Po awarii windy straciłam pracę, a kiedy wysiadłam z czarnego sedana, ochroniarz nagle przestał patrzeć mi w oczy

O 23:47 mój pracodawca oskarżył mnie o sabotaż, chociaż winda zepsuła się dopiero kilka minut później.

Stałam w metalowej kabinie na trzydziestym drugim piętrze wieżowca należącego do Wiktora Hajduka i próbowałam nie patrzeć na mężczyznę, którego nazwiska ludzie w naszym mieście nie wypowiadali głośno.

Wiktor wszedł do windy tuż za mną. Miał na sobie czarny płaszcz, a na nadgarstku ciężki zegarek z porysowanym szkłem. Znałam go z gazet, z rozmów ochroniarzy i z przerażonych spojrzeń ludzi, którzy schodzili mu z drogi.

Winda szarpnęła.

Światło zamigotało, a potem kabina zatrzymała się między piętrami.

Wiktor nacisnął przycisk alarmowy. Z głośnika odpowiedział tylko trzask.

— Niech pan nie uderza w panel — powiedziałam cicho.

Odwrócił głowę.

— Nikt nie mówi mi, co mam robić.

— A jednak winda nadal nie działa.

Jego szare oczy zwęziły się. Serce waliło mi pod granatową kamizelką roboczą, ale nie zamierzałam pokazać, że się boję. Myślałam o babci, o rachunku za lekarstwa i o talerzu z kolacją, który zostawiłam jej pod lnianą ściereczką.

Kabina opadła nagle o kilka centymetrów. Chwyciłam poręcz. Metal wbił mi się w dłoń.

Wiktor znalazł się przy mnie.

— Zadziwiająco spokojna — powiedział.

— Panika nie otworzy drzwi.

— Wiesz, z kim rozmawiasz?

— Sprzątam pana biura każdej nocy.

— W takim razie wiesz, że nie warto mnie drażnić.

Pachniał drogimi perfumami i zimnym powietrzem. Kiedy dotknął kosmyka moich włosów, odsunęłam jego rękę.

— Proszę mnie nie dotykać.

— Nie płacę pani za pouczanie mnie.

— Pieniądze nie dają prawa do cudzej skóry.

Przez chwilę patrzył na mnie tak, jakby próbował zapamiętać każdy szczegół mojej twarzy. Potem winda zaskrzypiała i ruszyła w dół.

Drzwi otworzyły się na parterze. Czekało tam dwóch uzbrojonych ochroniarzy. Jeden z nich, Łukasz, zacisnął palce na moim przedramieniu.

— Szefie, robiła problemy?

— Zostawić ją tutaj?

Wiktor spojrzał na jego dłoń.

— Puść ją.

Łukasz natychmiast poluzował chwyt.

— Nikt nie ma prawa jej dotykać. Jasne?

Wybiegłam z budynku i dopiero na przystanku odzyskałam oddech. W domu babcia spała. W lodówce było pół słoika twarogu i jedna marchewka.

Dopiero po zamknięciu drzwi mojego pokoju zaczęłam się trząść.

O ósmej rano zadzwonił Borys, mój kierownik.

— Kira, kierownictwo uważa, że awaria mogła być celowa.

— Przecież byłam w środku. Niczego nie dotknęłam.

— Wiem. Ale ludzie Hajduka nie chcą cię widzieć w budynku.

— Czyli mnie zwalniacie?

— Mówią, że to tymczasowe.

Oboje wiedzieliśmy, że to kłamstwo.

Przed południem ten sam czarny samochód trzy razy przejechał obok naszego domu. Telefon milczał, kiedy go odbierałam. Na ulicy stało dwóch obcych mężczyzn.

Kiedy babcia zasnęła, pobiegłam w stronę kościoła. Samochód ruszył za mną, wyprzedził mnie i zablokował chodnik.

Tylne drzwi otworzyły się.

Wiktor siedział w środku.

— Wsiadaj, Kiro.

— Nigdzie z panem nie jadę.

— Jeśli zostaniesz tutaj, ktoś inny zdecyduje, dokąd pojedziesz.

Spojrzałam na Łukasza za kierownicą. Pomyślałam o babci samej w mieszkaniu i wsiadłam.

Samochód jeszcze nie ruszył. Łukasz podał Wiktorowi moją kartę służbową.

— Skąd ją macie? — zapytałam.

Wiktor obrócił kartę w palcach. Na jej rogu widniało charakterystyczne pęknięcie w kształcie błyskawicy.

— Nie zwolnili cię, bo podejrzewali cię o awarię — powiedział. — Decyzję wydano wcześniej.

— Kto ją podpisał?

Wiktor podał mi złożoną kartkę. Data i godzina widniały wyraźnie: 23:31. Szesnaście minut przed zatrzymaniem windy.

— Ktoś chciał, żebyś zniknęła, zanim zdążysz coś zobaczyć.

