CZĘŚĆ 4 — Brat odmówił przyjęcia córeczki chwilę po porodzie, a gdy zapytałam dlaczego, jego twarz nagle straciła kolor

CZĘŚĆ 4

…nie zdążyłam nawet zapytać, czego chce mój były mąż, bo na korytarzu rozległ się alarm przeciwpożarowy.

Dziecko zaczęło płakać.

Pani Wanda natychmiast podniosła ją z łóżka i przycisnęła do piersi.

— Proszę zostać tutaj — powiedziała. — Nikt nie wychodzi z sali.

Rajen stanął przy drzwiach.

— Anno, musisz mi zaufać.

— Zaufałam ci, kiedy podpisałam zgodę na bycie surogatką. Zaufałam ci, kiedy powiedziałeś, że wszystko jest legalne. Potem patrzyłeś, jak rodzę własną córkę, i nie powiedziałeś mi prawdy.

Każde słowo uderzało między nami jak ciężki przedmiot.

Melisa siedziała na krześle, trzymając oburącz pasek torebki.

— To mój ojciec — wyszeptała. — On na pewno tu przyjechał.

— Po co? — zapytałam.

— Żeby zabrać dokumenty. I żeby dziecko zniknęło z całej historii.

Doktor Borys zerknął na telefon.

— Strażacy sprawdzają alarm. To może być fałszywe zgłoszenie.

— A mój były mąż? — spytałam.

— Jest w głównym holu — odpowiedziała Helena. — Widziałam go przed chwilą.

Serce zaczęło mi walić tak mocno, że ból po porodzie wydał się przy nim drobiazgiem.

Mój były mąż, Oskar, od sześciu lat nie zapytał nawet o zdrowie naszego syna. Teraz przyjechał dokładnie wtedy, gdy dowiedziałam się, że w klinice przechowywano zarodek stworzony z mojej komórki.

— Chce pieniędzy — powiedziałam.

— Chce praw do dziecka — odparł Rajen. — I ma dokument, który podpisał jako dawca.

— To jego dziecko biologiczne — zauważyła Melisa.

— Biologiczne nie znaczy, że może nim handlować — odpowiedział doktor Borys.

Drzwi uchyliły się. W progu stanął ochroniarz.

— Pan Oskar żąda rozmowy z Anną. Twierdzi, że jest ojcem dziecka.

— Powiedz mu, że rozmówi się z dokumentami, nie ze mną — odparłam.

Ochroniarz skinął głową, ale zanim zdążył odejść, na korytarzu pojawił się wysoki mężczyzna w jasnym płaszczu. Ojciec Melisy. W jednej ręce trzymał skórzaną teczkę, w drugiej telefon.

— Nie róbcie scen — powiedział. — To sprawa rodzinna.

— Moja córka nie jest sprawą rodzinną — odpowiedziałam.

Jego wzrok przesunął się po mnie, po dziecku i po Rajenie.

— Pani nie ma pojęcia, co pani mówi. Zgodziła się pani urodzić dziecko mojej córce.

— Zgodziłam się urodzić dziecko mojego brata i jego żony. Nie podpisałam zgody na przyjęcie cudzego zarodka.

Mężczyzna uśmiechnął się bez cienia ciepła.

— W sądzie będzie liczyła się umowa.

— A w laboratorium zapis chłodniczy — wtrącił doktor Borys.

Wyjął z teczki długi wydruk. Na dole znajdowały się godziny otwarcia magazynu, numery pojemników i nazwisko osoby, która wprowadziła zmianę.

Nazwisko ojca Melisy.

Mężczyzna zbladł.

— To niczego nie dowodzi.

— Dowodzi, że był pan w klinice w nocy, kiedy zamieniono oznaczenia — powiedziała Helena. — I że zapłacił pan za transport zarodka Anny do innego pojemnika.

Melisa podniosła głowę.

— Tato, powiedziałeś, że zarodek pochodzi od dawczyni.

— Próbowałem uratować wasze małżeństwo.

