CZĘŚĆ 4
— Proszę przełączyć na głośnik — powiedział Michał.
Doktor Piotr nacisnął przycisk. Z telefonu dobiegł kobiecy głos, chrapliwy i drżący.
— Czy to szpital w Brzezinach? Nazywam się Natalia Wrona. Pracowałam z Elizą w ośrodku dla samotnych matek.
Spojrzałam na panią Annę. Jej dłoń nadal spoczywała na moim ramieniu.
— Skąd ma pani ten numer? — zapytał lekarz.
— Z telefonu, który Eliza zostawiła u mnie rok temu. Powiedziała, że mam go użyć, jeśli Roman pojawi się przy jej dzieciach.
Roman drgnął.
— To absurd — warknął. — Nie znam żadnej Natalii.
Kobieta usłyszała jego głos.
— Zna mnie pan aż za dobrze. To ja podpisałam protokół, kiedy przyszedł pan do ośrodka z Kamilem.
Imię ojca było dla mnie jak kamień wrzucony do brzucha. Mama nigdy go nie wypowiadała. Na naszej półce stało tylko jedno zdjęcie bez twarzy mężczyzny, bo ktoś wcześniej odciął jego głowę.
— Kto to jest Kamil? — spytałam.
Roman zacisnął szczękę.
Natalia mówiła dalej:
— Ojciec bliźniąt. Eliza uciekła od niego, kiedy próbował sprzedać jej dokumenty i wziąć pożyczkę na jej nazwisko. Roman pomagał mu znaleźć dom, w którym nie zadawano pytań. Potem powiedział Elizie, że jeśli nie podpisze zrzeczenia się najmu, sprowadzi Kamila i odbierze dzieci.
Poczułam, jak zimny grzebień w kieszeni wbija mi się w udo.
— Mama nie uciekła sama — powiedziałam.
— Nie. Ja zawiozłam ją nocą do Brzezin. Dałam jej numer do bezpłatnej pomocy i poprosiłam, żeby zgłosiła piecyk. Eliza bała się, że Kamil ją znajdzie. Później straciłyśmy kontakt.
Roman rzucił się do telefonu.
— Ta kobieta kłamie!
— A pański podpis pod zgłoszeniem też kłamie? — zapytał doktor Piotr.
W tym momencie na korytarz weszli strażacy i pracownik miejskiej inspekcji. Michał wcześniej wezwał ich z domu Elizy. Inspektor trzymał plastikową torbę z czujnikiem i fotografie przewodu dymowego.
— Stężenie tlenku węgla było śmiertelne — powiedział. — Przewód został celowo zatkany kawałkiem blachy. Ktoś zakleił również czujnik przy kuchni.
Roman cofnął się.
— To nie ja.
Pani Helena wystąpiła krok naprzód.
— Widziałam, jak trzy dni temu wychodził pan z piwnicy. Miał pan ręce czarne od sadzy.
Roman spojrzał na nią, a potem na mnie. Jego twarz nie przypominała już twarzy właściciela domu z eleganckim płaszczem. Wyglądał jak człowiek, który zrozumiał, że wszystkie drzwi, które dotąd otwierały mu pieniądze, właśnie zatrzasnęły się jedna po drugiej.
— Chciałem tylko, żeby podpisała — powiedział cicho.
Nikt się nie odezwał.
— Dom miał zostać sprzedany. Gmina dawała dużą zaliczkę za działkę. Eliza nie chciała odejść, więc… chciałem ją przestraszyć. Nie wiedziałem, że piecyk…
— Wiedział pan — przerwała pani Helena. — Widziałam pański rachunek za naprawę. Nigdy nie przyjechał pan go naprawić.
Roman wyciągnął rękę do mnie.
— Zosiu, nie chciałem skrzywdzić dzieci.
Cofnęłam się za panią Annę.
— Ale wiedział pan, że mama śpi.
To wystarczyło, żeby strażnik przy wejściu poprosił go o opuszczenie oddziału. Nie było krzyku ani szarpaniny. Roman wyszedł, ściskając pęk kluczy, które jeszcze godzinę wcześniej brzęczały przy jego dłoni jak znak władzy.
Wtedy z sali dobiegł płacz. Najpierw cichy, potem coraz mocniejszy.
— Leon — powiedziała pielęgniarka.
Przycisnęłam twarz do szyby. Mój brat poruszył palcami. Franek, leżący obok, odpowiedział słabym kwileniem.
— Obaj wracają — oznajmił doktor Piotr.
Nie zdążyłam się ucieszyć, bo na końcu korytarza otworzyły się drzwi oddziału dla dorosłych. Ratownik wyjechał z mamą na łóżku. Miała tlen pod nosem, twarz bladą i włosy rozsypane na poduszce.
— Mamo? — wyszeptałam.
Jej powieki drgnęły.
Podeszłam do łóżka. Mama nie mogła mówić, więc ścisnęła moje palce. Jej ręka była ciepła.
— Zabrałam braci do szpitala — powiedziałam.
Łza spłynęła jej do skroni.
— Wiedziałam, że pójdziesz — wyszeptała.
— Skąd?
Mama spojrzała na sznurek, który nadal wisiał na mojej szyi.
