CZĘŚĆ 4 — Spakowałam walizkę po jego żarcie przy przyjaciołach, lecz gdy wspomniałam o pieniądzach, jego uśmiech nagle zniknął

CZĘŚĆ 4

Kobieta miała około pięćdziesięciu lat, włosy spięte metalową klamrą i twarz pozbawioną makijażu. Nie wyglądała jak wspólniczka Paszy ani jak ktoś, kto przyjechał zrobić awanturę. Trzymała teczkę oburącz, jakby była cięższa od niej samej.

Pasza został przy samochodzie.

— Nie rozmawiaj z nią — powiedział.
— To ciekawe — odpowiedziałam. — Wczoraj chciałeś, żebym nie rozmawiała z Igorem. Dziś nie chcesz, żebym rozmawiała z nią.

Kobieta podeszła bliżej.

— Nazywam się Elżbieta Wrona. Prowadziłam rachunkowość firmy Paszy przez siedem miesięcy.
— Dlaczego pani tu jest?
— Bo wczoraj dostałam wezwanie do oddania dokumentów, których nigdy nie powinnam była przechowywać poza biurem. A dziś rano dowiedziałam się, że Pasza zamierza całą winę zrzucić na mnie.

Pasza zrobił krok naprzód.

— Nie wiesz, o czym mówisz.
— Wiem dokładnie — odpowiedziała Elżbieta. — To ty kazałeś mi wpisać pożyczkę jako inwestycję. To ty przyniosłeś podpis Leny. I to ty obiecałeś, że po sprzedaży mieszkania kupisz udziały w spółce budowlanej.

Roman opuścił wzrok. Marta otworzyła usta, lecz nic nie powiedziała. Ja patrzyłam na Paszę i czułam, że pod gniewem pojawia się coś trudniejszego: żal po człowieku, za którego kiedyś wyszłam.

— Nie chciałeś pieniędzy na firmę — powiedziałam. — Chciałeś kupić sobie miejsce przy stole.

Jego szczęka drgnęła.

— Chciałem, żebyś przestała patrzeć na mnie jak na nieudacznika.
— Nigdy tak na ciebie nie patrzyłam.
— Kłamiesz! Wszyscy patrzyli. Ty zarabiałaś, ty podejmowałaś decyzje, ciebie pytali o zdanie. A ja byłem tylko mężem Leny, tej genialnej analityczki.
— Więc mnie poniżałeś, żeby poczuć się większy?
— To miało być tylko kilka żartów.
— Nie. To był sposób, żeby nikt nie zauważył, że boisz się własnego życia.

Wtedy Elżbieta rozłożyła drugi dokument na masce.

— Pasza podpisał umowę z firmą pośredniczącą. W zamian za przejęcie mieszkania miał dostać udział w inwestycji. Ale inwestycja upadła, zanim przelał pieniądze. Cała kwota trafiła na jego prywatne konto.

Spojrzałam na Paszę.

— Ile zostało?
— Nic — powiedział.
— Ani złotówki?
— Spłaciłem część długów.
— A resztę?

Elżbieta odpowiedziała za niego.

— Wydał na samochód, wyposażenie biura i trzy miesiące wynajmu lokalu, który miał robić wrażenie na klientach.

Pasza odwrócił głowę. Na masce samochodu leżała jego wizytówka, przygnieciona kamieniem. Widniało na niej stanowisko dyrektora zarządzającego, choć firma nie miała już pracowników.

— Miałem to naprawić — powiedział.
— Przez sprzedaż mojego mieszkania?
— Chciałem ci wszystko oddać.
— Kiedy?
— Kiedy zaczęłoby zarabiać.
— A jeśli nie zaczęłoby nigdy?

Nie odpowiedział.

Marta zabrała dokumenty i wsunęła je do teczki.

— Lena, masz wystarczająco dużo, żeby zablokować transakcję, odzyskać rachunek i rozwiązać wspólność majątkową. Nie musisz dziś decydować, co zrobisz z małżeństwem.

— Właśnie dziś zdecyduję — powiedziałam.

Pasza spojrzał na mnie gwałtownie.

— Nie możesz mnie tak zostawić.
— Mogę. Ale nie zostawię twojej matki bez leków.

Marta zmarszczyła brwi.

— Co?

— Wiem, że przez ostatnie dwa miesiące część pieniędzy brałeś na leczenie swojej mamy. Elżbieta pokazała mi rachunki. Nie będę udawała, że tego nie widzę.

Pasza zacisnął dłonie.

— Nie używaj jej przeciwko mnie.
— Nie używam. Rozdzielę tylko twoje kłamstwa od jej choroby. Opłacę bezpośrednio jej leczenie przez najbliższe trzy miesiące. Nie dostaniesz tych pieniędzy do ręki.

Na jego twarzy pojawiło się niedowierzanie.

— Po tym wszystkim nadal chcesz jej pomóc?
— Jej. Nie tobie.