— Nie. Próbowałeś kupić wnuka, który odziedziczy majątek — odparł Rajen.

Wtedy do sali wszedł Oskar. Nie był już tym człowiekiem, którego pamiętałam z naszego mieszkania. Miał podkrążone oczy, drogą marynarkę i ten sam nerwowy tik przy ustach.

— Anna, oddaj mi dziecko — powiedział.

Pani Wanda mocniej przytuliła niemowlę.

— Proszę się cofnąć.

— Jestem jej ojcem.

— Nie znasz nawet jej imienia — odpowiedziałam.

— To nie ma znaczenia.

— Dla mnie ma.

Oskar wyciągnął z teczki kartkę.

— Podpisałaś zgodę na wykorzystanie materiału genetycznego podczas poprzedniego leczenia. Nie możesz teraz udawać, że dziecko należy wyłącznie do ciebie.

Poczułam, jak paznokcie wbijają mi się w dłonie.

— Nie wiedziałam, że zarodek istnieje.

— Ale podpisałaś.

— Podpis pod dokumentem, którego treści mi nie wyjaśniono, nie daje ci prawa do odebrania mi córki.

Oskar zrobił krok naprzód.

Rajen stanął między nami.

— Spróbuj ją tknąć, a wszyscy usłyszą, dlaczego przez sześć lat nie interesowałeś się własnym synem.

Oskar uśmiechnął się krzywo.

— Ty też nie jesteś ojcem.

— Nie. Ale jestem człowiekiem, który nie sprzedał tej dziewczynki za pieniądze.

To zdanie sprawiło, że Melisa wstała.

— Jakie pieniądze?

Jej ojciec odwrócił się do niej.

— Nie teraz.

— Jakie pieniądze, tato?

Doktor Borys wyjął drugi dokument. Tym razem nie była to karta laboratoryjna, lecz umowa finansowa.

— Państwa ojciec przelał klinice ogromną kwotę za „wyłączność genetyczną” dziecka. W umowie zapisano, że jeśli urodzi się dziewczynka, zostanie przekazana państwu Wysockim niezależnie od wyników badań.

Melisa zasłoniła twarz.

— Chciałeś kupić moje dziecko.

— Chciałem dać ci rodzinę.

— Nie. Chciałeś, żebym urodziła wnuka, który będzie należał do ciebie.

Jej głos nie był już płaczliwy. Był pusty.

Ojciec Melisy zrobił krok w tył.

W tym momencie weszła dyrektorka szpitala z dwiema pielęgniarkami. Za nią pojawił się pracownik ochrony. Nie było krzyków ani scen. Dyrektorka po prostu wskazała mężczyznom wyjście i oznajmiła, że do czasu wyjaśnienia sprawy nikt nie opuści budynku z dokumentami kliniki.

Nie potrzebowałam widowiska.

Potrzebowałam odpowiedzi.

Oskar próbował jeszcze protestować, ale kiedy dyrektorka powiedziała, że zarodek został użyty bez mojej świadomej zgody, jego pewność siebie zniknęła. Dokument, którym chciał mnie zastraszyć, przestał być bronią. Stał się dowodem przeciwko niemu i klinice.

Helena podała mi oryginalną kartę transferową.

Na dole widniało moje nazwisko, data pobrania komórek i numer pojemnika. Obok znajdowała się dopisana później cyfra. Atrament miał inny odcień.

— Dlaczego mi pomogłaś? — zapytałam.

Helena spojrzała na dziecko.

— Bo przez sześć lat słyszałam, że mam milczeć. A potem zobaczyłam panią na korytarzu. Trzymała pani syna za rękę i mówiła mu, że rodzina to ludzie, którzy zostają. Pomyślałam, że nie mogę pozwolić, aby odebrano pani kolejne dziecko.

Łzy napłynęły mi do oczu.

Rajen stał przy łóżku, ale nie próbował mnie dotknąć.

— Nie oczekuję, że mi wybaczysz — powiedział.

— Dobrze.

