CZĘŚĆ 4
Kobieta podeszła do ogrodzenia i zatrzymała się przy furtce. Była drobna, siwowłosa i miała twarz, którą rozpoznałam dopiero po chwili.
To była doktor Irena Pawlik, lekarka, która opiekowała się mną po mojej ostatniej walce.
— Irena? — Leo dotknął rozciętej wargi. — Co ty tutaj robisz?
— Przyjechałam, bo Maja nie odbierała telefonu. A potem Nadia zadzwoniła do mnie z numeru, którego nie znałam.
Derek cofnął się pod grill. Żar z węgli odbił się czerwienią w jego oczach.
— Nikt cię nie prosił — burknął.
Irena nie spojrzała na niego.
— Maju, zanim cokolwiek powiesz, przeczytaj to.
Podała mi teczkę.
W środku znajdowały się trzy kartki, podpisane przez Leo. Na pierwszej była zgoda na konsultację medyczną. Na drugiej oświadczenie, że przez najbliższe trzy miesiące nie będę brała udziału w żadnych zawodach ani pokazach.
Na trzeciej widniała data sprzed sześciu tygodni i moje nazwisko.
Nie przypominałam sobie, żebym cokolwiek podpisywała.
— Leo? — zapytałam.
Jego twarz zmieniła kolor.
— To nie jest tak, jak wygląda.
— Właśnie dlatego pytam, jak jest.
Derek prychnął.
— No dalej, profesorku. Powiedz jej, że zrobiłeś to dla jej dobra.
Leo odwrócił się do niego.
— Zamknij się.
— Przecież chciałeś, żeby przestała się wygłupiać z tym całym mistrzostwem. Twój ojciec mówił, że trzeba ją utemperować.
Leo spojrzał na wycinek z gazety leżący na stole.
— Co ty powiedziałeś?
Derek zrozumiał, że posunął się za daleko.
Irena wyjęła z teczki ostatnią kartkę.
— To nie jest podpis Mai. To kopia dokumentu, który Leo wysłał do organizatora zawodów. Napisał, że jego żona jest niestabilna po urazie i nie wyraża zgody na publiczne występy. Przez ten list anulowano jej zaproszenie do prowadzenia zajęć dla młodych zawodniczek.
Wpatrywałam się w podpis. Był podobny do mojego, ale zbyt staranny. Znałam go. Leo ćwiczył mój podpis, kiedy odbierał za mnie przesyłki w kwiaciarni.
— Dlaczego? — zapytałam.
Leo zacisnął dłonie.
— Bo bałem się, że wrócisz do tego świata.
— Do jakiego świata?
— Do świata, w którym każdy chce coś od ciebie. Trenerzy, organizatorzy, dziennikarze. Bałem się, że któregoś dnia wejdziesz do klatki, a ja znów będę czekał, aż ktoś cię wyniesie.
— Więc odebrałeś mi decyzję.
— Chciałem cię ochronić.
— Nie. Chciałeś ochronić siebie przed własnym strachem.
Leo spuścił wzrok. Tym razem nie z powodu rodziny. Z powodu mnie.
Derek nagle sięgnął po metalowe szczypce do grilla.
— Wszyscy jesteście nienormalni!
Ruszył na mnie.
Nie uderzyłam go. Zrobiłam pół kroku w bok, złapałam jego nadgarstek i poprowadziłam go w dół. Szczypce wypadły mu z dłoni. Wykorzystałam jego rozpęd, obróciłam biodra i sprowadziłam go na trawę tak łagodnie, jakby kładła ciężki bukiet na stole.
Derek zawył, lecz jego ręka pozostała cała. Przycisnęłam jego ramię do ziemi i uklękłam obok.
— Słuchaj uważnie — powiedziałam. — Nie pokonuję cię dlatego, że jestem silniejsza. Pokonuję cię, bo nie pozwolę, żebyś decydował, kiedy mam się bać.
— Puść mnie!
— Kiedy przestaniesz szarpać.
Przestał.
Nadia podeszła do nas z wycinkiem w dłoni.
— Derek, zakład był prawdziwy? — zapytała.
— Nadia…
— Odpowiedz.
— Tak.
Na patio nikt już się nie śmiał.
Kuzyni zaczęli odkładać telefony. Ci, którzy wcześniej kibicowali jego żartowi, patrzyli teraz na ziemię. Teść podniósł się z leżaka, ale nie znalazł odwagi, by podejść.
— Ile? — zapytała Nadia.
Derek milczał.
— Ile pieniędzy postawiłeś na to, że ją upokorzysz?
— Dwa tysiące.
Nadia roześmiała się krótko, bez cienia rozbawienia.
