CZĘŚĆ 4
— Proszę nikogo nie wpuszczać — powiedziałam do Lidii. — Zaraz tam będę.
— Jeden z nich mówi, że ma prawo wejść.
— Niech pokaże dokumenty przez wizjer. I proszę niczego nie podpisywać.
Rozłączyłam się.
Siergiej stał przy stole z ręką zaciśniętą na oparciu krzesła. Drewno zaskrzypiało pod jego palcami.
— Co zamierzasz zrobić? — zapytał.
— Pojechać do mojego mieszkania.
— To nie jest twoja sprawa.
Spojrzałam na niego.
— Właśnie o to chodzi. To jest moja sprawa od początku.
Tamara podniosła wzrok. Jej broszka nadal wisiała krzywo, jakby nawet metalowy liść nie chciał już udawać elegancji.
— Anno, poczekaj — powiedziała. — Musisz wiedzieć wszystko.
Siergiej odwrócił się gwałtownie.
— Mamo, nie zaczynaj.
— To ty zacząłeś, synu. Dwa lata temu.
Poczułam, że coś w tej rozmowie jeszcze się nie zgadza.
— Co zrobił dwa lata temu?
Tamara wstała. Kolana ugięły się pod nią, ale nie poprosiła o pomoc.
— Pożyczył pieniądze od ludzi, którzy nie czekają na spóźnione raty. Sprzedał samochód, potem sprzęt z firmy. Myślałam, że przestanie. Później zabrał oszczędności z mojego mieszkania.
Siergiej pobladł.
— Powiedziałaś, że sama mu je dałaś.
— Bałam się, że przyjdą do mnie. Bałam się, że zrobią krzywdę tobie.
— Ile? — zapytałam.
Tamara spuściła głowę.
— Sto trzydzieści tysięcy.
Poczułam gniew, ale pod nim coś cięższego. Nie litość. Zrozumienie, że przez lata obie patrzyłyśmy na tego samego człowieka i każda z nas widziała tylko tę wersję, którą pozwalał nam zobaczyć.
— A moje pieniądze?
Tamara podała mi drżącą rękę.
— W kopercie jest jeszcze jedna kartka. Nie rozerwał jej. Wypadła pod szafkę.
Schyliłam się i wyciągnęłam z podłogi złożony dokument. Było to oświadczenie podpisane przez Siergieja. Przyznawał, że wszelkie kwoty wpłacone na budowę domu pochodziły z mojego mieszkania i że nie ma do niego żadnych praw.
Podpis był jego.
— Kiedy to podpisałeś? — zapytałam.
— Wczoraj.
— Dlaczego?
— Bo myślałem, że się zgodzisz. Chciałem mieć dowód, że pieniądze są wspólne.
— A teraz ten dokument dowodzi czegoś zupełnie innego.
Siergiej ruszył ku mnie.
— Oddaj mi to.
Zrobiłam krok w tył.
— Nie.
Nie krzyczałam. Nie musiałam.
Pojechałam na ulicę Jesionową sama. Tamara pojechała ze mną, choć Siergiej próbował ją zatrzymać. W samochodzie przez kilka minut słyszałyśmy tylko szelest kopert i pracę wycieraczek.
— Dlaczego pani mi nie powiedziała? — zapytałam.
Tamara patrzyła na drogę.
— Bo całe życie myślałam, że jeśli będę go osłaniać, stanie się lepszy.
— I stał się?
— Nie. Stał się tylko bardziej bezczelny.
Pod budynkiem czekało dwóch mężczyzn. Jeden miał granatową teczkę, drugi trzymał dokumenty w przezroczystej koszulce. Na nasz widok zaczęli iść w stronę wejścia.
— Pani Anna? — zawołał ten z teczką. — Mamy umowę rezerwacyjną.
— Nie mają panowie prawa wejść do lokalu.
— Pani mąż podpisał zgodę właścicielki.
— Mój mąż nie jest właścicielem.
Wyjęłam telefon i zrobiłam zdjęcia dokumentów. Mężczyzna z teczką zaklął pod nosem.
Wtedy otworzyły się drzwi mieszkania. Pani Lidia stała w progu, a w dłoni trzymała stary zeszyt w twardej oprawie.
— Proszę pani — powiedziała — zapisywałam każdą wizytę. Godzinę, nazwisko, numer samochodu. Ten człowiek był tu już trzy razy. Za każdym razem mówił, że mieszkanie sprzedano.
Mężczyzna z teczką spojrzał na drugiego. Ten odsunął się o krok.
— To nieporozumienie — powiedział.
— Nie — odparłam. — To próba przejęcia lokalu na podstawie sfałszowanego podpisu.
Tamara podeszła bliżej.
— I wiem, kto zlecił przygotowanie tych papierów.
Jej głos był cichy, ale mężczyźni usłyszeli każde słowo.
— Mój syn Siergiej.
