CZĘŚĆ 4
Odebrałam połączenie od mamy, choć ręka drżała mi tak mocno, że telefon omal nie wypadł na podłogę.
— Karino, nie jedź nigdzie sama — powiedziała. — Roman Bielski był tutaj rano.
Spojrzałam na Maksyma.
— Co ci powiedział?
— Że twój mąż podpisał jeszcze jedną umowę. I że jego dług może uderzyć w naszych pacjentów.
Za plecami mamy skrzypnęła deska podłogowa.
— Mamo, jesteś sama?
— Nie. Jest tu Roman.
Maksym ruszył do mnie, ale Wiktor zastąpił mu drogę.
— Nigdzie nie pójdziesz z dokumentami — powiedział lekarz.
— To moja sprawa! — warknął Maksym.
— Przestała nią być, kiedy zacząłeś posługiwać się cudzym podpisem — odparła Irena.
Elżbieta próbowała wyrwać jej segregator. Ola chwyciła matkę Maksyma za nadgarstek. Nie mocno, ale wystarczająco, żeby zatrzymać jej rękę nad stołem.
— Proszę tego nie dotykać.
Elżbieta spojrzała na nią z oburzeniem.
— Zwolnię cię.
— Nie pani.
W tej jednej odpowiedzi było więcej odwagi niż w całej naszej klinice przez ostatni rok.
Pojechałam do mamy razem z Ireną i Filipem. Wzięłam ze sobą oryginał umowy najmu, księgę rachunkową oraz teczkę z podrobionym podpisem. Nie chciałam już zostawiać żadnej kartki w rękach Maksyma.
Mama czekała w kuchni. Na stole stała emaliowana misa z ciastem drożdżowym, a obok niej leżała moja stara lampa zabiegowa, którą trzymała po przeprowadzce. Jej ramię było obklejone białą taśmą, bo pękła sprężyna.
Roman Bielski miał około pięćdziesięciu lat i dłonie człowieka, który całe życie pracował przy metalowych narzędziach. Położył przed nami teczkę z żółtą etykietą.
— Nie jestem inwestorem, którego Maksym chciał oszukać — powiedział. — Jestem wierzycielem. Pożyczyłem mu pieniądze na zakup sprzętu pod zastaw przyszłej sprzedaży kliniki.
— Nie miał prawa ustanowić zastawu — powiedziałam.
— Wiedziałem. Dlatego zacząłem sprawdzać dokumenty.
Wyjął umowę.
Podpis Maksyma widniał pod zdaniem, że jest jedynym właścicielem kliniki i ma prawo rozporządzać jej majątkiem. Niżej znajdowała się klauzula, której wcześniej nie widziałam: jeśli sprzedaż dojdzie do skutku, Maksym otrzyma połowę ceny, a druga połowa pokryje jego osobiste długi.
Mama zamknęła oczy.
— Chciał spłacić nimi kredyt po swoim bracie — powiedziała cicho.
Odwróciłam się do niej.
— Wiedziałaś?
— Wiedziałam, że ma długi. Nie wiedziałam, że chce oddać twoją klinikę.
Roman przesunął po stole drugą kartkę.
— Jest jeszcze powód, dla którego tu jestem. W zeszłym tygodniu Maksym próbował kupić ode mnie podpis pod aneksem. Powiedział, że jeśli odmówię, pacjenci stracą opiekę, bo klinika zostanie zamknięta.
— A pan nagrał rozmowę? — zapytała Irena.
— Nie. Nie potrzebowałem nagrania. Napisałem mu wtedy na odwrocie faktury, że nie uznaję jego prawa do sprzedaży. On podpisał odbiór tej kartki własnoręcznie.
To był dowód, którego nie dało się zbyć pomyłką.
Wróciliśmy do kliniki przed siedemnastą. W poczekalni siedziało siedmioro pacjentów. Dwie osoby trzymały w rękach formularze, a chłopiec z aparatem na zębach nerwowo pocierał gumkę przy zamku.
Maksym stał przy recepcji.
— Nie masz prawa tu wracać — powiedział.
— To mój lokal, moja działalność i moi pacjenci.
— Podpisałem umowę sprzedaży.
— Bez mojego pełnomocnictwa.
Roman wszedł za mną.
— A ja nie uznaję zabezpieczenia, które ustanowiłeś bez prawa do majątku.
Maksym spojrzał na niego z przerażeniem.
— Mówiłeś, że nie sprawdzisz ksiąg.
— Powiedziałem, że sprawdzę wszystko po otrzymaniu pierwszej raty. Nie otrzymałem jej.
Elżbieta podeszła do syna.
— Maksym, wyjdźmy stąd.
— Nie! — krzyknął. — Ty mnie do tego namawiałaś!
Jej twarz drgnęła.
— Chciałam, żebyś miał coś własnego.
— To była własność Kariny!
— Myślałam, że żona powinna dzielić się z mężem.
— Nie cudzym nazwiskiem — odpowiedziałam.
Maksym patrzył na mnie przez kilka sekund. Nie prosił o przebaczenie. Nie tłumaczył się już uczuciem ani małżeństwem.
