Jason przycisnął latarkę do mojej głowy i powiedział, że jeśli się poruszę, może wyciągnąć kleszcza razem z kawałkiem skóry.
Stałam w łazience naszego domu, wciąż ubrana w zakurzone spodnie i buty przesiąknięte zapachem mokrych liści. Była dziewiętnasta czterdzieści, za oknem nad rezerwatem zapadał granatowy zmierzch, a na umywalce leżała lniana rękawiczka, którą znalazłam przy rannym sokole.
— Nie strasz mnie — powiedziałam.
— Nie straszę. Sprawdzam.
— Jason, wróciliśmy godzinę temu. Gdyby to był kleszcz, już bym go poczuła.
— Właśnie dlatego nie chcę zgadywać.
Jego palce rozdzielały mi włosy pasmo po paśmie. Znałam ten ruch. Jason zawsze robił się przesadnie dokładny, kiedy się bał. Nawet przy składaniu mebli czy sprawdzaniu zamka w samochodzie czytał instrukcję dwa razy. Tym razem jednak nie chodziło o zwykłe ukąszenie.
W południe znaleźliśmy sokoła przy ogrodzeniu rezerwatu, z jednym skrzydłem przyciśniętym do ziemi. Ptak syczał, trzepotał i wbijał pazury w błoto, ale nie próbował mnie dziobnąć. Kiedy narzuciłam na niego koc, poczułam pod palcami coś twardego przy lewej nodze.
Metalową obrączkę.
Nie wyglądała jak oznaczenie zakładane przez pracowników rezerwatu. Była zmatowiała, porysowana, a na jej powierzchni ktoś wyrył trzy cyfry: 417. Do obrączki przyczepiono cienki, mosiężny walec wielkości ziarenka fasoli.
— Nie dotykaj tego — ostrzegł Jason, gdy mu o tym powiedziałam.
— Przecież już dotknęłam.
— Serena.
W jego głosie usłyszałam coś, czego nie potrafiłam nazwać. Nie zwykły niepokój. Raczej pamięć o czymś, o czym nie chciał mi powiedzieć.
O dwudziestej zadzwoniłam do rezerwatu. Nikt nie odebrał. Kierownik, Victor Hale, wysłał tylko wiadomość: „Zostawcie ptaka przy bramie. Zajmiemy się nim rano”.
To nie miało sensu. Ranny sokół mógł nie przeżyć nocy.
— Zawiozę go do lecznicy — powiedziałam.
— Nie pojedziesz tam sama.
— Nie jestem sama. Mam ciebie.
Wtedy Jason odsunął włosy nad moim prawym uchem i zamarł. Zobaczyłam jego twarz w lustrze. Źrenice miał rozszerzone, a latarka drżała mu w dłoni.
— Co jest? — spytałam.
— Nie wiem.
— To nie brzmi uspokajająco.
— Tu coś jest.
Poczułam ukłucie. Odruchowo uniosłam rękę, ale Jason złapał mnie za nadgarstek.
— Nie dotykaj.
— Powiedziałeś, że to może być kleszcz.
— Tak powiedziałem, zanim to zobaczyłem.
Z szuflady wyjął pęsetę, słoik po lekarstwach i małą kopertę z czerwonym paskiem. Nigdy wcześniej jej nie widziałam. Położył wszystko na białej umywalce, obok zakrwawionego bandaża, którym owinęłam skrzydło sokoła.
— Skąd masz tę kopertę? — zapytałam.
Jason spojrzał na mnie, ale nie odpowiedział.
W tej samej chwili na podjeździe zatrzymał się samochód. Reflektory przecięły zasłony. Ktoś wysiadł i nie zgasił silnika.
Jason odsunął mnie od okna.
— Zgaś światło.
— Kto przyjechał?
— Nie wiem.
— Jason, co się dzieje?
Jego telefon zawibrował na pralce. Na ekranie pojawiła się wiadomość z nieznanego numeru: „Nie oddawajcie ptaka. Oni już wiedzą, że go znaleźliście”.
Za drzwiami wejściowymi rozległy się trzy powolne uderzenia. Jason schował kopertę do kieszeni, a potem wyciągnął pęsetę i zbliżył ją do mojej skóry. Jego ręka zatrzymała się centymetr od miejsca, gdzie coś czarnego poruszyło się między włosami…
CZĘŚĆ 2
Końcówka pęsety dotknęła mojej skóry dokładnie w chwili, gdy ktoś nacisnął klamkę.