Samochód ruszył, a ja odwróciłam kartkę. W prawym dolnym rogu znajdował się podpis, którego nigdy wcześniej nie widziałam. Wiktor pochylił się i dotknął go palcem…

CZĘŚĆ 2

Palec Wiktora zatrzymał się na podpisie, ale nie powiedział nazwiska.

— To podpis osoby, która ma dostęp do wszystkich decyzji kadrowych — wyjaśnił.

— Pańskiego?

— Nie.

— Skoro pan wie, do kogo należy, dlaczego jeszcze nie siedzi w areszcie?

Łukasz spojrzał na nas w lusterku. Jego kark był napięty, a na kołnierzu miał świeżą plamę smaru.

— Bo nie mam jeszcze dowodu, który przetrwałby spotkanie z jego prawnikami — odpowiedział Wiktor.

Samochód skręcił na dziedziniec zwyczajnego biurowca. W środku pachniało kurzem, kawą i mokrym betonem. Na trzecim piętrze czekał pusty gabinet z metalowym stołem.

Wiktor wyciągnął rękę po kartkę.

— Oddaj mi ją.

Przycisnęłam dokument do piersi.

— To jedyna rzecz, która pokazuje, że mnie okłamano.

— Jeśli ktoś zobaczy, że ją masz, przyjdzie po nią.

— Już przysłali samochód.

Na chwilę spuścił wzrok.

— Właśnie dlatego jesteś tutaj.

— Nie jestem tu bezpieczna. Jestem zamknięta w pokoju człowieka, który groził mi w windzie.

Wiktor zacisnął szczękę.

— Nie groziłem ci.

— Powiedział pan, że nie warto pana drażnić.

— Powiedziałem, bo byłem przyzwyczajony, że wszyscy się mnie boją. To nie to samo, co prawo do strachu.

Nie spodziewałam się przeprosin. Tym bardziej nie spodziewałam się, że zabrzmią tak ciężko.

Łukasz wszedł do gabinetu i zamknął za sobą drzwi. Z kieszeni wyjął mały klucz z mosiężną blaszką oznaczoną cyfrą siedemnaście.

— Ten znaleziono przy panelu windy — powiedział.

Rozpoznałam go. Widziałam taki klucz wcześniej w kieszeni Adriana Rylskiego, dyrektora operacyjnego. Dwa dni wcześniej stał przy szafce na środki czystości i kłócił się przez telefon.

— To klucz do zaplecza technicznego — powiedziałam.

Wiktor spojrzał na mnie.

— Widziałaś Adriana tamtej nocy?

— Nie wiem. Widziałam mężczyznę w granatowym płaszczu. W ręce trzymał metalową kasetę.

— O której?

— Około 23:25. Stałam przy magazynie i napełniałam wiadro.

Łukasz zrobił krok do tyłu.

— Dlaczego nie powiedziałaś tego wcześniej?

— Nikt mnie nie zapytał. Borys zadzwonił i oznajmił, że jestem podejrzana.

Wiktor oparł dłonie na stole.

— Adrian twierdzi, że o 23:25 był w domu.

— W takim razie kłamie.

— Skąd pewność?

Przypomniałam sobie mały szczegół: mosiężny klucz, kasetę i czerwony pył na mankiecie jego płaszcza. Taki sam pył widziałam na podłodze przy starym archiwum.

Nagle rozległo się pukanie. Do gabinetu weszła kobieta po pięćdziesiątce, z krótkimi siwymi włosami i papierową torbą przyciśniętą do brzucha.

— To Marta, nocna recepcjonistka — powiedział Wiktor.

Kobieta spojrzała na mnie.

— Widziałam ją przy windzie. I widziałam też, kto wydał rozkaz odcięcia zasilania.

— Dlaczego milczałaś? — zapytałam.

Marta postawiła torbę na stole. W środku zabrzęczała porcelanowa filiżanka.

— Bo rano ktoś przyszedł do mojego mieszkania i położył na stole zdjęcie mojego syna.

Wiktor pobladł.

— Co dokładnie widziałaś?

Marta otworzyła usta, ale w tej samej chwili telefon Wiktora zadzwonił. Odebrał, słuchał przez trzy sekundy, a potem odsunął aparat od ucha.

— Ktoś wszedł do twojego mieszkania, Kiro.

Poczułam, jak krew odpływa mi z twarzy.

— Babcia?

— Łukasz, samochód.

Marta chwyciła mnie za rękę.

— Nie jedź tam. Jeśli to oni, chcą, żebyś pobiegła prosto w ich pułapkę.

Wiktor spojrzał na nią ostro.

— Powiedz jej, co widziałaś.

Marta wyszeptała:

— Adrian nie próbował ukryć awarii. On chciał, żeby Wiktor zginął w tej windzie razem z tobą…

CZĘŚĆ 3

— Co masz na myśli? — zapytałam.

Marta drżała tak mocno, że porcelanowa filiżanka w papierowej torbie uderzała o jej ścianki.