— Bo zostawiłam ci klucz.
Przez chwilę myślałam, że źle usłyszałam.
— Wiedziałaś, że zasnę?
— Nie. Wiedziałam tylko, że jeśli nie będę mogła wstać, ty będziesz pamiętać drogę.
Doktor Piotr odchrząknął.
— Elizo, musi pani odpoczywać. Ale zanim zabierzemy panią na oddział, trzeba ustalić, gdzie dzieci zostaną po wypisie.
Mama zacisnęła palce na mojej dłoni.
— Ze mną.
— Oczywiście — odpowiedziała pani Anna. — Tylko nie w tym domu.
Tu pojawił się najtrudniejszy moment. Dom, który znałam, nie był już bezpiecznym miejscem. Pod podłogą leżała metalowa kasetka, w kuchni wisiała pusta półka po lekarstwach, a za ścianą wciąż mogła czaić się trucizna, której nie widziałyśmy.
Roman stracił prawo do wynajmowania budynku jeszcze tego samego dnia. Inspekcja zamknęła dom, a gmina przydzieliła nam tymczasowe mieszkanie nad przychodnią. Pani Helena przyniosła tam nasze ubrania, a Natalia Wrona przyjechała z Brzezin, żeby złożyć zeznania i pomóc mamie w rozmowie z opieką społeczną.
Kamil nie pojawił się ani razu. Natalia wyjaśniła, że od dawna próbował odnaleźć Elizę, bo potrzebował jej podpisu do pożyczki. Dzięki dokumentom z kasetki nie mógł już udawać, że był nieobecnym, lecz niewinnym ojcem. Gdy dowiedział się o inspekcji, wycofał się z wniosku o dzieci. Nie dlatego, że zrozumiał swoje błędy. Po prostu przestało mu się to opłacać.
Mama dochodziła do siebie powoli. Najpierw mogła tylko siedzieć. Potem sama napiła się wody. Za każdym razem, gdy otwierała oczy, sprawdzała, czy jestem obok.
— Nie musisz pilnować nas cały czas — powiedziała pewnego popołudnia.
Siedziałyśmy w pokoju dla rodzin przy przychodni. Na stoliku leżał czerwony grzebień, a obok niego mosiężny klucz.
— Wiem — odpowiedziałam.
— Naprawdę?
— Trochę.
Uśmiechnęła się, choć uśmiech szybko zamienił się w zmęczenie.
— Bałam się, że cię zawiodłam.
Spojrzałam na jej bandażowaną dłoń.
— Ja też się bałam.
— Czego?
— Że jak przestanę pchać, Leon przestanie oddychać.
Mama zamknęła oczy. Tym razem nie ze snu, tylko z bólu.
— Nigdy nie powinnaś była robić tego sama.
— Ale zrobiłam.
— Tak. I dlatego dorośli muszą teraz zrobić resztę.
Po tych słowach przekazała lekarzowi kasetkę, ale zatrzymała kartkę z moim imieniem. Powiedziała, że kiedyś pokaże mi ją jeszcze raz, już bez strachu i bez pośpiechu.
Tydzień później, podczas kontroli bliźniąt, pielęgniarka pozwoliła mi położyć palec na dłoni Leona. Zacisnął ją tak mocno, że aż się roześmiałam. Franek spał obok, owinięty kocem w żółte kaczuszki.
Michał przyniósł mi nowy uchwyt do taczki, krótszy i pomalowany na czerwono. Powiedział, że nie jest pamiątką tamtej drogi, tylko rzeczą do wożenia zabawek, jeśli kiedyś będę miała ochotę.
Nie chciałam wozić zabawek.
Poprosiłam, żeby oddał taczkę na złom, ale zostawiłam metalowe koło. Strażak przyciął z niego mały okrąg i przymocował go do drewnianej deseczki. Mama powiesiła ją przy łóżeczkach bliźniąt. Kiedy ktoś lekko trącał zawieszkę, wydawała ten sam cienki, skrzypiący dźwięk co tamtego ranka.
Pewnego wieczoru Leon zaczął płakać. Franek zaraz do niego dołączył. Mama próbowała wstać, ale była jeszcze zbyt słaba.
— Zosiu, podasz mi koc?
Podeszłam do łóżeczek, lecz zanim zdążyłam go przynieść, mama wyciągnęła rękę.
— Nie. Chodźmy razem.
Powoli przeszłyśmy przez pokój. Ona opierała się na lasce, ja niosłam koc. Przy łóżeczkach mama pochyliła się nad synami, a ja zawiesiłam na palcu Leona mały czerwony grzebień.
— Mamo — powiedziałam — jak znowu zachorujesz, obudzę kogoś wcześniej.
— A jeśli nikt nie odpowie?
Spojrzałam na kartkę z jej podpisem, leżącą w szufladzie, i na numer pomocy zapisany przez Natalię przy telefonie.
— Wtedy zapukam do wszystkich.
Mama pocałowała mnie w czoło.
Zawieszka przy łóżeczku poruszyła się, choć nikt jej nie dotknął.
— Słyszysz? — szepnęłam do braci. — To dźwięk, który zaprowadził nas do domu, gdzie umieją ratować.
Przegapiłeś początek?