Drzwi były zamknięte, ale zamek zazgrzytał. Jason odsunął mnie za ścianę, a sam stanął przy wejściu. W domu pachniało wilgotnym drewnem i środkiem dezynfekującym, którym przemywaliśmy ranę sokoła.
— Kto tam? — zawołał.
— Serena? To ja, Mara z lecznicy.
Rozpoznałam głos, choć brzmiał zduszony.
Jason nie otworzył od razu.
— Pokaż ręce — powiedział.
— Co?
— Pokaż ręce, Mara.
Przez kilka sekund panowała cisza. Potem pod drzwi wsunęła się dłoń. Kobieta trzymała w niej identyfikator pracownika rezerwatu, ale plastik był pęknięty, a nazwisko zdrapane.
Jason uchylił drzwi tylko na szerokość dłoni. Mara wślizgnęła się do środka i natychmiast oparła plecy o ścianę.
— Wyłączcie wszystkie światła — wyszeptała.
— Najpierw powiedz, co tu robisz — zażądałam.
Mara miała mokre włosy przyklejone do policzków i rozcięcie na dolnej wardze. Nie wyglądała jak ktoś, kto przyszedł po rannego ptaka. Wyglądała jak ktoś, kto uciekł.
— Victor pytał, gdzie mieszkasz — powiedziała. — Powiedziałam, że nie wiem.
— Przecież pracujesz w rezerwacie od ośmiu lat.
— Dlatego wiem, kiedy Victor kłamie.
Jason spojrzał na kopertę wystającą z jego kieszeni.
— Powiedz jej wszystko.
— Ty jej powiedz — syknęła Mara. — To twoja rodzina.
Poczułam zimno pod żebrami.
— Co ma z tym wspólnego moja rodzina?
Jason zamknął drzwi i zasunął łańcuch. Dopiero wtedy podał mi kopertę. Papier był gruby, kremowy, a na jego rogu widniał wypłowiały znak w kształcie pióra.
— Znalazłem ją w samochodzie mojego brata — powiedział.
— Masz brata?
— Miałem.
To słowo uderzyło mocniej niż cała reszta.
Jason wyjaśnił, że jego brat, Caleb, pracował przy ochronie rezerwatu. Trzy lata temu zniknął po tym, jak zgłosił nielegalne transporty zwierząt. Victor twierdził, że Caleb uciekł z pieniędzmi. Jason nigdy w to nie uwierzył, ale nie miał dowodu.
— A ta koperta? — zapytałam.
— Znalazłem ją w jego warsztacie tydzień po zaginięciu. Była pusta.
— Pusta?
— Tak. Przynajmniej wtedy tak myślałem.
Mara podeszła do sokoła. Ptak leżał w kartonowym pudle wyłożonym ręcznikiem, a jego oddech był płytki.
— To nie jest dziki sokół — powiedziała.
— Wiem, ma obrączkę.
— Nie chodzi o obrączkę. Spójrz na pazur.
Rozchyliła jego szpony. Pod jednym pazurem tkwiła drobna, biała łuska, jak kawałek farby. Mara zawinęła ją w papier.
— Takie ślady znajdowaliśmy przy magazynie numer sześć — powiedziała. — Ale magazyn oficjalnie stoi pusty.
Nagle na zewnątrz zaszurały opony. Ktoś wysiadł z samochodu. Tym razem nie zapukał.
— Victor — wyszeptała Mara.
Jason pobladł.
Telefon znowu zawibrował. Wiadomość przyszła z tego samego numeru: „Jeśli chcecie wiedzieć, co oznacza 417, przyjdźcie o północy do starej stacji meteorologicznej. Nie ufajcie Marze”.
— To pułapka — powiedział Jason.
— Oczywiście — odparła Mara. — Ale jeśli nie pójdziemy, ktoś zginie.
— Kto?
Mara spojrzała na mnie.
— Dziewczynka, którą Caleb próbował stamtąd wyprowadzić.
Nie zdążyłam zapytać, skąd wiedziała o dziewczynce. Na schodach przed domem zatrzymały się ciężkie kroki. Klamka zaczęła powoli opadać, a Mara wcisnęła mi do ręki mały metalowy walec zdjęty z obrączki sokoła.
— Otwórz go dopiero, gdy zobaczysz, kto przyszedł — wyszeptała.
Wtedy zamek pękł z suchym trzaskiem, a przez szparę w drzwiach wsunęła się ręka trzymająca nóż…
CZĘŚĆ 3
Ręka z nożem nie należała do Victora.