— Chciałem ochronić ciebie i małą.

— Ochrona bez prawdy jest kolejną formą odebrania komuś wyboru.

Skinął głową.

— Masz rację.

Melisa podeszła do mnie powoli. Pani Wanda nadal trzymała dziecko.

— Nie będę prosić, żebyś oddała mi córkę — powiedziała. — Nie mam do tego prawa. Ale chcę ci powiedzieć, że żałuję.

— Żałujesz, że ją odrzuciłaś?

— Żałuję, że uwierzyłam ludziom, którzy mówili, że dziecko może należeć do kogoś jak przedmiot. I żałuję, że pozwoliłam Rajenowi ukrywać prawdę.

Rajen spojrzał na nią.

— Meliso…

— Nie przepraszaj mnie. Przeproś Annę.

Zrobił krok ku mnie.

— Przepraszam.

Nie powiedziałam, że wszystko będzie dobrze. Nie było.

Moja córka miała biologicznego ojca, który próbował wykorzystać ją do odzyskania wpływów. Miała kobietę, która ją urodziła, choć nie wiedziała, że jest jej matką genetyczną. Miała wuja, który kochał ją od pierwszej sekundy, ale jego strach zmienił się w kłamstwo.

A ja musiałam nauczyć się być dla niej nie tylko osobą, która dała jej życie, lecz także tą, która podejmie wszystkie decyzje za nią, dopóki sama nie będzie mogła ich podjąć.

Następnego ranka pielęgniarka przyniosła formularz dotyczący aktu urodzenia.

W rubryce „matka” wpisałam swoje imię.

Anna Wysocka.

Rajen podpisał oświadczenie, że nie rości sobie praw do dziecka, ale zobowiązuje się pomagać mi w wyjaśnieniu sprawy kliniki. Melisa odeszła od ojca jeszcze tego samego dnia. Nie wiedziałam, czy kiedykolwiek zdoła zbudować z nami jakąkolwiek relację. Wiedziałam tylko, że po raz pierwszy podjęła decyzję samodzielnie.

Oskar nie dostał córki. Dostał wezwanie do wyjaśnienia podpisu, którego nie powinien był użyć.

Ojciec Melisy stracił kontrolę nad kliniką, pieniędzmi i własną córką. Nie musiałam patrzeć, jak ktoś go prowadzi. Najdotkliwszą karą było dla niego to, że jego nazwisko przestało otwierać drzwi.

Kilka dni później siedziałam w gabinecie genetyka. Moja córka spała w nosidełku, a pod jej lewym uchem widoczna była maleńka plamka w kształcie przecinka.

Lekarz przesunął palcem po wyniku badania.

— Zgodność z panią wynosi dziewięćdziesiąt dziewięć przecinek dziewięć procent.

Popatrzyłam na kartkę.

Nie czułam triumfu.

Czułam ciężar, który wreszcie miał swoje imię.

Rajen czekał na mnie przed gabinetem. W ręku trzymał różową opaskę ze szpitala. Podał mi ją bez słowa.

— Zachowałeś ją? — zapytałam.

— Nie wiedziałem, co innego mogę zrobić.

Wzięłam opaskę i wsunęłam ją do kieszeni.

— Możesz zacząć od mówienia prawdy.

— A potem?

Spojrzałam na śpiące dziecko. Jej maleńkie palce zacisnęły się na krawędzi kocyka, dokładnie tak samo jak palce mojego starszego syna, kiedy był niemowlęciem.

— Potem zapytasz, czy możesz zostać w jej życiu.

Rajen skinął głową.

Nie obiecałam mu, że odpowiedź będzie twierdząca.

Ale kiedy wyszliśmy z gabinetu, moja córka otworzyła oczy i spojrzała na niego przez ramię nosidełka.

Rajen zatrzymał się, jakby właśnie dostał drugą szansę, której nie odważył się prosić.

A ja powiedziałam tylko:

— Najpierw naucz się wymawiać jej imię bez strachu.

Оцените статью