Prosiłam, żeby zabili mnie szybko, lecz kiedy mafijny boss wyjął nóż, jego prawa ręka nagle pobladła

Kiedy obudziłam się w czarnym samochodzie, mężczyzna siedzący naprzeciwko trzymał moją zakrwawioną dłoń tak, jakby była czymś cennym.

Nie wiedziałam, dokąd jedziemy. Wiedziałam tylko, że każde szarpnięcie samochodu przeszywało mi żebra, a metalowy smak krwi wciąż stał mi na języku. Na ramiona narzucono mi ciężki płaszcz pachnący dymem i mokrą wełną. Pod palcami wyczuwałam przy jego kołnierzu małą, mosiężną spinkę w kształcie kruka.

— Nie dotykaj mnie — wyszeptałam.

Mężczyzna natychmiast puścił moją rękę.

— Dobrze.

Jego głos był spokojny. To właśnie przerażało mnie najbardziej.

— Gdzie mnie zabierasz?

— Do lekarza.

— Nie do szpitala.

— Nie.

— Nie do policji?

— Też nie.

Otworzyłam zdrowe oko. Nad jego brwią ciągnęła się cienka blizna, a twarz miał nieruchomą jak kamienny pomnik. Kierowca nie odzywał się ani słowem. Drugi mężczyzna siedział przy drzwiach i co chwilę patrzył w lusterko.

— Kim jesteś? — zapytałam.

— Dominik Ashford.

Serce uderzyło mi tak mocno, że zabolała mnie klatka piersiowa.

Znałam to nazwisko. Każdy, kto pracował w porcie, znał je. Ashford kontrolował magazyny, transport i ludzi, którzy nigdy nie podpisywali dokumentów własnym nazwiskiem.

— Nie możesz mnie ratować — powiedziałam.

— Już to zrobiłem.

Przymknęłam powiekę, lecz obrazy wróciły natychmiast: betonowa ściana, łańcuch, stół z rdzawymi plamami i Vincent Caldwell, który spokojnie poprawiał mankiet koszuli, kiedy pytał, ile jeszcze potrafię wytrzymać.

— On po mnie przyjdzie.

— Wiem.

— Nie wiesz nic.

Dominik pochylił się odrobinę.

— Znalazłem cię przykutej do filaru w magazynie, który miał należeć do Terrence’a Cole’a. Zostały tam butelki wody, stół i ślady kilku osób. Nie znalazłem żadnego ciała. To znaczy, że ktoś zdążył uciec.

— Powinieneś był mnie zostawić.

— Dlaczego?

Zaśmiałam się, ale ból przerwał ten dźwięk.

— Bo teraz będziesz miał problem.

— Problemy już miałem.

Samochód skręcił gwałtownie w wąską ulicę. Za szybą przemknęła brama starej kliniki. W środku pachniało jodem, kawą i mokrym drewnem. Dominik wysiadł pierwszy, a potem wyciągnął do mnie rękę.

Cofnęłam się.

— Nie dotykaj mnie.

— Możesz iść sama?

Spróbowałam. Kolana ugięły się po pierwszym kroku.

Dominik złapał mnie pod ramiona, ale tym razem nie przyciągnął do siebie. Czekał, aż sama oprę na nim ciężar.

Lekarka, starsza kobieta o srebrnych włosach, rozcięła mój rękaw. Gdy zobaczyła ślady na nadgarstkach, jej twarz stwardniała.

— Kto to zrobił?

— Nie pamiętam.

— Pamiętasz.

Dominik stał przy oknie, z dłońmi zaciśniętymi za plecami. Mosiężny kruk przy jego kołnierzu błysnął w świetle lampy.

— Muszę wiedzieć, jak poważne są obrażenia — powiedział.

— Musisz wiedzieć, kto ją dorwał — odparła lekarka.

Spojrzałam na niego.

— Jeśli powiem nazwisko, wszyscy zginą.

— Kto wszyscy?

Zacisnęłam palce na płaszczu. W podszewce, tuż pod prawym ramieniem, wyczułam twardy, płaski kształt. Nie wiedziałam, czy oprawcy go znaleźli. Nie wiedziałam, czy Dominik już przeszukał ubranie.

Wtedy na korytarzu rozległy się ciężkie kroki.

Drzwi kliniki otworzyły się bez pukania. Do środka wszedł blady mężczyzna z mokrym kapeluszem w dłoni.

— Panie Ashford — powiedział. — Przywiozłem teczkę, o którą pan prosił.

Dominik spojrzał na mnie, potem na dokumenty.

Mężczyzna położył teczkę na stole i zaczął odpinać metalowe zapięcie. Jego palce zatrzymały się na ostatnim zatrzasku…

CZĘŚĆ 2

Ostatni zatrzask puścił z cichym trzaskiem.