— Dwa tysiące za pokazanie dzieciom, że ich ojciec jest tchórzem.
Derek odwrócił głowę.
— To miała być zabawa.
— Nie dla Leo — powiedziałam. — Nie dla mnie. I nie dla ciebie, kiedy zrozumiałeś, że nie jestem osobą, którą sobie wybrałeś.
Puściłam jego rękę i wstałam. Derek nie próbował się podnosić przez kilka sekund.
Irena podeszła do Leo.
— Powinieneś mieć założone szwy. Rozcięcie jest głębokie.
— Najpierw muszę porozmawiać z Mają.
— Nie — odpowiedziałam. — Najpierw zajmiesz się raną. Potem porozmawiamy, ale nie tutaj.
Leo przytaknął.
Wziął z trawy połamane okulary, choć nie nadawały się już do niczego.
— Maju, czy mogę pojechać z tobą?
Spojrzałam na niego długo.
— Możesz pojechać obok mnie. To nie to samo.
Zrozumiał.
Derek został na trawie, a Nadia zdjęła obrączkę i położyła ją na stole obok pękniętej metalowej miski.
— Nie wrócę z tobą do domu — powiedziała.
— Nadia, nie przesadzaj.
— Przez siedem lat mówiłeś mi, że przesadzam. Dzisiaj po raz pierwszy wszyscy zobaczyli, co naprawdę robisz.
Derek podniósł się z wysiłkiem.
— Dokąd pójdziesz?
— Do siostry. A jutro do prawnika, żeby przepisać na siebie kwiaciarnię, którą prowadziłam, kiedy ty wydawałeś nasze pieniądze na zakłady.
To był drugi cios tego popołudnia. Tym razem nie spadł na twarz.
Derek chciał odpowiedzieć, lecz Nadia odwróciła się od niego i zaczęła zbierać z trawy porozrzucane dziecięce zabawki.
Przy samochodzie Leo zatrzymał się obok mnie.
— Czy naprawdę byłaś niepokonana? — zapytał.
— W zawodach tak. W życiu nie.
— A ta bransoleta? Numer czternaście?
— Numer walk. Ostatnia zakończyła się po czternastu sekundach drugiej rundy. Trener dał mi ją, kiedy powiedziałam, że już nie wrócę.
— Mogę ją zobaczyć?
Wyjęłam bransoletę z kieszeni. Skóra była wilgotna od piwa, metal zapięcia porysowany.
Leo nie dotknął jej od razu.
— Nie chcę już niczego za ciebie podpisywać — powiedział.
— To dobrze.
— I nie będę prosił, żebyś wybaczyła mi dzisiaj.
— Jeszcze lepiej.
Irena otworzyła drzwi swojego samochodu.
— Maja, organizator zajęć dla młodych zawodniczek nadal czeka. Jeśli chcesz, jutro możemy pojechać tam razem.
Przesunęłam kciukiem po wypalonych cyfrach na bransolecie.
Przez dwa lata ukrywałam je pod rękawem, jakby były dowodem winy. Tego dnia nie zakryłam nadgarstka.
— Pojadę — powiedziałam.
Leo spojrzał na mnie.
— A ja?
— Ty pojedziesz do lekarza. Potem napiszesz własnoręcznie list, w którym odwołasz wszystko, co podpisałeś za mnie.
— Zrobię to.
— I powiesz swojej rodzinie, dlaczego to zrobiłeś.
— Powiem.
— Nie dla mnie. Dla siebie.
Skinął głową.
Kiedy odjeżdżaliśmy, zobaczyłam przez szybę Dereka siedzącego samotnie przy stole. Przed nim stała pusta puszka po piwie, a obok leżała kartka z zakładem, którą Nadia wyciągnęła z jego kieszeni.
Nie stracił tylko pieniędzy.
Stracił publiczność, dla której całe życie udawał kogoś większego, niż był naprawdę.
Następnego ranka w sali treningowej pachniało gumową matą i olejkiem miętowym. Młode zawodniczki ustawiły się przede mną, nie wiedząc jeszcze, kim jestem. Jedna z nich miała zbyt duże rękawice i nerwowo poprawiała rzep.
— Pokażesz nam, jak nie bać się silniejszych? — zapytała.
Poprawiłam jej rękawicę.
— Pokażę ci, jak sama wybierać, kiedy zrobić krok.
Na ławce obok leżała moja bordowa bransoleta. Pod nią znajdował się nowy formularz, tym razem pusty, czekający na mój własny podpis.
Wzięłam długopis, a potem powiedziałam do dziewczyny z za dużymi rękawicami:
— Podnieś brodę. To twoja runda.
Przegapiłeś początek?






