CZĘŚĆ 4 — Mąż zmienił wynik badania na moich oczach, lecz gdy córka rozcięła tort, jego uśmiech nagle zgasł

CZĘŚĆ 4

Na konto kliniki leczenia niepłodności. I płatność została wykonana z podpisem Chloe.

Przez chwilę nikt się nie poruszył.

Nawet wiatr przestał szarpać papierowymi serwetkami.

Chloe spojrzała na wydruk.

— Ja tego nie podpisywałam.

— Wiem — powiedziała Marta. — Dlatego właśnie zadzwoniła księgowa.

Spencer wyprostował się gwałtownie.

— To nie ma znaczenia.

— Ma ogromne znaczenie — odparła Marta. — Ta płatność dotyczyła dodatkowej procedury. Procedury, o której Chloe nigdy nie została poinformowana.

Poczułam, jak coś zaciska mi się w żołądku.

— Jakiej procedury?

Marta wyjęła telefon i przewinęła wiadomość.

— Pobrania i przechowywania zarodków. Spencer zlecił klinice utworzenie osobnego konta biologicznego dla materiału, który należał do Chloe.

Chloe zamrugała.

— Dlaczego miałby to zrobić?

Marta spojrzała na Spencera, ale to on odpowiedział.

— Bo chciałem mieć pewność, że jeśli coś się stanie, będziemy mogli spróbować ponownie.

— Bez mojej zgody?

— Bałaś się kolejnej próby. Nie chciałem cię naciskać.

— A jednocześnie podpisałeś się za mnie.

— To był formularz techniczny.

— Z moim nazwiskiem.

W głosie Chloe nie było już drżenia. Była w nim precyzja, która przypomniała mi ją z czasów studiów, kiedy potrafiła rozłożyć skomplikowane zadanie na kilka prostych kroków.

Spencer zaczął chodzić wzdłuż tarasu.

— Wszyscy robicie ze mnie potwora. Pracowałem po nocach. Płaciłem za leczenie. Kiedy firma zaczęła tonąć, próbowałem utrzymać wszystko przy życiu.

— Za pieniądze mojej córki — powiedziałam.

— To była nasza rodzina.

— Rodzina nie podmienia wyników badań.

— Chciałem tylko kupić sobie czas.

Marta ścisnęła dokumenty.

— Nie kupował pan czasu. Kupował pan cudze podpisy.

Spencer gwałtownie odwrócił się ku niej.

— Ty też brałaś w tym udział.

W ogrodzie znowu rozległ się szmer.

Marta pobladła.

— Przez pierwsze dwa miesiące pomagałam panu porządkować rachunki. Nie wiedziałam, że fałszuje pan dokumenty.

— Wiedziałaś, że przelewy wychodzą z konta Chloe.

— Myślałam, że ma pełnomocnictwo.

— Nie sprawdziłaś.

— Sprawdziłam. Dlatego tu jestem.

Wyjęła z torebki cienki segregator. Na jego grzbiecie widniała naklejka z datą. Otworzyła go na stronie z kopią podpisu.

— W pańskiej firmie znaleziono skan dokumentu, na którym podrobił pan podpis Chloe. Ten sam skan wysłał pan do kliniki. Kiedy to odkryłam, zażądałam wyjaśnień. Powiedział pan, że jeśli nie będę współpracować, obarczy mnie całą winą.

Spencer ruszył ku niej.

— Zamknij się.

— Dlatego zrezygnowałam i zachowałam kopie.

Chloe odsunęła się od męża. Jedną ręką zasłoniła brzuch, drugą przyciągnęła mnie do siebie.

— Czy dziecko jest bezpieczne? — zapytała.

Marta natychmiast odpowiedziała:

— Tak. Wynik z kliniki jest prawdziwy. Dziewczynka rozwija się prawidłowo. Spencer zmienił wyłącznie kopertę przeznaczoną na przyjęcie.

Chloe zamknęła oczy. Przez cztery lata bała się, że każda radość zostanie jej odebrana. Spencer wykorzystał właśnie ten lęk.

— Dlaczego różowy? — zapytała cicho.

Spencer opuścił wzrok.

— Bo wiedziałem, że zaczniesz planować pokój. Że zaczniesz myśleć o przyszłości. Chciałem, żebyś podpisała pełnomocnictwo, zanim zdążysz zadać pytania.

— Czyli chciałeś, żebym była szczęśliwa przez kilka godzin, a potem przestraszona na tyle, żeby oddać ci wszystko.

Nie zaprzeczył.

To wystarczyło.

Marta podała Chloe długopis i pustą kartkę.

— Możesz napisać odwołanie każdej zgody, której nie udzieliłaś. Klinika wstrzyma wszystkie dyspozycje, gdy tylko dostanie twój podpis i kopię dokumentów.

Chloe spojrzała na mnie.

— Mamo, dom babci…

— Jest twój — powiedziałam. — Ale nie musisz decydować dzisiaj, co z nim zrobisz.

