CZĘŚĆ 4
…— Kto ją wykupił? — zapytałam.
Wiktor milczał chwilę.
— Oksana.
Za szybą szpitala przejechał trolejbus, rozmazując światła na mokrym chodniku. Przez moment nie rozumiałam, co usłyszałam.
— Żona Romana?
— Tak. Wykupiła bransoletkę dziś rano. Powiedziała, że chce oddać ją pani osobiście.
Andrij zabrał mi telefon.
— Dlaczego Oksana miałaby to zrobić?
— Tego nie wiem. Powiedziała tylko, że jutro przyjdzie do mieszkania właściciela.
Rozmowa się zakończyła.
Andrij stał przede mną z twarzą człowieka, który właśnie odkrył, że podłoga pod jego stopami od dawna była pęknięta.
— Oksana wiedziała — powiedziałam.
— Może nie wiedziała wszystkiego.
— Ale wykupiła bransoletkę.
— Pojadę do niej.
— Nie sam.
Wróciliśmy do sali. Galina leżała z zamkniętymi oczami, lecz po napięciu jej ust widziałam, że słyszała każde słowo.
— Oksana wykupiła bransoletkę — powiedział Andrij.
Galina otworzyła oczy.
— Skąd miała pieniądze?
— To właśnie chcę wiedzieć — odpowiedział.
Roman odsunął się od ściany.
— Nie mieszajcie jej do tego.
— Ty też mówiłeś, że mnie to nie dotyczy — odparłam. — A jednak moja bransoletka sfinansowała twój remont.
Roman zaczerwienił się.
— To był rodzinny problem.
— Nie. To był twój dług.
Galina zaczęła szlochać.
— Chciałam uratować syna.
— Uratować przed czym? — zapytał Andrij.
Roman spuścił wzrok.
Wiktor, który wrócił do sali po kilku minutach, położył na stoliku drugą kopię dokumentu.
— Panie Romanie, właściciel mieszkania znalazł jeszcze jedną rzecz. W umowie remontowej widnieje pański podpis, ale przy płatności za pierwszą transzę użyto rachunku należącego do Oksany.
Roman drgnął.
— To niczego nie dowodzi.
— Dowodzi, że pieniądze z lombardu nie poszły na leczenie pańskiej matki ani na czynsz. Poszły na materiały budowlane. Mam faktury.
Andrij spojrzał na brata.
— Okłamałeś wszystkich.
— Nie miałem wyboru.
— Zawsze miałeś wybór — powiedziałam. — Tylko liczyłeś, że wybór będzie bolał mnie bardziej.
Następnego ranka pojechaliśmy do mieszkania Romana. Nie pojechałam tam jako opiekunka Galiny. Pojechałam po swoją własność i po odpowiedzi.
Na klatce schodowej pachniało gipsem. Pod drzwiami leżała rolka folii ochronnej, a na ścianie wisiała kartka z numerem elektryka, przyklejona żółtą taśmą.
Oksana czekała na nas w środku. Miała na sobie wełnianą kamizelkę, a pod oczami ciemne półksiężyce.
— Wejdź, Marino — powiedziała.
Na stole stało pudełko po herbacie. Oksana otworzyła je i wyjęła bransoletkę zawiniętą w miękką ściereczkę.
Metal był porysowany, ale wygrawerowana data naszego ślubu wciąż była czytelna.
Podała mi ją obiema rękami.
— Przepraszam.
Wzięłam bransoletkę, lecz nie założyłam jej.
— Dlaczego ją wykupiłaś?
Oksana usiadła na krześle. Jedna ze śrubek wystawała z drewnianego oparcia i zahaczała o jej rękaw.
— Bo dopiero wczoraj zrozumiałam, że moja wygoda została zbudowana na twojej krzywdzie.
Roman odwrócił głowę.
— Oksana, przestań.
— Nie. Przez siedem lat pozwalałam twojej matce mieszkać u nas, gotować, zajmować się dziećmi i pilnować remontów. Wmawiałam sobie, że to normalne, bo przecież ona sama chciała pomagać. Kiedy Marina prosiła o wsparcie, mówiłam, że przecież jakoś sobie radzi.
— Nie mówiłaś tak — rzucił Roman.
— Mówiłam. Tylko nie przy niej.
Andrij usiadł naprzeciwko niej.
— Czy wiedziałaś, że Galina zabrała bransoletkę?
Oksana zacisnęła dłonie.
— Wiedziałam, że ją zastawiła. Nie wiedziałam, że bez pytania. Roman powiedział, że Marina zgodziła się pomóc.
Roman gwałtownie podniósł głowę.
— Oksana!
— Co? Nadal będziesz kłamał? — Jej głos zadrżał. — Wczoraj znalazłam w szafce rachunki. Pieniądze z lombardu pokryły zaliczkę dla ekipy, ale reszta zniknęła. Roman pożyczył ją koledze i nie odzyskał.
Spojrzałam na Romana.
— To dlatego miałeś taką minę, kiedy Wiktor przyszedł do szpitala.
