CZĘŚĆ 4
…Nie zdążyłam zapytać o nic więcej, bo telefon Gleba zaczął dzwonić.
Nieznany numer.
Gleb spojrzał na ekran i od razu odrzucił połączenie. Po kilku sekundach zadzwoniło ponownie.
— Odbierz — powiedziałam.
— Nie muszę.
— Jeśli to człowiek, który zna prawdę, musisz.
Telefon zawibrował trzeci raz. Gleb odszedł kilka kroków, ale głośnik w aparacie sam się włączył, kiedy nacisnął niewłaściwy przycisk.
— Masz czas do południa — odezwał się niski głos. — Potem przywiozę Polinie kopię umowy z podpisem jej męża.
Gleb ścisnął telefon.
— Nie dzwoń do niej.
— To nie ty decydujesz.
— Zapłacę.
— Za co? Za mieszkanie, którego nie mogłeś sprzedać? Czy za milczenie o pieniądzach firmy?
Gleb pobladł jeszcze bardziej.
Połączenie się zakończyło.
Na chodniku zrobiło się zupełnie cicho. Nawet samochody przejeżdżające za blokiem wydawały się odległe.
— Jakiej firmy? — zapytałam.
— Pola…
— Jakiej firmy?
— To nie ma związku z tobą.
— Podrobiłeś mój podpis, żeby sprzedać moje mieszkanie. Od tej chwili wszystko ma ze mną związek.
Marek poprawił okulary.
— Powinna pani pojechać ze mną do biura. Mam tam pełną korespondencję i dokumenty, które zostawił pański mąż.
— Nie chcę być świadkiem waszej wojny — powiedziała Alicja.
— Już nim jesteś — odparłam. — I ty o tym wiesz.
Alicja spuściła wzrok.
Pojechaliśmy do biura Marka. Mieściło się nad sklepem z farbami, a schody pachniały terpentyną. Była jedenasta czterdzieści. Na jego biurku leżały trzy segregatory, kubek z zimną herbatą i koperta z moim imieniem.
— Nie otwierałem jej — powiedział Marek. — Czekałem na panią.
W środku znalazłam kopię umowy pożyczki. Gleb podpisał ją dwa lata wcześniej jako członek zarządu firmy, w której pracował. Pożyczył pieniądze na zakup drogich urządzeń, ale urządzenia nigdy nie trafiły do magazynu.
Pieniądze poszły na konto pośrednika, a stamtąd na konto Alicji.
Spojrzałam na nią.
— Wiedziałaś?
— Wiedziałam, że dostał pieniądze. Powiedział, że to premia i że chce kupić mi mieszkanie. Nie wiedziałam, że ukradł je z firmy.
Gleb opadł na krzesło.
— Nie ukradłem.
Marek wyjął kolejny dokument.
— Tu jest faktura za urządzenia. A tu potwierdzenie, że tego samego dnia kupił samochód dla Alicji.
Alicja zakryła usta dłonią.
— Powiedziałeś, że to oszczędności.
— Musiałem cię zatrzymać przy sobie.
— Nie, Gleb. Chciałeś kupić sobie życie, na które nie zapracowałeś.
To zdanie trafiło w niego mocniej niż krzyk.
Przez chwilę patrzyłam na dokumenty i czułam, jak dziewięć lat małżeństwa rozpada się nie w jednym wielkim huku, ale kartka po kartce.
— Dlaczego? — zapytałam.
Gleb położył dłonie na kolanach.
— Bo firma miała upaść. Straciłem pieniądze na inwestycjach. Potem pojawiły się długi. Myślałem, że szybko odrobię. A kiedy nie odrobiłem, bałem się, że wszyscy zobaczą, kim jestem.
— Więc chciałeś sprzedać moje mieszkanie.
— Chciałem kupić czas.
— Czas dla siebie.
— Dla nas.
— Nie mów „dla nas”. Nie wtedy, kiedy wszystko robiłeś za moimi plecami.
Wstał.
— Myślisz, że łatwo było patrzeć, jak ty masz zabezpieczenie po ojcu, a ja codziennie udaję, że wszystko kontroluję?
— Nie miałeś prawa zamieniać mojego bezpieczeństwa w ratę własnego długu.
— Byłaś moją żoną!
— Byłam twoją żoną, nie twoim majątkiem.
Marek odsunął od siebie dokumenty.
— Pani Polino, jeśli chce pani odzyskać mieszkanie i uniknąć sprzedaży, trzeba natychmiast powiadomić bank oraz firmę Gleba. Nie będę pani mówił, co ma pani robić, ale czas pracuje przeciwko pani.
— Zawiadomię ich sama.
Gleb spojrzał na mnie z niedowierzaniem.
— Chcesz mnie zniszczyć?
— Nie. Chcę zatrzymać to, co próbowałeś mi odebrać.
— Jeśli powiesz firmie, będę skończony.
