CZĘŚĆ 4 — Po pogrzebie matki przywiozłam kolację bezdomnemu mężczyźnie, lecz gdy wysiadł z czarnego samochodu, mój świat zatrzymał się

CZĘŚĆ 4

— Skąd pan wie o książeczce? — zapytałam.

W słuchawce zapadła krótka przerwa. Słyszałam tylko niski pomruk silnika i trzask otwieranej zapalniczki.

— Bo to ja ją tam ukryłem — odpowiedział Roman Wolski.

Andrzej wyrwał mi telefon z ręki.

— Jeśli tknąłeś ten dom, przysięgam…

— Twój ojciec też składał przysięgi. Żadnej nie dotrzymał.

Połączenie się urwało.

Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Deszcz bębnił o parapet, a lampa nad biurkiem migała, rzucając na księgę rachunkową blade plamy.

— Nie pojedziesz tam sama — powiedział Andrzej.

— Właśnie o to mu chodziło. Chce, żebym się bała.

— Chce książeczki.

— A my chcemy wiedzieć, po co.

Pan Borek zamknął księgę.

— W domu jest piwnica pod warsztatem. Pański ojciec trzymał tam kopie wszystkich umów. Jeśli Wolski czegoś szuka, nie chodzi tylko o udziały.

— O co jeszcze? — zapytałam.

Stary księgowy spojrzał na Andrzeja.

— O nazwisko człowieka, który pomógł mu fałszować dokumenty.

Andrzej odwrócił twarz. Zobaczyłam, jak mięsień na jego szczęce drga.

— Znałeś to nazwisko? — spytałam.

— Podejrzewałem.

— A matka?

— Wiedziała.

Ta odpowiedź uderzyła mnie mocniej niż telefon Wolskiego.

Przez dwadzieścia lat uważałam, że matka ukrywała przede mną brata z lęku. Teraz rozumiałam, że ukrywała również ludzi, którzy mogliby skrzywdzić nas oboje.

Pojechaliśmy do starego domu trzema samochodami. Nie dlatego, że planowaliśmy walkę. Po prostu pan Borek odmówił zostania w biurze, a Andrzej nie chciał, żebym jeszcze raz była sama w miejscu, w którym całe dzieciństwo czekała na cudzą prawdę.

Na podjeździe stał granatowy furgon. Drzwi domu były otwarte. Zawias skrzypiał przy każdym podmuchu wiatru.

Roman czekał w kuchni. Miał na sobie jasny garnitur, jakby przyjechał na podpisanie korzystnej umowy, nie na rozbiórkę mojego życia.

— Czerwona książeczka — powiedział.

— Najpierw pokaż, co podpisałam — odparłam.

Uśmiechnął się i rzucił na stół kopię aktu. Mój podpis rzeczywiście widniał pod zgodą na sprzedaż domu. Podpis był podobny, ale zbyt równy. Matka zawsze powtarzała, że moja litera „L” pochyla się jak trzcina na wietrze. Ta była prosta.

— To fałszerstwo — powiedział Borek.

Roman nawet na niego nie spojrzał.

— Stary księgowy, który nagle odzyskał pamięć. Wzruszające.

Andrzej położył dłonie na stole.

— Wiesz, że ojciec zostawił podpisane oświadczenie o mnie.

— Wiem. I wiem, że nie ma ono znaczenia bez świadków.

— Jestem świadkiem — powiedział Borek.

— A drugi nie żyje.

— Zostawił zeznanie — odpowiedział pan Borek. — Spisane trzy dni przed śmiercią.

Romanowi drgnęła powieka.

Wtedy zrozumiałam, dlaczego matka przez tyle lat wysyłała pana Borka po zakupy, dlaczego nigdy nie pozwalała mu wejść do piwnicy i dlaczego w ostatnich tygodniach prosiła mnie przez telefon, żebym nie sprzedawała domu.

Nie czekała na cud.

Budowała świadectwo.

— Gdzie jest księga? — zapytał Roman.

— W bezpiecznym miejscu — odpowiedział Andrzej.

— A książeczka?

Wyjęłam ją z kieszeni płaszcza. Czerwona okładka była wilgotna od deszczu, który spadł na mnie przy wysiadaniu z samochodu.

Roman rzucił się do przodu. Andrzej zagrodził mu drogę, lecz Roman nie próbował wyrwać mi dokumentu. Zamiast tego kopnął stół. Szklanka spadła na podłogę i roztrzaskała się przy moich butach.

— Twoja matka zawsze była głupia — syknął. — Mogła milczeć i mieć spokój.

— Nie była głupia — odpowiedziałam. — Po prostu znała twoją chciwość.

Roman roześmiał się nerwowo.

— Ona nawet nie wiedziała, co podpisała.

Andrzej znieruchomiał.

— Co podpisała?

Roman zacisnął usta, lecz było już za późno.

Pan Borek wyciągnął z torby drugą kartkę.

— Umowę powierniczą — powiedział. — Pani matka przekazała panu Wolskiemu dokumenty tylko po to, żeby mógł prowadzić firmę do czasu odnalezienia Andrzeja. Nie sprzedała udziałów. Nie zrzekła się domu. A ten egzemplarz, który trzymałeś, jest kopią sporządzoną bez numeru rejestracyjnego.