Należała do starszego mężczyzny w granatowym płaszczu, którego widywałam przy rezerwacie podczas zbiórek pieniędzy. Nazywał się Owen Price i przedstawiał się jako dobroczyńca. Teraz miał rozcięte czoło, a ostrze trzymał nisko, jakby bardziej się bał, niż chciał nas zaatakować.
Jason uderzył w jego nadgarstek. Nóż upadł na podłogę i wsunął się pod szafkę z butami.
— Gdzie jest Victor? — warknął.
Owen oddychał ciężko.
— Za późno. Już wie, że Mara tu jest.
— Skąd znasz jej imię? — spytałam.
Mężczyzna spojrzał na sokoła, potem na metalowy walec w mojej dłoni.
— Bo to ja dostarczałem Calebowi jedzenie.
Jason cofnął się o krok.
— Caleb żyje?
— Żył, kiedy go widziałem.
Mara zakryła usta. Ja poczułam, jak podłoga ucieka mi spod stóp.
Owen wyjął z kieszeni zmiętą kartę dostępu. Na odwrocie widniał odręczny numer 417.
— Victor prowadził pod rezerwatem zamknięty ośrodek — powiedział. — Oficjalnie przechowywano tam sprzęt. W rzeczywistości trzymano ranne ptaki, a czasem ludzi, którzy je znajdowali. Caleb odkrył, że dzieci pracowników miały podpisywać fałszywe zgody na wywóz zwierząt. Jedna z nich odmówiła.
— Dziewczynka — powiedziałam.
— Nazywa się Lily. Ma jedenaście lat.
Jason zacisnął dłonie.
— Dlaczego nigdy mi o tym nie powiedziałeś?
Owen spuścił wzrok.
— Bo Victor miał dowody, że brałem pieniądze. Pomagałem przewozić skrzynie. Myślałem, że transportujemy ptaki do ośrodków badawczych. Kiedy zrozumiałem, co naprawdę robimy, było już za późno.
Mara podeszła do niego i uderzyła go otwartą dłonią.
— Caleb ci ufał.
— Wiem.
— Przez ciebie został tam sam.
— Nie. Nie przez mnie został sam — odpowiedział Owen, a głos mu się załamał. — To Victor zamknął go w magazynie.
Jason chwycił go za kołnierz.
— Co powiedziałeś?
Owen wyjął z kieszeni złożony formularz. Papier był poplamiony olejem, ale podpis na dole dało się odczytać. Victor Hale. Obok widniała data sprzed trzech lat i numer pomieszczenia 417.
— Caleb nie uciekł — powiedział Owen. — Victor podpisał dokument, który potwierdzał jego śmierć, zanim ktokolwiek sprawdził ciało. Potem przeniósł go do starej stacji meteorologicznej, bo Caleb znał drogę do podziemnego magazynu.
Jason patrzył na podpis, jakby próbował go spalić wzrokiem.
— A metalowy walec? — zapytałam.
Owen wskazał na obrączkę sokoła.
— W środku jest klucz. Caleb przyczepił go ptakowi, kiedy próbował wysłać wiadomość. Nie mógł wyjść z zamknięcia, więc wypuścił sokoła przez szyb wentylacyjny. Liczył, że ktoś go znajdzie.
Mara zaczęła płakać.
— Dlaczego akurat Serena?
Owen spojrzał na mnie.
— Bo Caleb wiedział, że rozpoznasz jego pismo. Twój ojciec uczył go czytać mapy. Byli przyjaciółmi.
Przez całe życie myślałam, że ojciec zginął w wypadku na mokradłach. Nagle zobaczyłam jego twarz przy kuchennym stole, mapy rozłożone obok filiżanki i pióro z pękniętą stalówką.
Jason otworzył walec. W środku nie było klucza, lecz zwinięty pasek papieru.
Widniało na nim jedno zdanie: „Jeśli sokół dotrze do Sereny, nie szukajcie mnie. Szukajcie pod fundamentem stacji”.
W tej samej chwili telefon Owena zadzwonił. Odebrał, a po dwóch sekundach upuścił go na podłogę.
— Victor wysadził wejście do stacji — powiedział. — A Lily jest w środku.
Zanim zdążyliśmy ruszyć, z telefonu dobiegł cichy, urywany głos dziecka:
— Serena Baldwin? Caleb powiedział, że tylko ty możesz otworzyć drzwi…
Lily wskazała skrzynię, której Victor bał się najbardziej…
Myślałam, że szukamy tylko zaginionego człowieka.
To, co znaleźliśmy pod stacją, zmieniło wszystko.
„Za tą z numerem 12 jest wyjście”.
A Victor rzucił się ku niej.
👇 Finał tej historii jest już otwarty






