CZĘŚĆ 4
— Serena Baldwin? Caleb powiedział, że tylko ty możesz otworzyć drzwi…
Głos Lily zniknął, ale nikt z nas nie odważył się od razu odezwać.
Stałam na środku przedpokoju, ściskając pasek papieru tak mocno, że jego krawędź przecięła mi skórę. Na końcu zdania brakowało drugiej połowy. Papier urywał się przy słowie „drzwi”, jakby ktoś wyrwał go z notesu w pośpiechu.
Jason podniósł telefon Owena.
— Lily? Słyszysz mnie?
Zamiast odpowiedzi usłyszeliśmy metaliczne uderzenie i krótki kaszel.
Potem ciszę.
— Jedziemy — powiedział Jason.
— Victor może na nas czekać — zauważyła Mara.
— Już na nas czeka.
Owen schylił się po kartę dostępu. Drżały mu palce.
— Stacja jest trzy kilometry stąd. Główne wejście zostało zasypane, ale jest drugi dostęp przy kanale odpływowym.
— Skąd wiesz? — spytałam.
— Bo kiedyś go zbudowałem.
Spojrzałam na niego.
— Dla Victora?
— Dla ludzi, których tam zamykał.
W tej odpowiedzi nie było usprawiedliwienia. Było tylko zmęczenie człowieka, który przez trzy lata nosił własną winę jak kamień.
Jason wziął apteczkę, latarkę i gruby koc. Ja wróciłam do kartonu z sokołem. Ptak oddychał ciężko, ale kiedy wyciągnęłam rękę, otworzył oko.
— Nie mogę cię tu zostawić — wyszeptałam.
Mara zatrzymała mnie przy drzwiach.
— Lecznica jest po drodze. Zawiozę go i zadzwonię po pomoc.
— Nikomu nie ufam.
— Mnie też nie musisz. Ale ptak nie może czekać.
To był rozsądny wybór, choć bolał. Oddałam jej pudło. Sokół zacisnął pazury na ręczniku, a metalowa obrączka zabrzęczała cicho.
Ten dźwięk pamiętałam później przez całą noc.
Do stacji dotarliśmy o dwudziestej trzeciej czterdzieści. Deszcz zamienił leśną drogę w błotnistą rynnę. Zatrzymaliśmy samochód przy zardzewiałej tablicy ostrzegającej przed osuwiskiem.
Owen poprowadził nas wzdłuż kanału. Woda sięgała mi do kostek, a zimne kamienie przesuwały się pod podeszwami.
— Jeśli Victor tam jest, nie rozdzielamy się — powiedział Jason.
— A jeśli wejście się zawali? — zapytałam.
— Wtedy będziemy szukać drugiego.
— A jeśli nie ma drugiego?
Jason spojrzał na mnie w świetle latarki.
— Będzie.
Przy końcu kanału Owen odsunął zardzewiałą kratę. Za nią znajdował się niski tunel pachnący ziemią, benzyną i pleśnią. Na ścianie zobaczyłam nacięcia. Cztery pionowe kreski, potem jedna pozioma.
— To znak Caleba — powiedział Jason.
Dotknął muru.
— Robił tak, kiedy byliśmy dziećmi. Oznaczało: „jestem blisko”.
Poszliśmy dalej.
Po trzydziestu metrach tunel kończył się stalowymi drzwiami. Nie było zamka, tylko okrągłe wgłębienie wielkości mosiężnego walca.
Włożyłam go do otworu.
Drzwi drgnęły.
Z głębi dobiegł dziecięcy płacz.
Jason położył dłoń na moim ramieniu.
— Serena, jeśli za tym stoi Victor…
— Wiem.
Przekręciłam walec.
Zamek puścił z głuchym kliknięciem.
Za drzwiami znajdowała się komora pełna drewnianych skrzyń. Na każdej namalowano numer, datę i gatunek ptaka. Przy ścianie stało łóżko polowe, a na nim leżał mężczyzna owinięty kocem.
Jason wydał z siebie dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszałam.
— Caleb.
Mężczyzna poruszył głową.
Był wychudzony, miał siwe pasma we włosach i bliznę biegnącą od skroni do szczęki. Ale to był on. Brat Jasona. Człowiek, którego rodzina opłakała trzy lata wcześniej.