Roman odchrząknął.

— Pani Leno, jest jeszcze jeden problem. Wczoraj wieczorem Pasza wysłał do pośrednika wiadomość, że ma pani podpisać zgodę na sprzedaż mieszkania dziś o dwunastej.

Spojrzałam na zegarek. Była 8:16.

— Czyli mamy czas.
— Nie — powiedziała Marta. — Mamy trzy godziny i czterdzieści cztery minuty.

Pojechaliśmy do banku. Pracownica za grubą szybą sprawdziła dokumenty, porównała podpisy i zablokowała przelew. Kiedy zapytała, czy chcę zgłosić fałszerstwo, patrzyłam na Paszę przez kilka sekund.

Stał przy ścianie, bez płaszcza, z włosami rozczochranymi od wiatru. Nie wyglądał jak mężczyzna, który dzień wcześniej dominował przy stole. Wyglądał jak ktoś, kto wreszcie zobaczył cenę własnej pewności siebie.

— Tak — powiedziałam. — Chcę, żeby dokument został zabezpieczony.

Pasza zamknął oczy.

— Lena…
— Nie proś mnie, żebym zapomniała.
— Nie proszę.
— O co więc prosisz?
— Żebyś uwierzyła, że nie chciałem cię zniszczyć.
— Wierzę. Chciałeś tylko, żebyś nie musiał patrzeć na siebie.

Tego samego popołudnia wróciłam do mieszkania po resztę rzeczy. Na łóżku wciąż leżała grafitowa walizka, a na podłodze pęknięty magnes w kształcie latarni. Pasza siedział przy stole i trzymał kopertę z wynikami leczenia matki.

— Elżbieta zadzwoniła — powiedział. — Zrezygnowała z pracy.
— Rozumiem.
— Roman też złożył zeznania.
— Wiem.
— Firma jest skończona.
— Wiem.

Podniósł wzrok.

— A my?

Wyjęłam z szafy ostatni sweter i złożyłam go bez pośpiechu.

— My skończyliśmy się dużo wcześniej. Tylko ty codziennie opowiadałeś żart, żeby nikt tego nie zauważył.

Przy drzwiach podałam mu kopertę z danymi kliniki i numerem rachunku, na który miał wpłacać pieniądze dla matki.

— Jeśli chcesz jej pomóc, rób to uczciwie. Sam. Bez mojego konta, bez mojego nazwiska i bez udawania, że jesteś kimś większym, niż jesteś.

— A jeśli nie dam rady?
— Wtedy pierwszy raz będziesz musiał powiedzieć prawdę.

Wzięłam granatowy notes. Na jednej ze stron, obok zapisanych kwot, widniało zdanie, które zanotowałam podczas pierwszego dnia pracy: „Liczby nie obrażają się, kiedy je sprawdzasz”.

Pasza spojrzał na niego.

— Co to znaczy?
— Że prawda nie robi się mniej prawdziwa tylko dlatego, że ktoś jej nie lubi.

Nie odpowiedział. Tym razem nie dlatego, że zabrakło mu riposty, lecz dlatego, że po raz pierwszy nie mógł zasłonić się śmiechem.

Na klatce schodowej zadzwonił telefon. To była Marta.

— Lena, bank potwierdził blokadę. A pośrednik wycofał umowę. Mieszkanie jest bezpieczne.
— Dziękuję.
— Co zrobisz z walizką?

Spojrzałam na grafitowe tworzywo, porysowane przy zamku od jego wczorajszego szarpnięcia.

— Zostawię ją.
— Jesteś pewna?
— Tak. Przyda się komuś, kto naprawdę będzie musiał wyjechać.

Wróciłam jeszcze na chwilę do sypialni. Pasza siedział przy stole, a obok niego leżała koperta z rachunkami za leczenie. Nie prosił już o pieniądze. Po raz pierwszy próbował je zdobyć bez mojego nazwiska.

Wzięłam z walizki granatowy notes, zamknęłam go i podałam Marcie przy wyjściu. Na pierwszej stronie dopisałam nową kwotę: koszt leczenia matki Paszy, zapłacony bezpośrednio przez fundusz pomocowy.

Marta przeczytała zapis i spojrzała na mnie pytająco.

— Nie żałujesz?
— Żałuję tylko, że tak długo myliłam miłość z obowiązkiem wyciągania kogoś z jego własnych kłamstw.

W windzie zadzwonił telefon Paszy. Usłyszałam, jak mówi do matki:

— Mamo, muszę ci coś wyjaśnić. Pieniądze nie pochodziły z firmy. Lena nie zrobiła nic złego.

Drzwi windy zamknęły się między nami, a jego głos urwał się w połowie zdania. W dłoni trzymałam pęknięty magnes-latarnię, który podniosłam z podłogi. Nie wyrzuciłam go.

Przyda się Paszy, kiedy będzie musiał znaleźć drogę bez cudzego światła.

Оцените статью