CZĘŚĆ 4 — Teściowa wyrzuciła mnie z mieszkania podczas wyjazdu męża, lecz po jednym pytaniu jej triumfalny uśmiech nagle zniknął

CZĘŚĆ 4

…lecz człowiek, któremu ufałam bardziej niż komukolwiek.

— Kto dzwonił? — zapytałam.

— Twój wujek Roman.

Usiadłam przy stole. Porcelanowy kluczyk leżał obok kopii aktu własności. Miał pękniętą główkę, bo wypadł mi z ręki przed laty, kiedy dowiedziałam się, że ojciec zostawił mi połowę domu na wsi.

Wujek Roman był wtedy jedyną osobą, która przyjechała na pogrzeb. To on powiedział, że nieruchomość jest zbyt daleko, że koszty będą ogromne i że najlepiej szybko ją sprzedać. To on polecił kupca.

— Co dokładnie powiedział Igor? — spytałam.

— Że Roman próbował zaniżyć cenę domu i zatrzymać różnicę dla siebie. Twierdził, że ty podpisałaś zgodę.

— Ja niczego takiego nie podpisywałam.

— Wiem.

W telefonie Igora zapiszczała wiadomość. Podał mi go. Był to numer notariusza, który prowadził sprzedaż domu. Prosił, żebym przyjechała następnego ranka i obejrzała oryginały dokumentów.

— Dlaczego dopiero teraz? — zapytałam.

— Bo Roman przez lata twierdził, że sprawa jest zamknięta. Dziś przyszedł do kancelarii z pytaniami o pełnomocnictwo. Notariusz przypomniał sobie, że podczas podpisywania umowy był z nim jeszcze ktoś.

— Kto?

Igor spojrzał na mnie ciężko.

— Swietłana Pietrowna.

Serce uderzyło mi mocniej.

Matka Igora znała Romana? Wiedziałam, że spotykali się czasem na rodzinnych uroczystościach, ale nigdy nie przypuszczałam, że mieli wspólną sprawę.

— Ona była przy sprzedaży mojego domu?

— Notariusz twierdzi, że siedziała w poczekalni. Roman przedstawił ją jako osobę, która pomaga ci podjąć decyzję.

Zaśmiałam się bez radości.

— Pomagała mi? Przecież nawet mnie tam nie było.

Właśnie wtedy ktoś zapukał. Nie do drzwi mieszkania, lecz do drzwi windy na korytarzu. Po chwili usłyszałam głos Swietłany Pietrownej.

— Marina, musimy porozmawiać.

Igor podniósł się.

— Nie otwieraj.

— Chcę usłyszeć, co ma do powiedzenia.

— Sama nie.

Stanął obok mnie, a ja otworzyłam drzwi na łańcuch.

Swietłana Pietrowna nie miała już torby w kratę. Trzymała za to cienką kopertę z kancelaryjną pieczęcią. Jej twarz była zmęczona, jakby w ciągu kilku minut postarzała się o dziesięć lat.

— Roman zadzwonił do mnie — powiedziała. — Powiedział, że wszystko się wydało.

— Co się wydało?

— Że to on namówił mnie do całej awantury. Powiedział, że jeśli wyrzucę cię z mieszkania i doprowadzę do rozwodu, Igor będzie musiał sprzedać lokal albo oddać mu pieniądze.

— Jakie pieniądze?

Swietłana Pietrowna zacisnęła kopertę.

— Roman pożyczył Igorowi pieniądze na rozpoczęcie działalności. Twierdził, że bez tego twój mąż zbankrutuje. Ale w umowie wpisał zabezpieczenie na mieszkaniu.

Igor pobladł.

— Jakie zabezpieczenie?

— Takie, że jeśli rozwiedziecie się z Mariną, będziesz musiał spłacić całość natychmiast. Roman chciał przejąć lokal, bo wierzył, że Marina odda go bez walki, żeby ratować ciebie.

Przez chwilę słyszałam tylko buczenie windy.

— A ty? — zapytałam. — Co miałaś z tego mieć?

Swietłana spojrzała na syna.

— Obiecał, że spłaci moje długi. I że Lena zamieszka z tobą, kiedy Marina odejdzie. Powiedział, że rodzina musi trzymać się razem.

Igor cofnął się o krok.

— Sprzedałaś moje małżeństwo za spłatę swoich długów?

— Myślałam, że cię ratuję.

— Nie. Ratowałaś siebie.

Swietłana Pietrowna wsunęła kopertę pod drzwi. W środku znajdowała się kopia umowy pożyczki i kartka z podpisem Romana. Ale był tam również drugi dokument: odręcznie napisane oświadczenie Swietłany, że przy sprzedaży mojego rodzinnego domu przekazała Romanowi pieniądze za „pomoc w przekonaniu Mariny”.

— Podpisałam to dziś — powiedziała. — Roman chciał, żebym wyrzuciła cię bez śladu. Bałam się, że jeśli odmówię, pokaże Igorowi wszystko o moich długach.