— Jeśli zamkniesz klinikę, ci ludzie zostaną bez leczenia — powiedział.
To był jego ostatni argument i trafił celnie, bo właśnie tego bałam się najbardziej.
Spojrzałam na chłopca przy recepcji. Jego matka ściskała formularz tak mocno, że papier się pomarszczył.
— Klinika nie zostanie zamknięta — oznajmiłam. — Ale od jutra ty nie podejmujesz tu żadnych decyzji.
— Wyrzucasz mnie?
— Odsuwam cię od spraw, których nie potrafiłeś wykonywać uczciwie.
Nie odpowiadał. Ola podała mi pęk kluczy.
— Pani Karino, co z pacjentami zapisanymi do niego?
— Przeniesiemy ich do Wiktora i Basi. Nikt nie zostanie bez wizyty.
Roman skinął głową.
— A jego dług?
— Nie jest moim długiem — odpowiedziałam.
— Wiem. Ale on może próbować go przerzucić na panią przez rozwód i podział majątku.
To zabolało bardziej niż wszystkie obelgi. Przez czternaście lat budowałam klinikę, a przez pięć lat wierzyłam, że małżeństwo oznacza bezpieczeństwo. Nagle musiałam bronić nie tylko firmy, lecz także własnego nazwiska.
Wieczorem usiadłyśmy z mamą przy jej kuchennym stole. Na blacie leżała stara lampa zabiegowa, a jej biała taśma odklejała się na końcu.
— Możesz naprawdę przyjmować tutaj — powiedziała mama. — Jeśli zamkną ci lokal na czas wyjaśniania dokumentów, kuchnia jest twoja. Stół jest solidny, a ja wyniosę kredens.
Zaśmiałam się po raz pierwszy tego dnia.
— Nie będę leczyć zębów przy garnkach.
— Nie. Będziesz konsultować pacjentów. Tak jak wtedy, gdy zaczynałaś i nikt nie wierzył, że z małego pokoju zbudujesz klinikę.
Następnego ranka złożyłam wniosek o usunięcie ortodoncji z licencji kliniki. Nie dlatego, że Maksym miał rację. Zrobiłam to, ponieważ nie chciałam, żeby jego nazwisko i jego ryzyko dotykały pacjentów, których przysięgałam chronić.
Ortodoncję prowadziłam tymczasowo w gabinecie urządzonym przy kuchni mamy. Stół przykryłyśmy białą matą, a lampę przymocował Filip. Pierwszą pacjentką była kobieta, która poprzedniego dnia słyszała śmiech Maksyma przy recepcji.
Usiadła naprzeciwko mnie.
— Bałam się wrócić — przyznała.
— Ja też — odpowiedziałam. — Ale proszę otworzyć usta. Zobaczymy, co możemy naprawić.
W tym samym czasie Maksym stracił możliwość sprzedaży kliniki, bo Roman wycofał zabezpieczenie, a księgowa przekazała dokumenty właścicielowi lokalu. Firma inwestycyjna zerwała rozmowy. Elżbieta musiała oddać część pieniędzy, które pobrała z rachunku na „wynagrodzenia rodzinne”.
Nie poszłam z tym wszystkim na publiczną wojnę. Nie chciałam, by pacjenci stali się widownią naszego małżeństwa. Dokumenty przekazałam do izby zawodowej i księgowej, a Maksym dostał formalne zawiadomienie o odsunięciu od zarządzania.
Odszedł po cichu, zabierając tylko swój stetoskop i kubek z napisem „najlepszy lekarz”.
Kubek zostawił na ladzie.
Kilka tygodni później klinika działała już bez niego. Nie była większa ani głośniejsza. Była za to spokojniejsza. Ola przestała spuszczać wzrok, Wiktor sam układał grafik, a pacjenci znów pytali o wizyty, nie o rodzinne awantury.
Pewnego popołudnia chłopiec z aparatem wrócił na kontrolę. Podszedł do mojego biurka i położył na nim małe pudełko po gumkach ortodontycznych.
— To dla pani — powiedział.
— Co jest w środku?
— Naklejka. Mama mówi, że uratowała pani mój uśmiech.
Otworzyłam pudełko. W środku była naklejka z rysunkiem szeroko uśmiechniętego zęba, a pod nim krzywo napisane: „Dziękuję, pani Karino”.
Nie przykleiłam jej na ścianie ani na komputerze. Włożyłam ją do starej teczki z pierwszą umową pożyczki od mamy, tej spiętej miedzianą spinką.
Obok położyłam kopię dokumentu, który odebrał Maksymowi prawo do sprzedaży mojego życia.
Potem wróciłam do pacjentów, a z kuchni mamy dobiegł dźwięk lampy zabiegowej, kiedy Filip poprawił jej sprężynę.
— Gotowa? — zapytał chłopiec.
Spojrzałam na jego aparat i odpowiedziałam:
— Gotowa. Pokaż mi ten uśmiech.
Przegapiłeś początek?