Nie odpowiedział.
Oksana wyjęła z torebki kopertę.
— Jest tu potwierdzenie wykupu i pieniądze na naprawę szkód. Sprzedałam swoje kolczyki. Nie dlatego, że ktoś mnie zmusił. Dlatego, że to ja również brałam udział w tym milczeniu.
— Nie musiałaś sprzedawać kolczyków — powiedziałam.
— Musiałam ponieść coś własnego. Inaczej znów byłabyś jedyną osobą, która płaci.
Te słowa trafiły we mnie mocniej niż przeprosiny.
Roman podszedł do stołu.
— A co ze mną? Mam zostać bez mieszkania, bez samochodu i bez pieniędzy?
Andrij odpowiedział spokojnie:
— Samochód sprzedam ja, żeby odzyskać całość, jeśli zabraknie pieniędzy. Ale nie dam ci ani hrywny na kolejny remont.
— Jesteś moim bratem.
— Właśnie dlatego kończę to dzisiaj.
Roman uderzył dłonią w blat. Pudełko po herbacie przesunęło się o kilka centymetrów.
— Ona nastawiła cię przeciwko rodzinie!
Andrij spojrzał na mnie, potem na brata.
— Nie. To wy pokazaliście mi rodzinę taką, jaka jest.
Pojechaliśmy do właściciela mieszkania. Wiktor przejrzał faktury i podpisał z Romanem nowy harmonogram napraw. Nie było krzyków ani wielkich deklaracji. Były konkretne kwoty, terminy i nazwiska osób odpowiedzialnych za uszkodzoną instalację.
Roman musiał sprzedać samochód, ale nie po to, by odzyskać łaskę rodziny. Samochód był potrzebny do spłaty długu i pokrycia szkód. Oksana wyprowadziła dzieci do swojej siostry, dopóki mieszkanie nie stało się bezpieczne.
Galina została w szpitalu jeszcze kilka dni. Nie pojechałam tam spać przy jej łóżku. Odwiedziłam ją raz, z Sofijką, która niosła królika bez ucha.
Galina patrzyła na bransoletkę na moim nadgarstku.
— Mogę cię przeprosić? — zapytała.
— Możesz powiedzieć prawdę.
— Bałam się, że Roman wszystko straci. A potem bałam się, że jeśli przyznam, gdzie upadłam, wszyscy zobaczą, że to ja zaczęłam kłamać.
— I dlatego chciałaś, żebym leżała przy twoim łóżku?
— Chciałam, żebyś była zajęta. Żebyś nie zadawała pytań.
Sofijka położyła pluszowego królika na kocu.
Galina dotknęła jego pustego ucha.
— Nie umiem być taką babcią, jakiej potrzebujesz — powiedziała.
— Nie musisz udawać. Ale jeśli chcesz być w życiu Sofijki, zacznij od tego, że nigdy więcej nie będziesz jej uczyć kłamstwa.
Galina skinęła głową. Nie obiecała cudownej przemiany. Po raz pierwszy nie próbowała też kupić przebaczenia łzami.
Tydzień później poszłam na rozmowę do biura księgowej Melnik. Sofijka została z sąsiadką, a Andrij odprowadził mnie do autobusu. W kieszeni miałam dokumenty, w torebce bransoletkę, a na palcu ślad po długopisie, którym podpisałam umowę o pracę.
— Nie wiem, czy dam radę — powiedziałam.
— Dasz — odpowiedział Andrij. — A jeśli czegoś nie będziesz wiedzieć, nauczysz się.
— I kto będzie pilnował twojej matki?
Spojrzał na mnie bez cienia dawnego gniewu.
— Jej synowie. Albo wynajęta opiekunka. Ale nie ty, jeśli nie chcesz.
W autobusie zdjęłam bransoletkę i schowałam ją do małego pudełka. Nie dlatego, że znów chciałam ją ukrywać. Chciałam, żeby po raz pierwszy od wielu tygodni jej widok nie przypominał mi kradzieży.
Wieczorem Sofijka przyniosła z pokoju swój plastikowy kubek.
— Mamo, zobacz. Zbudowałam większą wieżę.
Postawiła ją na stole, dokładnie obok pudełka z bransoletką.
— Tym razem się nie przewróci — oznajmiła.
Popatrzyłam na królika bez ucha, na krzywo ustawione kubki i na złotą datę odbijającą światło lampy.
— To dobrze — powiedziałam. — Bo jutro mam pierwszy dzień pracy.
Sofijka położyła palec na wygrawerowanych cyfrach.
— A co to znaczy?
Przesunęłam dłonią po chłodnym metalu.
— To dzień, w którym zaczęliśmy być rodziną.
Pomyślałam o wszystkich, którzy przez lata używali tego słowa jak polecenia.
Potem zapięłam bransoletkę na nadgarstku i pozwoliłam, żeby małe pęknięte zapięcie zatrzasnęło się z cichym, pewnym kliknięciem.
Przegapiłeś początek?