— Właśnie dzisiaj muszę zdecydować, komu wierzę.

Odwróciła się do Spencera.

— Zabierzesz swoje rzeczy z domu przed wieczorem.

— Chloe, posłuchaj mnie.

— Słuchałam cię przez cztery lata.

— Nie możesz mnie wyrzucić. Jestem ojcem twojego dziecka.

Marta położyła na stole ostatnią kartkę.

— Biologicznie tak. Ale jeśli spróbuje pan użyć dziecka jako zabezpieczenia albo zmusić Chloe do podpisania czegokolwiek, dokumenty trafią do osób, które zajmują się takimi sprawami.

Nie powiedziała słowa „policja”. Nie musiała.

Spencer spojrzał na kartkę, potem na tort. Różowy krem nadal lśnił na ostrzu noża, absurdalnie słodki wobec wszystkiego, co właśnie wyszło na jaw.

— Myślisz, że bez pieniędzy sobie poradzisz? — zapytał Chloe.

— Poradzę sobie bez twoich kłamstw.

— Nie masz pojęcia, ile kosztuje dziecko.

— Mam. Płaciłam za każde leczenie. Ty tylko pilnowałeś rachunków.

Tym razem to ja wyjęłam z torebki kluczyk do metalowej kasetki. Przechowywałam ją w domu od śmierci mojej matki. W środku znajdował się testament, akt własności i list, którego dotąd nie pokazywałam Chloe, bo uważałam, że jej małżeństwo jest stabilne.

Położyłam dokumenty przed córką.

— Babcia przepisała ci dom bez żadnych warunków. Spencer nigdy nie miał do niego prawa.

Chloe dotknęła papieru opuszkami palców.

— Wiedziałaś?

— Wiedziałam, że dom jest twój. Nie wiedziałam, że on próbuje ci go odebrać.

W jej oczach pojawił się ból, ale nie do mnie.

Spencer patrzył na akt własności, jakby właśnie zobaczył zamkniętą drogę. Przez cały czas walczył o dom, który nawet przy uczciwej umowie nie mógł stać się jego własnością.

— Mogliśmy to naprawić — powiedział.

— Ty nie próbowałeś naprawiać — odparła Chloe. — Ty budowałeś wyjście tylko dla siebie.

Wtedy z domu dobiegł dźwięk telefonu. Marta odebrała. Słuchała długo, a potem podała aparat Chloe.

— Klinika chce z tobą rozmawiać. Zablokowali wszystkie zgody podpisane przez Spencera. I znaleźli jeszcze jeden dokument.

Chloe przyłożyła telefon do ucha.

— Jaki?

Po chwili jej twarz zmieniła się całkowicie.

— Tak, rozumiem. Nie, nie wyrażałam takiej zgody. Tak, chcę, żebyście zachowali wszystko.

Rozłączyła się.

— Co znaleźli? — spytałam.

— Formularz, w którym Spencer próbował wskazać siebie jako jedyną osobę uprawnioną do decyzji medycznych dotyczących dziecka.

Spencer pobiegł do furtki.

Nie po to, żeby odejść.

Po prostu zrozumiał, że jego plan skończył się dokładnie w chwili, w której chciał go rozpocząć.

Chloe wzięła nóż do tortu. Nie po to, by kroić kolejne kawałki. Przecięła nim dokument pełnomocnictwa na pół, a potem jeszcze raz, aż papier rozpadł się na cztery nierówne części.

— Cztery lata czekałam na tę dziewczynkę — powiedziała. — Nie pozwolę, żebyś pierwszą rzeczą, jaką odziedziczy po ojcu, były cudze kłamstwa.

Spencer stał przy furtce z pustymi rękami. Dom, pieniądze, firma i przygotowany plan zostały za jego plecami.

Marta zabrała koperty, a piekarka odsunęła od stołu talerzyki. Goście zaczęli wychodzić bez pożegnań, jakby bali się, że najmniejszy dźwięk może rozbić coś jeszcze.

Chloe nie ruszyła się z miejsca.

Położyła prawdziwe zaświadczenie z kliniki obok różowego kawałka tortu i długo na nie patrzyła.

Potem podniosła wzrok na mnie.

— Mamo, pomożesz mi urządzić pokój?

— Oczywiście.

— Nie różowy — powiedziała po chwili. — Chcę, żeby był pełen kolorów.

Uśmiechnęłam się przez łzy.

Kiedy Spencer odchodził, nikt go nie zatrzymywał. Przy furtce obejrzał się jeszcze raz na tort, pod którym ukrył swój plan.

Chloe wsunęła prawdziwą kartkę do rodzinnej książki z przepisami, dokładnie między recepturę na biszkopt a przepis na konfiturę z brzoskwiń.

Na marginesie dopisała jedno zdanie:

— Tego wyniku już nikt nam nie podmieni.

Оцените статью