CZĘŚĆ 4 — Po awarii windy straciłam pracę, a kiedy wysiadłam z czarnego sedana, ochroniarz nagle przestał patrzeć mi w oczy

CZĘŚĆ 4

Nie pamiętam, jak zeszliśmy po schodach.

Pamiętam tylko zimną poręcz pod dłonią i kartkę z godziną 23:31, którą wciąż ściskałam tak mocno, że papier przeciął mi skórę.

Na dziedzińcu czekały dwa samochody.

— Jadę z tobą — powiedziałam.

— Nie.

— To moja babcia.

— I właśnie dlatego nie pozwolę ci wejść do kotłowni.

Stanęłam przed nim.

— Już raz zdecydowałeś za mnie. Wpuściłeś mnie do windy, bo chciałeś złapać człowieka, którego podejrzewałeś. Nie zrobisz tego drugi raz.

Łukasz odwrócił wzrok.

Wiktor patrzył na mnie długo. Potem wyjął z kieszeni kluczyki i podał je Łukaszowi.

— Jedziesz z nami.

— A Marta?

— Zostanie w budynku i zadzwoni do zarządu banku.

Marta ścisnęła mój nadgarstek.

— Zeszyt mam przy sobie.

— Nie oddawaj go nikomu — powiedziałam.

— Tym razem nie zamierzam.

Stara kotłownia znajdowała się za dawną fabryką, trzy kilometry od centrum. Dach zapadł się nad jednym skrzydłem, a z wybitych okien zwisały pasma folii. Przy bramie czekał Adrian Rylski.

Nie miał granatowego płaszcza. Miał jasną koszulę, rozpiętą pod szyją, i twarz człowieka, który przez całą noc nie zdjął okularów.

Za nim stał czarny samochód.

— Gdzie jest babcia? — zapytałam.

Adrian uśmiechnął się krótko.

— W środku. Nic jej nie jest.

— Jeśli ją skrzywdziłeś…

— Nie krzycz. To nie ty masz tutaj przewagę.

Wiktor zrobił krok do przodu.

— Podpisz sprzedaż udziałów i wszystko się skończy.

— Wszystko dopiero się zacznie. Banki zamrożą twoje rachunki, zarząd uzna cię za niezdolnego do kierowania firmą, a wiadomość o ataku na pracownicę obiegnie miasto przed południem.

— Nie masz żadnego dokumentu, który potwierdzałby atak.

Adrian spojrzał na mnie.

— Mam jej zeznania. Powie, że groziłeś jej w windzie.

— Nie powiem — odpowiedziałam.

— Powiesz, bo twoja babcia siedzi z moim człowiekiem.

Z wnętrza budynku dobiegł stłumiony kaszel.

Poznałam go natychmiast.

— Babciu!

— Kiro! Nie podchodź!

Głos był słaby, ale wyraźny.

Adrian machnął ręką. Mężczyzna w środku przyłożył babci nóż do ramienia.

Wiktor chciał ruszyć, lecz Łukasz zatrzymał go dłonią.

— Jeszcze krok i będzie za późno — ostrzegł Adrian.

Wtedy zrobiłam coś, czego sama się po sobie nie spodziewałam. Wyjęłam z kieszeni złożoną kartkę i podniosłam ją wysoko.

— Chcesz podpisu? Najpierw przeczytaj godzinę.

Adrian zmarszczył brwi.

— Co to ma znaczyć?

— Rozkaz mojego odsunięcia wydano o 23:31. Winda zatrzymała się o 23:47. Kiedy powiedziałeś ochronie, że jestem winna awarii, jeszcze nie mogłeś wiedzieć, że winda się zepsuje.

— To nie mój podpis.

— Wiktor mówił, że prawnik tak powie.

Wyjęłam z torby telefon. Nie było na nim żadnego nagrania. Znalazłam jednak wiadomość od Borysa, wysłaną tego ranka. Zawierała zdjęcie zawiadomienia, zanim ktokolwiek zdążył zmienić jego treść.

— Borys przysłał mi kopię. Marta ma zeszyt z numerami przelewów. Łukasz ma klucz do panelu. A ty właśnie powiedziałeś, że znałeś treść mojego zeznania, choć nigdy go nie złożyłam.

Adrian stracił uśmiech.

— To niczego nie dowodzi.

— Dowodzi, że planowałeś całą historię przed awarią — powiedział Wiktor.

— Ty nie rozumiesz, co robiłeś, Wiktorze! — krzyknął Adrian. — Ta firma była martwa, zanim ją odziedziczyłeś. Ja ją utrzymałem. Ja rozmawiałem z bankami, ja spłacałem ludzi, kiedy ty bawiłeś się w wielkiego pana.

— Kradłeś pieniądze.

— Brałem to, co mi się należało!

Jego człowiek przy babci drgnął. Nóż odsunął się od jej ramienia.

Łukasz natychmiast to zauważył.

— Piotrze — powiedział spokojnie. — Pomyśl, dla kogo naprawdę pracujesz.

Mężczyzna spojrzał na Adriana.

