CZĘŚĆ 4
— Igor. Powiedział, że w domu jest już ktoś, kto ma prawo tam być. I że jeśli nie oddamy pieniędzy do południa, pokaże dokumenty wszystkim krewnym…
Przez chwilę słychać było tylko kapanie wody z rynny.
Anna odwróciła się do syna.
— Co on ma?
— Nie wiem.
— Powiedz mi, Sasza.
— Powiedziałem, że nie wiem!
Jego krzyk odbił się od drewnianych ścian. Zobaczyłam, jak Paweł zaciska szczękę. Ja sama nie poczułam satysfakcji. Tylko zmęczenie. Tak wielkie, że przez moment chciałam usiąść na podłodze między kartonami z talerzami.
Wyjęłam telefon i zadzwoniłam do Iriny Pawłowny.
— Pani Leno, dobrze, że pani dzwoni. Sprawdziłam rejestr kancelarii.
— Proszę mówić.
— Sasza podpisał tylko projekt. Nie złożył pełnomocnictwa, więc nie mógł przekazać Annie żadnego prawa do domu. Ale ktoś posłużył się kopią państwa dokumentów przy wniosku kredytowym.
Spojrzałam na Saszę.
— Jakim wniosku?
Irina westchnęła.
— O pożyczkę zabezpieczoną państwa nieruchomością. Wniosek odrzucono, bo brakuje pani podpisu. Jednak kopia aktu własności została już przekazana pośrednikowi.
Anna pobladła.
— To niemożliwe.
— Kto złożył wniosek? — zapytałam.
— Firma budowlana Igora. „Leśna Przystań”.
Paweł zaklął pod nosem.
Sasza podszedł do matki.
— Mówiłaś, że pieniądze są na operację.
— Były potrzebne na zabezpieczenie firmy.
— Firmy Igora?
— On miał oddać wszystko po sezonie.
— Oddać komu?
Anna spojrzała na mnie. Jej oczy nie miały już tej pewności, z którą rano mieszała herbatę.
— Tobie i Saszy. Kiedy domek zacznie zarabiać.
Poczułam, że cały obraz układa się wreszcie w całość. Nie chodziło o rodzinny odpoczynek. Nie chodziło o dzieci, świeże powietrze ani o wielkoduszność Anny. Chcieli urządzić w naszym domu płatne weekendy dla turystów. Mój dom miał stać się zabezpieczeniem ich interesu, a nasze oszczędności — pierwszą ratą.
— Dlatego rozdałaś klucze? — zapytałam.
— Musieliśmy sprawdzić, czy miejsce się podoba.
— Sprawdzić?
— Przecież i tak byś się zgodziła, gdybyś wiedziała, ile można zarobić.
Roześmiałam się krótko, bez radości.
— Nie. Nie zgodziłabym się, gdybym wiedziała, że sprzedajecie cudzą własność.
Sasza przetarł twarz dłonią.
— Lena, ja nie chciałem cię skrzywdzić.
— A czego chciałeś?
— Żeby mama nie straciła mieszkania. Żeby Igor zamknął długi. Żebyśmy mieli dodatkowy dochód.
— Chciałeś uratować wszystkich, więc uznałeś, że możesz poświęcić mnie.
Nie odpowiedział.
W południe przyjechał Igor. Towarzyszyła mu Oksana, a za nimi pojawiła się Walentyna z Miszą. Wszyscy zatrzymali się przy wejściu, jakby spodziewali się powitania z grillem, nie rodzinnej katastrofy.
— Co tu się dzieje? — spytała Oksana.
— Wyjaśnienie — powiedziałam.
Położyłam na stole kopię przelewu, projekt umowy i odrzucony wniosek kredytowy. Igor rzucił okiem na dokumenty i od razu ruszył do drzwi.
— To sprawa między nami a Saszą.
— Nie — odpowiedziałam. — To sprawa między wami a dokumentami, które próbowaliście wykorzystać.
— Nie masz pojęcia, jak działa biznes.
— Mam pojęcie, jak działa cudzy podpis. I wiem, że go tam nie ma.
Oksana odsunęła się od Igora.
— Mówiłeś, że Lena się zgodziła.
— Miała się zgodzić.
— Mówiłeś, że Sasza jest współwłaścicielem i wszystko załatwi.
Sasza zamknął oczy.
— Jestem współwłaścicielem tylko połowy — powiedział. — I nie miałem prawa obiecywać twojej zgody.
Wtedy rozległo się pukanie. Na podjazd wszedł mężczyzna w granatowym płaszczu. Przedstawił się jako przedstawiciel banku, który prowadził sprawę zadłużenia Anny.
— Pani Anna Giennadiewna nie powiedziała państwu całej prawdy — oznajmił. — Jej mieszkanie nie zostało obciążone przez kosztowną operację. Zostało zastawione rok temu jako zabezpieczenie pożyczki Igora.
Anna usiadła ciężko na krześle. Drewniane oparcie jęknęło.
— Chciałam pomóc rodzinie — powiedziała.
