CZĘŚĆ 4
…Drugie uderzenie było mocniejsze. Z półki spadła szklana figurka statku i rozbiła się o podłogę.
Tessa podbiegła do mnie, ale Marcus już klęczał przy moim wózku.
— Korytarz gospodarczy — powiedział. — Prowadzi do garażu.
— Nie mogę przejść tam sam.
— Nie powiedziałem, że sam.
Arya stała przy stole, wpatrzona w zakrwawioną dłoń. Jej telefon wciąż leżał obok teczki.
— On zabije nas wszystkich — wyszeptała.
— Dominic nie przyjechał po dokumenty — odpowiedziałem. — Przyjechał po ciebie. Dokumenty są tylko powodem, który pozwala mu udawać, że nadal kontroluje sytuację.
Spojrzała na mnie.
— Vincent…
— Podaj mi telefon.
— Po co?
— Żebyś przestała szeptać i zaczęła mówić prawdę.
Przez chwilę myślałem, że odmówi. Potem położyła aparat na moich kolanach. Ekran był poplamiony jej krwią.
— Powiedział ci, że to był wypadek? — zapytałem.
Arya przełknęła ślinę.
— Powiedział, że chciał cię tylko nastraszyć.
— A kto zorganizował kierowcę?
— Dominic.
— Kto podpisał zgodę na ograniczenie rehabilitacji?
— Ja.
To krótkie słowo miało większą wagę niż wszystkie dokumenty Marcusa.
Za drzwiami ktoś zaklął. Zamek zadrżał.
— Dlaczego? — spytałem.
Arya oparła się o stół.
— Bo powiedział, że jeśli nie sprzedamy nabrzeża, ludzie, którym jest winien pieniądze, zabiją moją siostrę. Potem zobaczyłam rachunki i uwierzyłam, że nie wrócisz do pracy. Uznałam, że… że łatwiej będzie pozwolić ci zniknąć z własnego życia.
Tessa spojrzała na nią z niedowierzaniem.
— Łatwiej dla kogo?
Arya zamknęła oczy.
— Dla mnie.
Nie krzyczałem. Gniew był zbyt ciężki, żeby zmieścić go w głosie.
— Widziałem, jak odchodzisz codziennie z tej sypialni. Myślałem, że boisz się mojego bólu.
— Bałam się, że zostanę z nim sama.
— A ja zostałem.
Drzwi pękły przy zawiasie. Marcus chwycił metalowy stojak na kroplówkę. Tessa wyjęła z szuflady alarmowy gwizdek, którego używała podczas nocnych dyżurów.
— Nie będziemy walczyć — powiedziałem. — Otwórzcie drzwi boczne do archiwum.
— To ślepy korytarz — odparł Marcus.
— Nie. Za ścianą jest stary szyb windy towarowej. Widziałem plany domu.
Tessa i Marcus przetoczyli mój wózek przez wąskie przejście. W chwili, gdy drzwi biblioteki ustąpiły, schowaliśmy się za regałem w archiwum. Dominic wszedł z dwoma mężczyznami.
— Arya! — zawołał. — Masz pięć minut.
Nie wiedział, że telefon, który trzymałem, był połączony z głośnikiem w pokoju ochrony. Marcus wcześniej przekazał kopie dokumentów kierowcy oraz zarządowi spółki. Teraz każde słowo Dominica słyszały osoby przy nabrzeżu.
Arya wyszła zza regału.
— Przyjechałeś po papiery.
— Przyjechałem po to, co mi obiecałaś.
— Nie należało do mnie.
Dominic roześmiał się krótko.
— Podpisałaś. Podpisałaś też decyzję o jego rehabilitacji. Wiesz, co to znaczy? Że nawet jeśli przeżyje, nikt mu nie uwierzy.
Poczułem, jak Tessa kładzie dłoń na moim ramieniu.
Arya wyjęła z kieszeni kartę dostępu i położyła ją na biurku.
— Właśnie dlatego już jej nie dostaniesz.
Dominic podszedł bliżej.
— Myślisz, że możesz odejść?
— Nie odchodzę — powiedziała. — Zostaję i mówię wszystko.
Jeden z mężczyzn ruszył ku niej, ale Marcus zastąpił mu drogę. W tym samym momencie z głośnika dobiegł głos starego kierowcy, pana Belliniego, który pracował przy nabrzeżu.
— Słyszeliśmy każde słowo, Dominic.
Dominic zamarł. Nie dlatego, że pojawiła się policja. Przestraszył się czegoś innego: utraty ludzi, którzy dotąd wykonywali jego polecenia. Kierowcy, księgowych i członków zarządu, którzy już znali prawdę.
— To nic nie znaczy — syknął.
— Znaczy — odpowiedziałem. — Bo sprzedaż została zablokowana. A twoje zadłużenie nie zniknie razem z moim podpisem.
Dominic rzucił się na stół. Tessa uderzyła w alarmowy gwizdek. Ostry dźwięk przeciął dom, a z podwórza odpowiedziały klaksony ciężarówek z nabrzeża. Pracownicy przyjechali nie po rozkaz Dominica, lecz po dokumenty, które Marcus wysłał im wcześniej.
Mężczyźni wycofali się. Dominic został sam.
Arya podeszła do niego z kartą dostępu.
— Chciałeś moje nazwisko do podpisów i mojego strachu do milczenia. Nie dostaniesz już żadnego.
— Zniszczę cię — syknął.
— Już próbowałeś — odpowiedziała. — Tym razem nie będę za ciebie kłamać.
Kiedy odszedł, Arya uklękła przy moim wózku. Nie dotknęła mnie.
— Nie proszę, żebyś mi wybaczył — powiedziała. — Proszę tylko, żebym mogła naprawić to, co jeszcze się da.
— Zacznij od pełnomocnictwa.
Wyjęła dokument z teczki i podarła go na cztery części. Potem podpisała nowe upoważnienie, tym razem dla mnie i dla niezależnego lekarza. Tessa dopisała nazwisko rehabilitanta, którego Arya próbowała odwołać.
— Chcę wrócić na terapię — powiedziałem.
Doktor Levin przyjechał jeszcze tej samej nocy. Przeniósł mnie na matę w sali ćwiczeń, a Tessa ustawiła przy niej metalowy drążek.
— Nie obiecuję, że pan wstanie — powiedział lekarz.
— Nie potrzebuję obietnicy.
Położyłem dłonie na drążku. Ramiona drżały, mięśnie płonęły, a nogi pozostały ciężkie i obce.
Arya czekała za szybą, bez sukni, bez makijażu i bez pierścionka. Zdjęła go wcześniej i położyła obok podartego pełnomocnictwa.
Tessa spojrzała na zegar.
— Jeszcze pięć sekund, panie Corvino.
Wcisnąłem palce w zimny metal.
Nie podniosłem się. Jeszcze nie.
Ale kiedy lekarz liczył, a Tessa poprawiała moje stopy, z portu dobiegł niski sygnał syreny. Tym razem nie oznaczał zagrożenia. Oznaczał, że pierwszy transport z nabrzeża ruszył bez podpisu Dominica.
Na moim nadgarstku zatrzymała się kropla potu, dokładnie obok pękniętego zegarka, który po sześciu miesiącach nagle ruszył.
Wskazówka przesunęła się o jedną minutę.
Przegapiłeś początek?