— Mówiłeś, że chodzi tylko o podpis.

— Zamknij się!

— Mówiłeś, że nikomu nic się nie stanie.

Adrian rzucił się w jego stronę, ale Łukasz był szybszy. Wytrącił mu broń, a Wiktor wbiegł do środka po babcię.

Ja zostałam przy bramie z kartką w ręku.

Nie ruszyłam się, dopóki nie zobaczyłam babci. Siedziała na krześle obok starego pieca, z rozciętym rękawem płaszcza, ale przytomna.

— Kiro, dlaczego przyszłaś z tym człowiekiem? — zapytała.

— Bo tylko on wiedział, gdzie cię zabrali.

Wiktor uklęknął przy niej.

— Przepraszam.

Babcia spojrzała na niego uważnie.

— To pan jest tym, przez którego moja wnuczka straciła pracę?

— Pośrednio.

— Ładna odpowiedź.

Wiktor spuścił głowę.

— To ja utrzymałem jej kartę aktywną, licząc, że pomoże mi znaleźć zdrajcę. Nie wiedziałem, że Adrian przygotował własny plan. Ale powinienem był jej powiedzieć. I powinienem był zadbać, żeby nie musiała płacić za moje śledztwo.

Babcia wyciągnęła rękę.

— Pomóż mi wstać. Później będziesz przepraszał dokładniej.

Na zewnątrz Adrian szarpał się z Łukaszem. Marta przyjechała kilka minut później z członkami zarządu i przedstawicielem banku. Nie było krzyków ani teatralnych przemówień. Były dokumenty, numery przelewów i podpisy, których Adrian nie potrafił już wyjaśnić.

Największy cios przyszedł jednak z innej strony.

Prezes rady nadzorczej wręczył Wiktorowi kopertę.

— Co to? — zapytałam.

— Odwołanie mnie z funkcji — odpowiedział.

Adrian roześmiał się chrapliwie.

— Widzisz? Nawet teraz przegrywasz.

Wiktor rozdarł kopertę, przeczytał pierwszą stronę, a potem podał ją mnie.

W uchwale zapisano, że firma wypłaci odszkodowanie wszystkim pracownikom, których dane wykorzystano w planie Adriana. Borys miał wrócić na stanowisko kierownika, Marta otrzymać ochronę dla syna, a ja dostać pieniądze na leczenie babci.

Niżej znajdowało się nazwisko Wiktora.

Nie jako właściciela.

Jako osoby zobowiązanej do pokrycia pierwszej części odszkodowań z własnego majątku.

— Podpisałeś to? — spytałam.

— Sam zaproponowałem.

— A jeśli zarząd cię odwoła?

— Wtedy zapłacę bez stanowiska.

Adrian przestał się szarpać.

Dopiero wtedy zrozumiał, czego naprawdę chciał. Nie pieniędzy. Chciał firmy, władzy i nazwiska Hajduka na pierwszej stronie. Stracił wszystko w chwili, gdy przyznał, że znał treść nieistniejącego zeznania.

Nie został bohaterem żadnej opowieści.

Po prostu nie mógł już uciec przed własnymi podpisami.

Wieczorem wróciłam z babcią do mieszkania. Na stole nadal stał talerz przykryty lnianą ściereczką. Jedzenie wystygło, ale babcia zjadła połowę, a drugą połowę odsunęła w moją stronę.

— Jutro wrócisz do pracy? — zapytała.

— Nie wiem.

— To dobrze. Po raz pierwszy odpowiadasz uczciwie.

Następnego ranka spotkałam się z Wiktorem w holu wieżowca. Nie założył drogiego płaszcza. Miał prostą białą koszulę i kopertę z uchwałą zarządu.

— Borys zaproponował ci powrót — powiedział.

— Nie chcę wracać do sprzątania biur.

Wiktor skinął głową.

— Wiem. Marta powiedziała, że chcesz pracować przy kontroli dokumentów.

— Chcę nauczyć się, jak ludzie kradną rzeczy, których inni nie potrafią nazwać.

— Mogę opłacić kurs.

— Możesz zaproponować wynagrodzenie. Nie przysługę.

Kącik jego ust poruszył się lekko.

— W takim razie proponuję pracę.

Winda zadzwoniła nad nami. Ten sam krótki metaliczny dźwięk sprawił, że ścisnęłam kartkę z godziną 23:31.

Wiktor zauważył mój gest.

— Nadal boisz się wind?

— Nie. Teraz wiem, kto powinien bać się ich najbardziej.

Drzwi kabiny otworzyły się. Za szybą panelu migała czerwona lampka serwisowa.

Wiktor spojrzał na nią, a potem na mnie.

— Jedziemy?

Położyłam kartkę z jego podpisaną uchwałą na metalowej półce przy wejściu.

— Tym razem proszę trzymać ręce przy sobie.

— Obiecuję.

Weszliśmy do środka, a winda ruszyła dopiero wtedy, gdy na półce została kartka z godziną 23:31 i nazwiskiem człowieka, który chciał, żebym zniknęła.

Оцените статью