją powoli i położył na szafce obok listu babci.

Następnego dnia zamek został wymieniony. Ślusarz podał mi trzy nowe klucze i spytał, komu chcę je przekazać.

— Tylko mnie — odpowiedziałam.

Kiedy odszedł, zadzwoniła Tamara.

— Znalazłam tę miarkę — powiedziała. — Była w piwnicy. Sergiusz wrzucił ją do pudełka z narzędziami, kiedy wyrzucał rzeczy z kuchni.

Przymknęłam oczy.

— Proszę ją zostawić na wycieraczce.

— Nie wejść?

— Nie.

Po chwili usłyszałam na korytarzu ostrożne kroki. Potem krótki stuk metalu o podłogę. Przez wizjer zobaczyłam, jak Tamara odkłada emaliowaną filiżankę i odchodzi bez oglądania się za siebie.

Podniosłam ją dopiero wtedy, gdy jej kroki ucichły na schodach. Na odprysku przy uchu została kropla zaschniętej farby z warsztatu Sergiusza.

Starłam ją paznokciem.

Miarka była pusta, ale po raz pierwszy od wielu dni niczego już nie musiała przechowywać.

Оцените статью