Nie spodziewałam się tego. Czekałam na kolejne kłamstwo, a dostałam dowód przeciwko niej i przeciwko Romanowi.

— Dlaczego mi to dajesz? — spytałam.

— Bo kiedy Igor powiedział, że to przez niego tak mówię, zrozumiałam, że naprawdę go stracę. Nie jako syna, który mnie słucha. Jako człowieka.

Igor patrzył na nią długo.

— Mamo, nie możesz wrócić do tego, co było.

— Wiem.

— Oddasz mi wszystkie wiadomości i dokumenty Romana.

— Oddam.

— I powiesz mu przy świadkach, że kłamałaś o mieszkaniu.

Jej usta zadrżały.

— Zrobię to.

Nie wybaczyłam jej tamtego wieczoru. Wybaczenie nie mogło być ceną za podpis ani nagrodą za późną szczerość. Ale pozwoliłam jej wejść do środka, żeby usiadła przy stole i podpisała pełne oświadczenie. Wiktor został na korytarzu, a Igor zadzwonił do notariusza.

Następnego ranka pojechaliśmy we troje do kancelarii. Roman czekał tam w granatowym płaszczu, z twarzą człowieka, który wciąż wierzy, że pieniądze potrafią zasłonić prawdę.

— Marina, nie rób scen — powiedział. — To rodzinne nieporozumienie.

— Rodzinne nieporozumienie nie ma numeru umowy, kwoty i mojego podrobionego pełnomocnictwa.

Notariusz położył przed nim oryginał dokumentu.

— Podpis na pełnomocnictwie nie należy do pani Mariny — oznajmił. — Zostało to potwierdzone przez biegłego grafologa.

Roman spojrzał na Swietłanę.

— Ty miałaś tylko ją nastraszyć.

— Powiedz mu, że obiecał ci spłatę długów — odpowiedziała.

— Nie wciągaj mnie w swoje problemy.

— Sam mnie wciągnąłeś.

Igor położył na stole kopię umowy pożyczki.

— Ta umowa nie daje ci prawa do mieszkania. Marina nie była jej stroną, a zabezpieczenie obejmuje wyłącznie mój udział w działalności. Próbowałeś przejąć cudzy majątek, posługując się fałszywym dokumentem.

Roman zerwał się z krzesła.

— Nie macie pojęcia, ile pieniędzy włożyłem w tę rodzinę!

— Włożyłeś je w pułapkę — powiedziałam. — I chciałeś, żebym sama do niej weszła.

Notariusz odmówił mu dostępu do dalszych dokumentów, a Igor tego samego dnia rozpoczął rozmowy o spłacie prawdziwej pożyczki. Nie sprzedał mieszkania. Nie zgodziłam się też, by dług został przeniesiony na mnie. Pomogłam mu znaleźć rozwiązanie, ale tym razem wszystko zapisaliśmy jasno, przy niezależnym świadku.

Swietłana Pietrowna spłaciła część swoich zobowiązań, sprzedając działkę, którą przez lata trzymała „na wszelki wypadek”. Nie prosiła mnie o pieniądze. Raz w tygodniu przychodziła do Wiktora, by podpisywać kolejne oświadczenia i porządkować sprawę Romana.

Pewnego popołudnia spotkałam ją na klatce. W rękach trzymała tę samą torbę w czerwono-zieloną kratę. Tym razem była wypchana dokumentami, nie moimi ubraniami.

— Marina — powiedziała — nie oczekuję, że mi wybaczysz.

— Dobrze.

— Ale chcę, żebyś wiedziała, że Lena nie miała z tym nic wspólnego. To był mój pomysł i Romana.

— Wiem.

— A Igor nadal jest moim synem?

Spojrzałam na torbę, na jej drżące dłonie i na porcelanowy kluczyk, który od tamtego dnia nosiłam przy kluczach do mieszkania.

— Jest twoim synem. Ale nie jest twoją własnością.

Kiwnęła głową. Tym razem nie zaprzeczyła.

Wieczorem Igor zadzwonił z Surgutu, bo musiał jeszcze dokończyć wyjazd służbowy. Opowiedziałam mu o spotkaniu.

— Co zrobiłaś z torbą? — zapytał.

— Oddałam ją właścicielce.

— A dokumenty?

— Są w moim segregatorze.

— To dobrze — powiedział. — Zabezpiecz je.

Wyjęłam zamek z mosiężnego segregatora i zamknęłam go na klucz. Z korytarza dochodził odległy szum windy, tej samej, przy której jego matka próbowała jeszcze odzyskać kontrolę nad cudzym życiem.

Na blacie leżał akt własności, oświadczenie Swietłany i pismo Romana. Trzy kartki, które rozdzieliły prawdę od rodzinnej opowieści.

Igor zapytał, czy jestem jeszcze zła.

— Jestem ostrożniejsza — odpowiedziałam.

A porcelanowy kluczyk położyłam na dokumentach, jak strażnika przy wejściu do miejsca, którego nikt już nie odważy się nazwać cudzym.

Оцените статью