Roman cofnął się o krok.

— To niczego nie dowodzi.

— Dowodzi jeszcze jedna rzecz — powiedziałam.

Otworzyłam czerwoną książeczkę. W środku nie było pieniędzy ani testamentu. Były nazwiska, daty i numery rachunków. Przy jednym nazwisku — Roman Wolski — matka dopisała ołówkiem: „Zapłacił za fałszywy podpis. Pieniądze przelał człowiek z jego własnego biura”.

Roman spojrzał na Borka.

— Ty mu to dałeś?

— Nie — odpowiedział księgowy. — Pańska wspólniczka, pani Daria, przyszła do mnie tydzień temu. Powiedziała, że nie chce już odpowiadać za pańskie oszustwa.

Telefon Romana zawibrował. Na ekranie pojawiło się imię Darii. Mężczyzna nie odebrał.

— Matka wiedziała, że to zrobisz — powiedział Andrzej. — Dlatego kazała Borkowi czekać. Nie chciała zemsty. Chciała, żebyś sam pokazał, jak bardzo zależy ci na tych papierach.

Roman patrzył na czerwoną książeczkę, jakby była rozżarzonym węglem.

— Oddaj ją — zażądał.

— Nie — powiedziałam.

To słowo nie było głośne. Mimo to poczułam, że po raz pierwszy od śmierci matki nie stoję na cudzym miejscu. Nie jestem dzieckiem z jabłecznikiem przed oczami. Nie jestem córką, która przyjechała tylko spełnić ostatnią prośbę.

Jestem kobietą, której nazwisko próbowano wymazać z własnego domu.

Roman wybiegł do korytarza, ale przed wejściem zatrzymał go Andrzej.

— Zejdź mi z drogi — warknął Roman.

— Przez lata wszyscy schodzili ci z drogi. Matka, Borek, mój ojciec. Ja nie.

Roman popchnął go. Andrzej zachwiał się, lecz nie upadł. Pan Borek natychmiast wyjął z kieszeni telefon.

— Cała rozmowa od chwili wejścia jest zapisana — powiedział. — Tym razem nie będziesz mógł powiedzieć, że niczego nie powiedziałeś.

Roman spojrzał na urządzenie, potem na własne dłonie. Na prawej miał drobinki szkła ze stłuczonej szklanki.

— Daria wam nie pomoże — syknął.

— Już pomogła — odpowiedziałam. — Wysłała kopie przelewów do księgowości i banku. Zanim tu przyjechaliśmy, dokumenty trafiły do ludzi, których nie możesz przekupić.

Nie było krzyków ani triumfalnej muzyki. Było tylko skrzypienie zawiasu i oddech Romana, ciężki jak u człowieka, który właśnie zrozumiał, że przegrał nie przez cudzy spryt, lecz przez własną chciwość.

Następnego dnia dom nie został sprzedany. Fałszywy akt wycofano, udziały zabezpieczono, a Roman stracił firmę, którą próbował przejąć kosztem mojego ojca, matki, Andrzeja i ludzi pracujących dla niego. Daria zeznała wszystko. Pan Borek przekazał księgę. Andrzej oddał mi połowę udziałów, choć początkowo odmówiłam.

— To pieniądze ojca — powiedziałam.

— Nie — odpowiedział. — To dług, który spłaciła nasza matka. Ty masz prawo zdecydować, co z nim zrobisz.

Nie zatrzymałam domu tylko dlatego, że należał do przeszłości. Zostawiłam jednak warsztat, w którym ojciec ukrywał listy, i zmieniłam go w małą stołówkę dla ludzi pracujących przy zakładzie Andrzeja. Nad drzwiami zawiesiliśmy tabliczkę z imieniem matki.

W pierwszy wieczór Andrzej postawił na stole jabłecznik.

Przez chwilę żadne z nas go nie kroiło.

— Myślałam, że oddawała ci mój kawałek — powiedziałam.

— A ja myślałem, że nigdy nie będziesz chciała usiąść obok mnie.

— Oboje byliśmy dziećmi cudzej ciszy.

Andrzej przesunął talerz w moją stronę.

— Tym razem wybierz sama.

Wzięłam nóż i podzieliłam ciasto na dwie równe części. Jedną podałam jemu. Drugą zatrzymałam, lecz po chwili odłamałam z niej kawałek i położyłam na małym porcelanowym talerzyku przy pustym miejscu matki.

Za oknem pracowały ciężarówki, a metalowe kontenery uderzały o siebie w rytmie, który przez lata oznaczał dla mnie samotność.

Andrzej spojrzał na tabliczkę nad wejściem.

— Myślisz, że byłaby z nas dumna?

— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale wiem, co by powiedziała o cieście.

Uśmiechnął się przez łzy.

— Że znowu kroisz za duże kawałki.

A potem położyliśmy przed pustym talerzykiem największy kawałek jabłecznika.

Przegapiłeś początek?

← Czytaj historię od pierwszej części

Оцените статью