CZĘŚĆ 4
…Rowan wyrwała mi telefon, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
— To nie on pisał — powiedziała.
— Skąd wiesz?
— Adrian nigdy nie używał słowa „sama”, kiedy mówił o was obu. Zawsze pisał „razem”.
Ta drobnostka uderzyła we mnie mocniej niż fotografia. Ojciec miał swoje dziwactwa. Nie znosił skrótów. Nie kończył wiadomości kropką. A kiedy pisał o mnie i Ivy, zawsze nazywał nas „dziewczynami”.
Marta oparła się o pralkę. Jej makijaż był nienaruszony, ale palce drżały.
— To mój brat — powiedziała. — Dorian. On wysyła te wiadomości.
— Gdzie jest tata? — zapytała Ivy.
Marta zamknęła oczy.
— Nie wiem.
— Kłamiesz.
— Wiem, gdzie może być.
Rowan położyła dokumenty Stefana na stole i spojrzała na Martę.
— Jeśli chcesz, żeby Adrian przeżył, przestaniesz mówić półprawdy.
Marta długo patrzyła na kopertę. W końcu zdjęła z szyi cienki łańcuszek. Zamiast medalika wisiał na nim mały klucz z wygrawerowaną liczbą siedem.
— Dorian trzyma ludzi w dawnym magazynie przy nabrzeżu — powiedziała. — Nie w porcie promowym. W chłodni numer siedem.
— Dlaczego miałabym ci wierzyć? — spytałam.
— Nie masz powodu.
To zabrzmiało straszniej niż zaprzeczenie.
Stefan podszedł do drzwi pralni.
— Dorian wie o kompasie. Jeśli zobaczy dokumenty, zabije Adriana i spali magazyn.
— Skąd wie? — zapytała Rowan.
Stefan spojrzał na Martę.
— Bo to ona mu powiedziała.
Ivy cofnęła się o krok.
— Mama?
Marta nie próbowała się bronić.
— Powiedziałam mu, że Adrian ma dowody. Nie wiedziałam, że go zabierze. Chciałam tylko, żeby przestał nas szantażować.
— Przez dwa lata przelewałaś pieniądze z funduszu — powiedziałam. — Udawałaś, że wszystko jest w porządku, podczas gdy tata próbował nas chronić.
— Spłacałam jego długi.
— To nie były jego długi.
Marta zacisnęła usta.
— Kiedy miałam dziewiętnaście lat, Dorian wziął na mnie pożyczkę. Podrobił mój podpis, a potem zagroził, że skrzywdzi Adriana. Z czasem przestałam odróżniać ochronę rodziny od posłuszeństwa. Każdy przelew wyglądał jak następny krok, którego nie dało się cofnąć.
Nie poczułam litości. Jeszcze nie. Poczułam natomiast, jak w środku pęka obraz matki, który nosiłam przez całe życie. Nie była potworem z opowieści. Była człowiekiem, który podejmował tchórzliwe decyzje, aż wszystkie stały się przestępstwem.
Rowan schowała kopertę pod płaszcz.
— Jedziemy do chłodni.
— Nie — powiedziałam. — Ja jadę.
— Lyra, masz siedemnaście lat.
— I jestem jedyną osobą, do której Dorian może pozwolić podejść. Uważa, że mamusia nadal robi to, co mi każe.
Marta podniosła głowę.
— Pojadę z tobą.
— Nie chcę cię przy sobie.
— Wiem. Ale Dorian chce koperty. Jeśli zobaczy mnie, będzie przekonany, że przywiozłam ją dobrowolnie.
O czwartej rano podjechaliśmy pod nabrzeże. Mgła wisiała nisko nad wodą, a metalowe kontenery stukały na wietrze. Rowan została przy samochodzie z odbezpieczoną bronią. Stefan miał zadzwonić do innych agentów, lecz sygnał w tej części portu zanikał.
Marta wzięła mnie za rękę.
— Jeśli coś pójdzie źle, biegnij do światła.
— Nie mów do mnie jak matka.
Jej dłoń opadła.
W chłodni pachniało solą, rdzą i zepsutym drewnem. Na środku stało krzesło. Adrian siedział na nim ze związanymi rękami. Miał rozcięty łuk brwiowy, ale był przytomny.
Za nim wyszedł Dorian.
Był starszy od Marty o kilka lat i miał ten sam kształt oczu. W ręku trzymał nóż.
— Koperta — powiedział.
Marta wyciągnęła ją z kieszeni.
— Najpierw puść Adriana.
Dorian roześmiał się krótko.
— Nadal negocjujesz, jakbyś miała wybór.
Adrian spojrzał na mnie.
— Lyra, nie patrz na nóż. Patrz na jego lewą dłoń.