— Wiedziałem, że przyjdziesz — powiedział Caleb.
Jason uklęknął przy łóżku.
— Dlaczego nie uciekłeś?
— Próbowałem. Victor trzymał Lily. Powiedział, że jeśli wyjdę, zabije ją.
— Gdzie ona jest? — spytałam.
Caleb wskazał na ścianę za skrzyniami.
Usłyszeliśmy ciche stukanie.
Owen zaczął odsuwać pudła, ale Jason go zatrzymał.
— Nie tak. Jeśli ściana jest pod napięciem, możemy ją zablokować.
Caleb uniósł rękę.
— Serena zna mapy twojego ojca. Powiedz jej o symbolu.
Podeszłam do ściany. Na cegłach ktoś narysował kredą trzy łuki i kropkę. Znałam ten znak. Ojciec używał go na mapach mokradeł, żeby zaznaczyć naturalne przejście między podziemnymi kanałami.
— To nie jest ściana — powiedziałam. — To pokrywa.
Przesunęłam dłoń niżej, pod trzecią cegłą. Znalazłam metalowy uchwyt ukryty w zaprawie.
— Cofnijcie się.
Pociągnęłam.
Fragment muru odsunął się do środka. Za nim siedziała Lily, przyciśnięta do kolan i owinięta żółtym kocem. Na szyi miała plastikową plakietkę z numerem 417.
Jason wyciągnął ręce.
— Nie podejdę, jeśli nie chcesz.
Dziewczynka spojrzała na mnie.
— Caleb mówił, że przyjdziesz z piórem.
— Z jakim piórem?
Lily wskazała moją kieszeń.
Dopiero wtedy przypomniałam sobie o lnianej rękawiczce znalezionej przy sokole. Wystawał z niej cienki, czarny fragment pióra, który wsunęłam tam odruchowo, gdy opatrywałam ptaka.
Podałam go dziewczynce.
Lily dotknęła go i zaczęła płakać.
— Mama powiedziała, że jeśli zobaczę to pióro, mam powiedzieć, gdzie jest księga.
— Jaka księga? — spytał Jason.
— Ta, którą Victor chciał spalić.
W tej samej chwili światło w komorze zgasło.
Z tunelu dobiegły kroki.
Victor Hale wszedł między skrzynie, trzymając kanister z paliwem. Miał na sobie elegancki płaszcz, ale jego twarz była umazana sadzą.
— Oddajcie mi dziewczynkę — powiedział.
Jason stanął przed Lily.
— Nie.
Victor spojrzał na Caleba.
— Trzy lata trzymałem cię przy życiu, a ty sprowadziłeś tu całą bandę.
— Trzymałeś mnie, bo wiedziałem, gdzie są dokumenty — odpowiedział Caleb.
Victor uśmiechnął się krzywo.
— Dokumenty nie mają znaczenia, jeśli nikt ich nie zobaczy.
Owen wyszedł przed nas.
— Ja je widziałem.
Victor skierował na niego kanister.
— Ty nie masz prawa mówić o winie.
— Nie mam. Ale mam klucz do zbiornika paliwa.
Uniósł mały metalowy klucz, który wcześniej trzymał w kieszeni.
Victor rzucił się ku niemu. Jason chwycił Victora za ramię, a ja pociągnęłam Lily za sobą. Kanister spadł na ziemię. Paliwo rozlało się po betonie, a jego zapach natychmiast wypełnił komorę.
Caleb wskazał na skrzynie.
— Za tą z numerem 12 jest wyjście.
— Nie możesz chodzić — powiedziałam.
— Mogę pełzać.
Jason i ja podnieśliśmy go między sobą. Owen odsunął skrzynię. Za nią znajdowała się wąska szczelina prowadząca do kanału.
Victor próbował dosięgnąć kanistra.
— Serena! — krzyknął. — Twój ojciec też podpisał te dokumenty!
Zatrzymałam się.
To był cios wymierzony dokładnie tam, gdzie miał zaboleć.
— Co powiedziałeś?
— Twój ojciec wiedział o ośrodku. Brał pieniądze. To dlatego zginął.
Jason spojrzał na mnie, ale tym razem nie próbował mnie odciągać.