Mężczyzna w mokrym kapeluszu wyjął z teczki fotografię i położył ją na stole. Zobaczyłam magazyn, w którym mnie więziono. Zdjęcie zrobiono z ulicy, przez ogrodzenie, kilka godzin przed tym, jak Dominik tam przyjechał.

Na odwrocie widniała godzina.

— To niemożliwe — powiedziałam.

— Co? — Dominik natychmiast podszedł bliżej.

Wskazałam zdjęcie drżącym palcem.

— Ten samochód. Czarna furgonetka. Stała tam, zanim mnie przywieziono.

Mężczyzna z teczką przełknął ślinę.

— Należała do firmy przewozowej Caldwellów.

Dominik zabrał fotografię. Papier zaskrzypiał w jego dłoni.

— Nazwisko kierowcy.

— Jeszcze go nie mamy.

— To po co przyniosłeś mi zdjęcie?

— Bo na drugim jest coś gorszego.

Wyjął kolejną odbitkę. Tym razem widać było boczne drzwi magazynu. Przy nich stał Terrence Cole, człowiek, którego Dominik szukał od tygodni. Cole nie patrzył w obiektyw. Patrzył na kogoś poza kadrem.

Na mnie.

Żołądek podszedł mi do gardła.

— On nie był tylko pośrednikiem — powiedziałam.

— Kim był? — spytał Dominik.

— Człowiekiem, który odbierał rachunki.

— Jakie rachunki?

Lekarka ścisnęła bandaż wokół mojego nadgarstka. Ból przeszedł aż do łokcia.

— Pracowałam dla Caldwella jako księgowa. Nie zwykła księgowa. Prowadziłam przelewy, transporty i wypłaty. Przez trzy lata myślałam, że pieniądze znikają w zwykłym chaosie portu. Potem znalazłam konto, którego nie powinno być.

Dominik oparł dłonie o stół.

— Czyje?

— Nie wiem. Tylko pierwsze dwie litery. „D. A.”

W pokoju zrobiło się duszno.

— Chcesz powiedzieć, że ktoś używał mojego nazwiska? — zapytał.

— Chcę powiedzieć, że pieniądze szły na konto wyglądające jak twoje, ale należące do kogoś, kto chciał, żebyś tak myślał.

Marek, jego prawa ręka, wszedł do gabinetu bez pukania. Miał mokre włosy i zadrapanie na policzku.

— Mamy wiadomość od ludzi Caldwella — oznajmił. — Chcą wymiany.

Dominik nawet na niego nie spojrzał.

— Za kogo?

— Za nią.

Marek wskazał mnie brodą.

— Dwadzieścia minut. Stary dworzec towarowy. Jeśli się nie pojawisz, spalą wszystko, co zabrali z magazynu.

— Co zabrali? — zapytałam.

Marek zamilkł.

To wystarczyło.

Wstałam z łóżka, choć nogi drżały.

— Oni nie chcą mnie odzyskać. Chcą rzeczy, którą mam.

Dominik odwrócił głowę.

— Jakiej rzeczy?

Przez chwilę słyszałam tylko kapanie wody z płaszcza na podłogę. Wsunęłam dłoń pod podszewkę, lecz Marek zrobił krok w moją stronę.

Dominik natychmiast zastąpił mu drogę.

— Zostań tam.

Marek uniósł dłonie.

— Chciałem tylko pomóc.

— Pomoc nie wygląda jak rozkaz.

Wyjęłam z rozprutej podszewki małą porcelanową figurkę ptaka. Była pęknięta przez środek, a w szczelinie tkwił cienki mosiężny kluczyk.

Lekarka wciągnęła powietrze.

Dominik patrzył na przedmiot, jakby rozpoznał go z cudzej opowieści.

— Gdzie to znalazłaś? — zapytał.

— W biurku Caldwella. Schowałam to, zanim mnie zabrali.

— Co otwiera?

— Nie wiem. Ale Terrence Cole powiedział, że przez ten klucz umrze więcej osób niż przeze mnie.

W tej samej chwili telefon Dominika zawibrował na stole. Odebrał, słuchał przez trzy sekundy, a potem jego twarz zmieniła kolor.

— Powiedz to jeszcze raz — polecił.

Głos po drugiej stronie był na tyle głośny, że usłyszałam pojedyncze słowa.

„Ktoś właśnie wszedł do domu Ashfordów”.

Dominik spojrzał na Marka.

Marek nie wyglądał na zaskoczonego.

A wtedy zrozumiałam, że zdrajca nie ukrywa się gdzieś wśród ludzi Caldwella. Stał przy naszym stole i czekał, aż wszyscy odwrócimy wzrok…

CZĘŚĆ 3

Marek rzucił się pierwszy.

Nie na Dominika. Na mnie.