Dorian odruchowo zacisnął palce lewej ręki. W tym samym momencie zrozumiałam, że ojciec nie mówił do mnie bez powodu. Przy jego kciuku wisiał cienki metalowy drut, którym próbował przeciąć więzy.
Marta rzuciła kopertę na podłogę.
Dorian schylił się po nią.
Adrian przewrócił krzesło na bok. Ja chwyciłam ciężki hak wiszący przy ścianie i uderzyłam nim w lampę. Magazyn pogrążył się w ciemności.
Rozległ się krzyk Marty.
Potem huk.
Rowan wbiegła do środka, a za nią Stefan. Dorian próbował uciec przez boczne przejście, ale Stefan podstawił mu nogę. Mężczyzna upadł na mokry beton, a koperta wsunęła się pod paletę.
Adrian nie czekał na pomoc. Sam przeciął ostatnią więź i podszedł do mnie.
— Jesteś cała?
— Ivy jest z Rowan.
— A ty?
Nie umiałam odpowiedzieć.
Marta stała kilka kroków dalej, przyciśnięta do ściany przez Rowan. Jej twarz była mokra od łez, lecz nie próbowała ich wycierać.
— Lyra — powiedziała. — Wiem, że nie możesz mi teraz wybaczyć.
— Nie prosisz o wybaczenie?
— Nie zasłużyłam nawet na to, żeby o nie prosić.
Adrian spojrzał na nią z bólem.
— Mogłaś zadzwonić po pomoc.
— Bałam się.
— My też.
To zdanie zawisło między nimi ciężko jak łańcuch.
Dorian został wyprowadzony z magazynu przez przybyłych funkcjonariuszy, ale jego sprawa nie zakończyła się tej nocy. Dokumenty z kompasu wystarczyły, by zabezpieczyć rachunki i zatrzymać przelewy. Stefan złożył zeznania. Rowan dopilnowała, żeby Marta nie mogła już kontaktować się z Dorianem ani zarządzać funduszem.
Najtrudniejsza rozmowa odbyła się jednak nie w urzędzie, lecz w szpitalnym korytarzu, kiedy lekarz zszywał Adrianowi skroń.
— Czy będziesz zeznawać przeciwko niej? — zapytałam.
— Tak.
— Nawet jeśli jest naszą matką?
Adrian spojrzał na bandaż w mojej dłoni.
— Właśnie dlatego. Jeśli wszyscy będziemy udawać, że strach usprawiedliwia wszystko, ona nigdy nie będzie musiała powiedzieć prawdy.
Marta przyjechała tam później pod eskortą. Stanęła przed nami z małym pudełkiem w ręku. W środku znajdował się zeszyt Ivy, ten sam, który leżał obok jej łóżka, gdy uciekłyśmy.
— Znalazłam go w domu — powiedziała. — Na ostatniej stronie napisałaś, że chciałabyś zostać architektką.
Ivy nie odpowiedziała.
Marta podała zeszyt Adrianowi, a on przekazał go córce.
— Nie chcę, żebyś przechowywała moje rzeczy — powiedziała Ivy.
— Rozumiem.
— Chcę tylko, żebyś powiedziała prawdę. Wszystką.
Marta skinęła głową.
Po raz pierwszy nie próbowała przekonać nas, że robiła to dla rodziny. Podpisała zeznania, wskazała konta Doriana i opisała każdy przelew. Nie uratowało to jej przed konsekwencjami, ale sprawiło, że pieniądze wróciły do funduszu, a rodziny, które miały stracić pomoc, nadal ją otrzymały.
Adrian długo dochodził do siebie. Ja przestałam spać przy uchylonym oknie. Ivy znowu czytała przed snem, lecz teraz sprawdzała, czy telefon jest naładowany.
Mosiężny kompas został u ojca. Nie dlatego, że był pamiątką. W jego wnętrzu nadal tkwił maleńki skrawek papieru z numerem rachunku, którego nie zdążyliśmy odnaleźć.
Rowan powiedziała, że to ostatnia rzecz, jaką Adrian chce sprawdzić.
Tydzień później siedzieliśmy przy stole w jej biurze. Na ekranie widniało nazwisko człowieka, który otrzymał największą część pieniędzy.
Adrian przysunął kartkę do mnie.
— Znasz go?
Spojrzałam na podpis.
Znałam.
Był to dyrektor szkoły Ivy — człowiek, który od miesięcy zapewniał matkę, że nasze córki są bezpieczne.
Ivy ścisnęła mój rękaw.
— Lyra, co tam jest?
Nie odrywałam wzroku od nazwiska.
— Następny adres — powiedziałam.
Adrian zamknął kompas w dłoni, a jego igła drgnęła, wskazując nie północ, lecz drzwi gabinetu dyrektora.
— Jutro idziemy tam razem — powiedział.
Przegapiłeś początek?