— Już byłeś skończony, kiedy złożyłeś fałszywy podpis.
Alicja zdjęła z szyi cienki złoty łańcuszek. Zawieszka uderzyła o blat.
— Oddaję ci samochód — powiedziała do Gleba. — I wszystkie pieniądze, które od ciebie dostałam. Sprzedam biżuterię, jeśli trzeba. Ale nie będę częścią tego kłamstwa.
Gleb spojrzał na nią z pustką, której nie widziałam nigdy wcześniej.
— Nie masz dokąd pójść.
— Mam. Do prawdy.
Wyszła, zostawiając łańcuszek na stole.
Pojechałam z Markiem do banku, potem do siedziby firmy. Każdy podpis, każda kopia i każda rozmowa kosztowały mnie kawałek dawnej ufności. Nie było wielkiej sceny ani szybkiego zwycięstwa. Były formularze, pytania i długie spojrzenia ludzi, którzy nagle zaczęli rozumieć, że to nie rodzinne nieporozumienie.
Wieczorem wróciłam do mieszkania z matką i Ksenią. Na stole w kuchni wciąż stała nieotwarta dawno temu puszka herbaty. Wyrzuciłam ją do śmieci.
Gleb przyszedł następnego dnia po rzeczy. Nie zabrał wielu. Kilka koszul, ładowarkę, książkę o naprawie motocykli i fotografię Ewy z pierwszego dnia szkoły.
— Mogę ją zatrzymać? — zapytał.
— To zdjęcie twojej córki. Nie musisz pytać.
— A ty? Co ze mną będzie?
— Tego nie wiem.
— Pola, ja naprawdę cię kochałem.
— Być może. Ale miłość, która potrzebuje mojego podpisu bez mojej zgody, jest tylko kolejną formą przemocy.
Opuścił głowę.
Nie błagał. Nie obiecywał. Może po raz pierwszy zrozumiał, że nie chodziło o to, czy zostanę, tylko o to, co zrobił, kiedy był pewien, że zostanę na zawsze.
Sprawa firmy zakończyła się ugodą. Gleb musiał sprzedać samochód, oddać wszystkie pieniądze i zrezygnować ze stanowiska. Nie trafił do więzienia, bo firma przyjęła zwrot części środków, a resztę miał spłacać przez lata. Mieszkanie zostało przy mnie. Małżeństwo nie.
Alicja przeniosła się do siostry i rzeczywiście oddała pieniądze. Nie zostałyśmy przyjaciółkami, ale któregoś dnia przyszła pod drzwi z kopią pierwszej umowy.
— Chciałam, żebyś miała wszystko — powiedziała.
— Już mam.
— Nie. Masz teraz dowód.
Wzięłam od niej dokument.
Ostatni raz widziałam Gleba trzy tygodnie później w biurze Marka. Przyszedł podpisać oświadczenie, że nie ma żadnych praw do mieszkania. Długopis drżał mu w palcach. Na papierze jego podpis wyglądał mały i bezbronny.
Kiedy skończył, Marek przesunął dokument w moją stronę.
— Proszę sprawdzić.
Przeczytałam każdą linijkę. Potem złożyłam kartkę i schowałam ją do szkatułki po ojcu.
Gleb stał przy stole.
— Twój ojciec mnie nienawidził? — zapytał.
— Nie. Po prostu znał wartość rzeczy, które zostawia się komuś na całe życie.
— A ty? Co zostawisz mnie?
Popatrzyłam na jego dłonie, na srebrny zegarek i na kciuk, który nie miał już czego udawać.
— Prawdę o tym, co zrobiłeś.
Nie odpowiedział.
W sobotę odebrałam Ewę od matki. Córka wbiegła do mieszkania z papierową torbą pełną rysunków.
— Mamo, zrobiłam dla ciebie plan kuchni! Tutaj będzie stół, tutaj kwiaty, a tutaj półka na eklerki.
— Na eklerki?
— Tak. Tata zawsze mówił, że to jego miejsce.
Spojrzałam na puste krzesło przy kuchennym stole.
— To miejsce jest wolne — powiedziałam. — Możemy zdecydować, co z nim zrobić.
Ewa położyła rysunek obok starej drewnianej szkatułki. Potem wyjęła z torby papierową tabliczkę i przyczepiła ją taśmą do półki.
Napisała krzywymi literami: „DLA TYCH, KTÓRZY MÓWIĄ PRAWDĘ”.
Przeczytałam napis, a potem poprawiłam tylko jedną literę.
— Dlaczego to zmieniasz? — spytała Ewa.
— Bo ta półka będzie dla tych, którzy nie boją się jej przynieść.
I postawiłam na niej kopertę z własnym nazwiskiem, dokładnie tam, gdzie kiedyś Gleb próbował ukryć mój podpis.
Przegapiłeś początek?