— Pomogłaś im moimi pieniędzmi — odparłam.
— Jestem twoją matką.
— Nie jesteś moją matką.
Te słowa zawisły między nami. Powiedziałam je spokojnie, ale zabolały mnie bardziej niż krzyk.
Sasza podszedł do stołu.
— Lena, oddam ci swoją część oszczędności. Sprzedam samochód. Wezmę dodatkowe dyżury.
— To nie wystarczy.
— Wiem.
— I nie chodzi tylko o pieniądze.
— Wiem.
Spojrzałam na niego. Przez pięć lat znałam każdą jego minę, każdy sposób milczenia. Tym razem nie widziałam człowieka, który popełnił jeden błąd. Widziałam mężczyznę, który przez wiele tygodni podejmował kolejne decyzje, a każdą z nich ukrywał przede mną.
— W poniedziałek idziemy do kancelarii — powiedziałam. — Sporządzimy rozdzielność majątkową. Dom zostaje zamknięty. Klucze oddasz wszystkie, także te, których jeszcze nie znam.
Sasza wyciągnął pęk kluczy.
— Mam tylko te.
Paweł popatrzył na niego z niedowierzaniem.
— Nieprawda. Wczoraj dorabiał pan jeszcze trzy komplety.
Sasza pobladł.
Anna gwałtownie wstała.
— Oddaj je.
— Mamo, przestań.
— Przez ciebie wszystko stracę!
— Nie przeze mnie. Przez to, że wszyscy uznaliście, że Lena nie musi wiedzieć.
To był pierwszy raz, kiedy sprzeciwił się jej nie dla pozoru, nie półgłosem, nie po to, żeby za chwilę przeprosić. W jego głosie nie było odwagi z opowieści. Była rozpacz człowieka, który zobaczył rachunek za własne decyzje.
Po południu zadzwoniłam do wszystkich krewnych, których Anna zaprosiła. Powiedziałam im, że dom nie jest miejscem wypoczynku i że żadna rezerwacja nie była prawdziwa.
Walentyna przeprosiła. Misza nie odezwał się ani słowem. Oksana wysłała mi później zdjęcie dokumentów, które Igor pokazywał jej przed wyjazdem. Na jednym z nich widniała fałszywa adnotacja, że zgodziłam się na wynajem.
To wystarczyło, żeby przerwać ich plan.
Igor musiał sprzedać firmowy samochód i zwrócić pierwszą część pieniędzy. Anna podpisała ugodę z bankiem, a jej mieszkanie zostało wystawione na sprzedaż. Nie straciła go tego dnia, ale musiała pożegnać się z miejscem, które próbowała ratować cudzym kosztem.
Sasza nie wrócił ze mną do mieszkania. Został u kolegi i zaczął spłacać każdy przelew osobno. Nie prosił, żebym zapomniała. Wiedział, że zapomnienie byłoby najłatwiejszą drogą do powtórzenia wszystkiego.
Tydzień później pojechałam do domku sama. Nie po to, żeby świętować. Musiałam sprawdzić, co zostało po rodzinnej wizycie.
Na jasnej kanapie znalazłam plamę po czekoladzie. Na tarasie leżała zgnieciona paczka papierosów. A przy schodach, obok ukrytej skrytki, ktoś zostawił mały czerwony samochodzik.
Wzięłam go do ręki i zaniosłam na podjazd. Paweł czekał tam z nowym zamkiem.
— Założyłem taki, którego nie da się dorobić bez karty właściciela — powiedział.
— Dobrze.
— Pani mąż może dostać własną kartę?
Pomyślałam o Saszy, o jego podpisie, o dwustu tysiącach znikających po cichu z naszego wspólnego konta. Potem spojrzałam na dom, którego jeszcze nie zdążyliśmy nazwać.
— Może — powiedziałam. — Ale dopiero wtedy, kiedy zapracuje na nią czymś więcej niż przeprosinami.
Paweł skinął głową i wsunął nową kartę do etui z jasnego drewna.
Na stole w środku położyłam swój zielony notes. Otworzyłam go na ostatniej stronie i zamiast kolejnej kwoty zapisałam jedno zdanie: „Pierwszy nocleg będzie mój”.
Wieczorem zadzwonił Sasza.
— Lena?
— Tak.
— Czy mogę przyjechać jutro i pomóc naprawić taras?
Spojrzałam na świeże ślady po obcych butach, które Paweł jeszcze nie zdążył zmyć z desek.
— Możesz przyjechać — odpowiedziałam. — Ale najpierw przynieś pełną listę wszystkich pieniędzy, które oddałeś i które wciąż jesteś winien.
— Przyniosę.
— I żadnych kluczy dla nikogo.
— Nigdy więcej.
Odłożyłam telefon i wyszłam na taras. Sosny szumiały wysoko nad dachem, a na stole czekały dwa nietknięte kubki, które kupiliśmy z Saszą jeszcze przed budową.
Jeden odsunęłam na bok.
Drugi napełniłam herbatą i postawiłam przy zielonym notesie.
Przegapiłeś początek?






