CZĘŚĆ 4 — Odmówiłam siostrze sukienki przed najważniejszym przesłuchaniem, a chwilę później jej ręka zatrzymała się nad moim futerałem

CZĘŚĆ 4

— Z konta pana Kellera? — zapytałam.

Helen nie odrywała wzroku od Brielle.

— Z rachunku jego fundacji. Zanim został zamknięty.

W sali prób zrobiło się tak cicho, że słyszałam brzęczenie starej lampy nad pulpitem.

Brielle zacisnęła palce na rachunku.

— To nie tak.

— W takim razie wyjaśnij — powiedział tata.

— Nie mogę.

— Możesz — odparła Helen. — I powinnaś.

Brielle usiadła na krześle. Materiał jej płaszcza zaszeleścił, kiedy opadła na oparcie.

Patrzyłam na nią i nie czułam satysfakcji. Czułam zmęczenie. Nagle wszystkie drobne kłamstwa, o których wcześniej nie chciałam myśleć, ułożyły się w jedną linię.

Znikające pieniądze.

Wieczne „pilne” rachunki.

Telefon od szkoły, którego nigdy nie mogłam odebrać.

I jej przekonanie, że wystarczy wskazać na mój talent, aby odebrać mi kolejną rzecz.

— Mówiłaś, że pieniądze z fundacji są na naprawę instrumentów — powiedziałam.

Brielle podniosła na mnie oczy.

— Potrzebowałam ich.

— Na co?

Długo milczała. Potem roześmiała się krótko, bez radości.

— Na zakład. Na długi po zakładach.

Mama usiadła obok mnie i chwyciła mnie za rękę.

— Brielle…

— Nie mów tak, jakbym była potworem. Próbowałam przestać. Przegrywałam, więc pożyczałam. Potem przegrywałam jeszcze więcej, żeby oddać to, co pożyczyłam.

— Dlaczego nie powiedziałaś? — zapytałam.

— Bo ty zawsze byłaś tą rozsądną. Tą, która oszczędzała, ćwiczyła, kończyła wszystko. Nie chciałam, żebyś zobaczyła, że ja nie potrafię.

Tata oparł dłonie na stole.

— Więc ukradłaś pieniądze z fundacji i próbowałaś wyciągnąć je od Alory?

— Chciałam tylko przetrwać do wypłaty.

— A skrzypce? — zapytałam.

Brielle zamknęła oczy.

— Chciałam, żebyś nie poszła na przesłuchanie.

Słowa spadły między nami ciężej niż wcześniejszy trzask drewna.

— Dlaczego?

— Bo wiedziałam, że jeśli dostaniesz stypendium, przestaniesz mnie utrzymywać. Że wyjedziesz. Że nie będę mogła już zadzwonić i powiedzieć, że wszystko się wali.

Helen odwróciła wzrok. Pani Różycka stała przy drzwiach, nieruchoma.

— Mogłaś mi powiedzieć, że się boisz — powiedziałam.

— Nie umiałam.

— Umiałaś złamać moje skrzypce.

Brielle zaczęła płakać, ale tym razem nie rzuciła się na mnie. Nie poprosiła, żebym ją przytuliła. Po prostu siedziała z dłońmi na kolanach, jak osoba, która wreszcie zobaczyła rachunek za własne decyzje.

Helen przesunęła dokument w moją stronę.

— Fundusz może pokryć naprawę skrzypiec, twoje przeprowadzki i naukę. Ale nie może spłacić jej długów. Adrian wyraźnie tego zabronił.

— I dobrze — odpowiedziałam.

Tata spojrzał na mnie z niepokojem.

— Alora, sprawa przelewów może mieć konsekwencje.

— Wiem.

Brielle poderwała głowę.

— Proszę, nie zgłaszaj tego.

— Nie zdecyduję za ciebie — powiedziałam. — Ale nie będę już kłamać, żeby cię chronić.

To była granica, której bałam się od lat.

Tego samego wieczoru Brielle pojechała z tatą do ośrodka pomocy dla osób uzależnionych od hazardu. Nie dlatego, że obiecała przemianę. Pojechała, bo sama podpisała zgodę na przejrzenie swoich rachunków i zwróciła kartę bankową.

Następnego dnia szkoła zawiesiła ją w zajęciach do czasu wyjaśnienia sprawy. Nie wyrzucono jej od razu. Dostała możliwość przedstawienia dokumentów i rozpoczęcia terapii. Pierwszy raz konsekwencje nie zostały przerzucone na mnie.

Skrzypce pana Kellera trafiły do lutnika. Naprawa kosztowała mniej, niż się bałam, ale pęknięcie pozostało widoczne pod lakierem. Lutnik powiedział, że nie da się go całkowicie ukryć.

— Nie chcę, żeby je ukrywał — odparłam.

Tydzień później zagrałam koncert stypendialny na tych samych skrzypcach. Przed występem Helen przypięła do mojego pulpitu mały mosiężny stroik z pęku kluczy pana Kellera.

— Adrian chciałby to zobaczyć — powiedziała.

— Chciałby usłyszeć, jak brzmią po pęknięciu.

— Myślę, że tak.

Po koncercie Brielle czekała za kulisami. Nie miała makijażu, włosy związała gumką, a w dłoni trzymała kopertę.

— To nie są pieniądze — powiedziała od razu. — To potwierdzenie zwrotu pierwszej części tego, co wzięłam z fundacji. Sprzedałam samochód.

Spojrzałam na kopertę, ale jej nie dotknęłam.

— Nie musiałaś sprzedawać wszystkiego.

— Musiałam zacząć od czegoś, co naprawdę będzie bolało.

— Terapia?

— Jutro mam drugie spotkanie.

Przez chwilę żadna z nas się nie odzywała. Za kulisami ktoś przewracał nuty, a z sali dobiegały pojedyncze dźwięki strojenia.

— Nie wiem, czy potrafię ci wybaczyć — powiedziałam.

— Wiem.

— I nie wiem, czy kiedykolwiek zagram dla ciebie tak jak wcześniej.

Brielle skinęła głową.

— Nie proszę o to.

— Czego chcesz?

— Żebyś przestała udawać, że moje problemy są twoim obowiązkiem.

Spojrzałam na nią uważnie.

— Tego akurat mogę ci obiecać.

Tym razem nie zabrzmiało to jak groźba. Brzmiało jak warunek, bez którego żadna z nas nie mogłaby ruszyć dalej.

Brielle odłożyła kopertę na krześle.

— Mogę kiedyś przyjść na twój występ?

Pomyślałam o sukience, o rozbitej szyjce skrzypiec i o dziewczynie, która przez lata myliła miłość z ratowaniem.

— Możesz — odpowiedziałam. — Ale bilet kupisz sama.

Uśmiechnęła się przez łzy.

— Dobrze.

Wyszła, zanim zdążyłam zmienić zdanie.

Przed wejściem na scenę dotknęłam pęknięcia pod lakierem. Nie bolało tak jak wcześniej. Nie dlatego, że zniknęło, lecz dlatego, że przestałam udawać, iż nigdy go nie było.

Podniosłam skrzypce do ramienia. W świetle reflektora rysa przecięła drewno jak cienka blizna, a pierwszy dźwięk pana Kellera popłynął dalej, mimo że wszystko, co miało mnie uciszyć, pękło wcześniej.

Оцените статью