Jego ręka zacisnęła się na moim ramieniu dokładnie w miejscu, gdzie miałam świeże szwy. Krzyknęłam, a Dominik uderzył go łokciem w szczękę. Marek cofnął się pod metalową szafkę, która zadźwięczała jak dzwon.

— Jeszcze raz jej dotkniesz, a wyniosą cię stąd w worku — powiedział Dominik.

— Nie rozumiesz, co ona ma! — syknął Marek.

— Rozumiem wystarczająco.

Marek otarł krew z wargi.

— Caldwell trzymał twojego brata.

Dominik znieruchomiał.

Nie wiedziałam, że miał brata.

— Emil zginął siedem lat temu — powiedział cicho.

— Nie zginął.

Marek wyjął z kieszeni zmięty dokument i rzucił go na stół. Papier wylądował obok porcelanowego ptaka. Widniała na nim data sprzed sześciu miesięcy, podpis lekarza i numer oddziału zamkniętego zakładu leczniczego.

Pod nazwiskiem Emil Ashford ktoś dopisał: „pacjent żyje”.

Dominik patrzył na kartkę, ale nie wyciągał po nią ręki.

— Ty podpisałeś przelewy — powiedziałam. — Te z konta z literami „D. A.”.

Marek spojrzał na mnie z nienawiścią.

— Byłem zmuszony.

— Zmuszony do założenia konta na nazwisko Dominika? Do wysyłania pieniędzy Terrence’owi Cole’owi? Do zorganizowania magazynu?

— Chciałem odzyskać Emila.

— A Caldwell chciał czegoś więcej — odezwał się Dominik.

Wziął porcelanowego ptaka i obrócił go w dłoni. Pęknięcie przebiegało dokładnie przez namalowane skrzydło.

— To nie jest zwykły klucz — powiedziałam. — Na odwrocie rachunku widziałam ten sam znak. Pod nim zapisano numer skrytki w starym dworcu towarowym.

Drzwi gabinetu zatrzasnęły się. Do środka weszła lekarka z młodym mężczyzną o twarzy wychudzonej od choroby.

Dominik odwrócił się tak gwałtownie, że krzesło przewróciło się na podłogę.

— Emil.

Mężczyzna zatrzymał się przy framudze.

— Cześć, bracie.

Dominik podszedł do niego, ale nie objął go od razu. Jakby bał się, że dotyk rozbije tę chwilę.

— Caldwell powiedział, że nie żyjesz.

— Caldwell kłamał. Marek płacił za mój pobyt, lecz od pół roku nie miał już pieniędzy. Wtedy przyszedł do mnie Terrence. Powiedział, że jeśli nie przekonam cię do wymiany, zabiją Lenę.

Marek zamknął oczy.

— Nie chciałem jej skrzywdzić.

— Ale wiedziałeś, co robią — odpowiedziałam. — Wiedziałeś, że przetrzymują mnie przy filarze.

Nie zaprzeczył.

Emil położył na stole drugą kartkę.

— Znalazłem to w kieszeni człowieka, który pilnował magazynu. Caldwell nie chciał pieniędzy. Chciał, żeby Dominik pojechał na dworzec i otworzył skrytkę przy wszystkich swoich ludziach. W środku miały być dokumenty dowodzące, że Ashfordowie finansują zabójstwa w porcie.

Dominik spojrzał na mnie.

— A ty odkryłaś, że dokumenty są podrobione.

— Nie tylko podrobione. Prawdziwe rachunki zostały połączone z fałszywymi nazwiskami. Ktoś zamierzał wykorzystać je do przejęcia całej sieci transportowej.

W tym momencie telefon na stole zadzwonił. Numer był nieznany.

Dominik odebrał.

— Ashford.

— Jeśli chcesz odzyskać brata, przyjedź na dworzec — powiedział Vincent Caldwell. — I przywieź Lenę. Samą.

Dominik zacisnął szczękę.

— Emil jest tutaj.

Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.

— W takim razie zabierzcie go również. O północy wysadzę magazyn z całą dokumentacją. A zanim to zrobię, pokażę ludziom, kto naprawdę sprzedał ich nazwiska.

Połączenie się urwało.

Marek podniósł wzrok.

— On ma jeszcze jedną rzecz — wyszeptał.

— Co? — spytałam.

Marek popatrzył na Dominika.

— Oryginalną księgę. Z moim podpisem i podpisem człowieka, który stoi nad Caldwellem. Człowieka, którego Dominik uważał za martwego…

FINAŁOWA CZĘŚĆ

Caldwell ujrzał podpis na ostatniej stronie księgi…

Myślałam, że najgorsze już się skończyło. Dopiero wtedy odkryliśmy, kto naprawdę pociągał za sznurki.

Dominik otworzył ostatnią stronę księgi.
„Po przejęciu sieci usunąć Dominika”.
Jego twarz stężała.

😱 ODKRYJ, CO UKRYWALI →

👇 Finał tej historii jest już dostępny

Оцените статью