— Adrian Rylski od miesięcy wyprowadzał pieniądze z firmy — powiedziała. — Fałszował zlecenia, a potem przelewał je na spółki należące do jego brata. Wiktor zaczął to sprawdzać.

Wiktor odwrócił się do niej.

— Skąd wiesz o przelewach?

— Bo w nocy przynosił mi dokumenty do podpisu. Kiedy odmówiłam, powiedział, że mój syn straci pracę.

Marta wyjęła z torby cienki zeszyt w kratkę. Rogi miał starte, a na okładce widniała plama po kawie.

— Zapisywałam numery dokumentów. Wszystkie.

Wiktor otworzył zeszyt. Jego twarz stawała się coraz bardziej napięta.

— To nie wystarczy — powiedział.

— Wystarczy, żeby pokazać, że rozkaz odsunięcia Kiry powstał przed awarią — odparła Marta. — Adrian chciał uczynić z niej winowajczynię. A potem wykorzystać twoją obecność w windzie.

— Dlaczego mnie? — spytałam.

Marta spojrzała mi prosto w oczy.

— Bo miałeś ją dotknąć. Bo ochroniarze mieli powiedzieć, że ją zaatakowałeś. Całe zajście miało wyglądać jak wybuch twojego temperamentu. Awaria miała unieruchomić windę, a potem ktoś miał odciąć zasilanie awaryjne.

Przez chwilę słyszałam wyłącznie własny oddech.

Wiktor zacisnął palce na krawędzi stołu.

— Miałem zginąć, a ona miała zostać świadkiem, którego nikt by nie uwierzył.

— Nie tylko świadkiem — powiedział Łukasz. — Ofiarą, której można było przypisać wszystko.

Spojrzałam na niego.

— Ty wiedziałeś?

— Wiedziałem, że coś planują. Nie wiedziałem, że użyją windy.

— To ty trzymałeś mnie za rękę.

— Miałem udawać, że wykonuję rozkaz. Gdyby Adrian widział, że ci pomagam, zabraliby mojego brata z domu.

Wiktor wyjął z szuflady kopertę z pieczęcią firmy. W środku znajdował się arkusz z podpisem Adriana i numerem zlecenia pokrywającym się z godziną awarii.

— To zamówienie na części do mechanizmu windy — powiedział. — Zostało opłacone trzy dni temu. Oficjalnie miały trafić do innego budynku.

Marta wskazała zeszyt.

— Tutaj jest numer przelewu.

Wiktor położył oba dokumenty obok mojego zawiadomienia o odsunięciu.

Godzina 23:31. Podpis Adriana. Numer zlecenia. Klucz znaleziony przy panelu.

Prawda nie wyglądała jak wielkie odkrycie. Wyglądała jak kilka zwyczajnych kartek, które nagle zaczęły ciążyć bardziej niż kamienie.

— A moja babcia? — zapytałam.

Wiktor natychmiast sięgnął po telefon.

— Łukasz, wyślij ludzi pod jej mieszkanie, ale bez mundurów.

— Już tam są — odpowiedział Łukasz.

Wiktor spojrzał na mnie.

— Muszę ci coś powiedzieć, zanim pojedziemy.

— Co jeszcze ukrywasz?

Oparł dłonie o stół. W jego oczach nie było już gniewu, tylko zmęczenie.

— Wiedziałem, że Adrian obserwuje osoby sprzątające. Dlatego poleciłem, żeby twoja karta pozostała aktywna. Chciałem, żebyś przypadkiem zobaczyła, kto wchodzi do archiwum.

Cofnęłam się.

— Użyłeś mnie jako przynęty.

— Chciałem zdobyć dowód, nie narażać cię.

— Ale pozwoliłeś mi wejść do windy z człowiekiem, którego podejrzewałeś.

Nie odpowiedział od razu.

Telefon na stole zadzwonił ponownie. Tym razem Wiktor odebrał na głośniku.

— Panie Hajduk — powiedział nieznajomy głos — jeśli chce pan jeszcze zobaczyć swoją babcię, proszę przyjechać sam do starej kotłowni.

Połączenie się urwało.

Mój żołądek skurczył się boleśnie.

Wiktor podniósł wzrok.

— Adrian zabrał twoją babcię.

A potem dodał coś, czego nie przewidział żaden z nas:

— I chce, żebym przywiózł mu nie pieniądze, lecz podpis pod sprzedażą całej firmy…

CZĘŚĆ FINAŁOWA

Wiktor zobaczył, co Adrian zrobił z moją babcią…

Myślałam, że odkrycie prawdy zakończy ten koszmar. Nie przewidziałam, że ktoś zapłaci za nią cenę, której nie da się ukryć w dokumentach.

Wiktor przyznał, kto naprawdę wystawił mnie na niebezpieczeństwo.
„To ja pozwoliłem, żebyś została przynętą”.
Po tych słowach nie potrafiłam już mu zaufać.

😱 POZNAJ ICH TAJEMNICĘ →

👇 Finał historii jest już dostępny

Оцените статью