Kilka godzin później spotkaliśmy się wszyscy w biurze pośredniczki. Marek Wrona przyniósł oryginalne zestawienie przelewów, a Tamara przyniosła księgę, w której przez dwa lata zapisywała każdą kwotę przekazaną synowi. Nie było w niej ani jednego wpisu, który pasowałby do opowieści o budowie domu.
Były za to daty wpłat dla wierzycieli.
Pośredniczka spojrzała na Siergieja.
— Czy chce pan coś wyjaśnić?
— Wszystko da się naprawić — powiedział. — Sprzedamy mieszkanie, spłacę długi, kupimy dom. Anna, przecież możemy zacząć od początku.
Tamara zacisnęła palce na swojej księdze.
— Nie mów „my”.
Siergiej odwrócił się do niej.
— Mamo?
— Przez dwa lata mówiłeś, że robisz to dla mnie. A kiedy pojawiła się Anna, uznałeś, że jej mieszkanie też jest twoje. Nie budowałeś domu. Budowałeś sobie wyjście.
Te słowa trafiły w niego mocniej niż mój gniew.
Siergiej usiadł. Patrzył na podpis na oświadczeniu, jakby widział go pierwszy raz.
— Myślałem, że jeśli sprzedamy mieszkanie, wszystko się uspokoi.
— Nie — powiedziałam. — Uspokoiłoby się tylko na kilka tygodni. Potem znalazłbyś następne miejsce, z którego można wyjąć pieniądze.
Zabrałam dokumenty i włożyłam je do swojej teczki.
Nie zgłosiłam od razu sprawy na policję. Nie dlatego, że mu wybaczyłam. Chciałam najpierw odzyskać każdy przelew, każdą kartkę i każdą prawdę, którą przez lata ukrywano przede mną. Z pomocą Marka zablokowałam wspólne konto i rozpoczęłam procedurę unieważnienia fałszywego upoważnienia. Pośredniczka przesłała dokumenty do banku, a mężczyźni z ulicy Jesionowej przestali się pojawiać.
Siergiej musiał opuścić wynajmowane mieszkanie. Nie zabrał telewizora ani ekspresu do kawy. Wziął tylko torbę z ubraniami i pudełko po zegarku, w którym trzymał karty kredytowe.
Przy schodach zatrzymał się przed Tamarą.
— Możesz mi pomóc spłacić pierwszą ratę — powiedział.
Tamara wyjęła z kieszeni klucz do swojego dwupokojowego mieszkania.
— Nie. Ale możesz wynająć pokój u mnie, jeśli podpiszesz umowę i zaczniesz oddawać pieniądze, które zabrałeś.
Siergiej patrzył na klucz, potem na nią.
— Własnej matce będziesz wystawiać rachunki?
— Własnemu synowi będę wreszcie stawiać warunki.
To był jej pierwszy uczciwy krok od bardzo dawna.
Trzy dni później spotkałam się z Siergiejem w kancelarii. Podpisał rozdzielność majątkową i zobowiązanie do spłaty wspólnych środków, które przeznaczył na swoje długi. Nie odzyskałam wszystkiego od razu. Nie dostałam magicznego rozwiązania. Ale odzyskałam dokumenty, konto i możliwość decydowania o własnym majątku.
Najtrudniejsza była rozmowa o naszym małżeństwie.
— Czy ty kiedykolwiek mnie kochałeś? — zapytałam.
Siergiej długo obracał w palcach długopis.
— Tak.
— A kiedy zacząłeś uważać, że miłość oznacza dostęp do wszystkiego, co mam?
Nie odpowiedział.
Nie potrzebowałam już odpowiedzi.
Mieszkanie na ulicy Jesionowej nadal wynajmowała pani Lidia. Kiedy przedłużałyśmy umowę, przyniosła mi swój zeszyt w twardej oprawie.
— Może pani go zatrzymać — powiedziała. — Gdyby nie te zapiski, nie pamiętałabym numerów samochodów.
— To pani mnie ochroniła.
— Nie. Pani sama się ochroniła. Ja tylko zapisałam godziny.
Wieczorem usiadłam przy biurku i otworzyłam segregator. Biała koperta była rozerwana, ale kartka z podpisem Siergieja leżała na wierzchu. Obok położyłam klucz do mieszkania.
Nie przypominał już obietnicy.
Był dowodem, że wszystko, co próbował mi odebrać, od początku miało moje nazwisko.
Z dołu dobiegł dźwięk domofonu. Pani Lidia odebrała i po chwili zawołała:
— Pani Anno, przyszedł listonosz. Jest pismo z banku.
Wstałam, ale zanim zeszłam, spojrzałam jeszcze na podpis pod oświadczeniem. Atrament rozmazał się lekko w miejscu, gdzie Siergiej zbyt mocno docisnął długopis.
Ten ślad został na papierze.
I tym razem nie należał do niego.