Caleb odezwał się z podłogi:
— To kłamstwo.
Victor roześmiał się.
— Wszyscy kłamaliście.
— Nie — powiedział Caleb. — Twój podpis jest na wszystkim. Mój brat znalazł księgę.
Lily ścisnęła pióro.
— Księga jest w skrzyni numer 12.
Victor pobiegł do niej, ale Owen zablokował mu drogę. Obaj przewrócili się na mokrym betonie. Jason wykorzystał chwilę, otworzył skrzynię i wyciągnął grubą księgę owiniętą w folię.
Na pierwszej stronie zobaczyłam nazwiska, daty i kwoty. Przy nazwisku mojego ojca nie było podpisu. Była tylko adnotacja: „odmówił współpracy”.
Obok widniał podpis Victora.
A pod nim nazwisko Owena.
Owen zobaczył wpis i zamknął oczy.
— Caleb mówił prawdę — wyszeptał. — Twój ojciec próbował ich powstrzymać.
Wtedy z tunelu dobiegł huk. Ktoś zamknął kratę od zewnątrz.
Victor przestał walczyć. Spojrzał na księgę, potem na mnie.
— Jeśli wyjdziecie z tym, rezerwat przestanie istnieć.
— Nie — odpowiedziałam. — Przestanie istnieć to, co ukrywałeś pod nim.
Lily podała mi pióro.
— Caleb powiedział, że trzeba je włożyć między strony.
Wsunęłam je przy stronie z podpisem Victora. W tym momencie usłyszeliśmy syreny nad kanałem. Mara musiała dotrzeć do lecznicy i wezwać pomoc, zanim wróciła po nas. Nie przyjechała jednak sama. Za kratą pojawiły się światła ratowników i pracowników ochrony rezerwatu.
Owen odsunął się od Victora.
— Ja zostaję — powiedział.
Jason spojrzał na niego z gniewem.
— Po tym wszystkim?
— Właśnie po tym wszystkim. Pokażę im każde wejście, każdą skrzynię i każdy podpis.
Caleb wyciągnął rękę do brata.
Jason długo patrzył na jego dłoń. Potem ją ujął.
Nie było w tym przebaczenia. Jeszcze nie.
Była obietnica, że Caleb nie zostanie już sam z tym, co przeżył.
Nad ranem Mara przywiozła sokoła z lecznicy. Ptak przeżył, ale nie mógł już latać. Weterynarz powiedział, że zostanie pod opieką rezerwatu, jeśli rezerwat przetrwa śledztwo i zmianę całego zarządu.
Victor stracił stanowisko, majątek i wszystko, na czym zbudował swoje nazwisko. Owen oddał pieniądze, wskazał ukryte magazyny i sam zgłosił się do odpowiedzialnych za ochronę zwierząt. Nie próbował wybielić swojej roli.
Caleb wrócił do domu, ale nie zamieszkał od razu z Jasonem. Potrzebował leczenia, czasu i miejsca, w którym nikt nie zamykałby drzwi od zewnątrz.
Lily trafiła do ciotki, która od trzech lat szukała jej bez wiedzy, że dziewczynka przebywała kilkaset metrów od głównej bramy rezerwatu.
A ja zachowałam lnianą rękawiczkę.
Nie jako pamiątkę po strachu.
W środku nadal tkwił czarny fragment pióra, który pomógł Lily uwierzyć, że ktoś naprawdę po nią przyjdzie.
Tydzień później pojechałam z Jasonem do ośrodka. Caleb siedział przy wolierze i czytał sokółowi na głos listę nazwisk z księgi. Ptak przechylał głowę, jakby rozumiał każde słowo.
— Znalazłem jeszcze jedną rzecz — powiedział Caleb.
— Co takiego? — spytałam.
Wyjął z kieszeni nową obrączkę, prostą i srebrną.
— Dla niego. Bez numeru 417.
Jason spojrzał na ptaka.
— A jaki numer wpiszesz?
Caleb podał obrączkę mnie.
Na metalu wygrawerowano trzy słowa: „Nie zniknął bez śladu”.
Sokół szarpnął skrzydłem, a wszystkie dzwoneczki w wolierze zabrzmiały naraz.






