CZĘŚĆ 4
— Ile? — zapytałam.
— Sto osiemdziesiąt tysięcy złotych.
W prywatnej sali zrobiło się duszno, choć klimatyzacja pracowała nad naszymi głowami. Srebrny sygnet pana Szymona stuknął o blat, gdy położył dłoń na kopercie.
Matka usiadła.
Nie na krześle przygotowanym dla solenizantki. Na tym najbliższym ściany, jakby nagle potrzebowała czegoś, o co mogłaby oprzeć plecy.
— Te pieniądze są na rachunku zabezpieczającym — powiedział Dariusz, próbując odzyskać pewność siebie. — Transakcja nie została zakończona.
— Ale pieniądze wpłynęły — odparłam.
— Jako zadatek. Zostaną zwrócone po wyjaśnieniu sprawy.
— Nie panu o tym decydować.
Dariusz zacisnął szczękę.
— Proszę nie robić sceny.
— To nie ja przyniosłam do restauracji cudze mieszkanie.
Roman ruszył do drzwi, lecz pan Szymon zastąpił mu drogę.
— Nigdzie pan nie idzie z tą teczką.
— Nie ma pan prawa mnie zatrzymywać.
— Nie zatrzymuję. Proszę tylko nie wynosić dokumentów, które należą do tej pani.
Roman spojrzał na matkę.
— Elżbieta, powiedz im, że Klara się zgodziła.
Matka podniosła wzrok.
— Powiedz im.
Nie wiedziałam, do którego z nich mówiła.
Roman podszedł bliżej. Pachniał papierosami i miętowymi cukierkami, dokładnie tak jak w dzieciństwie, kiedy przychodził pożyczać pieniądze od babci.
— Klara, nie chciałem cię skrzywdzić — powiedział. — Tylko potrzebowałem czasu. Jeden podpis i wszyscy mieliby spokój.
— Wszyscy oprócz mnie.
— Przecież miałabyś gdzie mieszkać.
— Gdzie?
Nie odpowiedział.
Wtedy zrozumiałam coś jeszcze. Przez ostatnie miesiące matka nie namawiała mnie do sprzedaży mieszkania dlatego, że rodzina była w trudnej sytuacji. Ona już obiecała je komuś innemu. Zadatek został przyjęty, lista udziałów przygotowana, a moje „nie” potraktowano jak przeszkodę techniczną.
Dariusz odchrząknął.
— Pani Klara, mój ojciec nie wiedział, że sytuacja wygląda w ten sposób.
— Pana ojciec przelał pieniądze bez mojego podpisu.
— Zrobił to na podstawie zapewnień pani matki i pańskiego wuja.
— To nie jest usprawiedliwienie.
— Nie. Ale może być dowodem, że nie wszyscy tutaj chcieli panią oszukać.
Wskazał na telefon, który wciąż trzymałam przy uchu. Tomasz nadal był na linii.
— Mój ojciec ma sześćdziesiąt dwa lata — powiedział młody mężczyzna. — Ufał ludziom, których znał od dawna. Kiedy zrozumiał, że nie ma pani zgody, wstrzymał wypłatę dla odbiorcy. Pieniądze są jeszcze do odzyskania.
— Dziękuję — odpowiedziałam. — Ale chcę to mieć na piśmie.
— Będzie pani miała. I chcę pani powiedzieć jeszcze jedno. Wczoraj znalazłem w dokumentach kopię pani podpisu. To nie jest pani podpis. Mój ojciec też to zauważył.
Matka zakryła usta.
— Klara…
— Kto go podrobił?
Wszyscy spojrzeli na Romana.
Roman cofnął się do stołu. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który naprawdę nie rozumie, dlaczego wszyscy patrzą właśnie na niego.
— To był tylko wzór — wyszeptał. — Matka dała mi stare dokumenty. Chciałem przygotować papiery, żeby nie tracić czasu.
— Przygotować cudzy podpis?
— Nie podpisałem za ciebie! — krzyknął. — Jeszcze nie!
Słowo „jeszcze” zawisło nad stołem.
Irena zaczęła płakać. Dariusz zamknął teczkę. Pan Szymon wyciągnął telefon i powiedział, że musi wezwać notariusza, który sporządził kopię, oraz zabezpieczyć wszystkie dokumenty.
Nie chciałam, żeby sprawa skończyła się krzykiem na środku restauracji. Chciałam, żeby każdy z nich zobaczył dokładnie to, co zrobili.
Wyjęłam z torby kartkę, którą znalazłam w teczce.
— To jest lista rodzinnych udziałów w moim mieszkaniu — powiedziałam. — Roman miał dostać czterdzieści tysięcy. Wujek Marek dwadzieścia. Ciotka Irena piętnaście. Mamo, ty miałaś dostać najwięcej.
Irena otarła oczy.
— Ja nie wiedziałam, że to będzie twoje mieszkanie.
— Wiedziałaś, że chodzi o moje mieszkanie. Sama powiedziałaś dziś rano: „To miał być tylko jeden podpis”.
— Myślałam, że ty się zgodziłaś.
— Bo moja matka ci tak powiedziała.
Irena odwróciła się do Elżbiety.
— Mówiłaś, że Klara chce pomóc Romanowi. Mówiłaś, że wszystko z nią ustaliłaś.
Matka wstała powoli.
— Nie miałam wyboru.
— Miałaś — odpowiedziałam. — Mogłaś powiedzieć Romanowi, żeby sprzedał warsztat. Mogłaś powiedzieć prawdę ludziom, od których pożyczył pieniądze. Mogłaś poprosić mnie o pomoc. Zamiast tego urządziłaś kolację, na której dwudziestu krewnych miało patrzeć, jak podpisuję oddanie jedynego majątku po babci.
Matka spojrzała na mnie z czymś, co przypominało złość, ale pod nią kryło się zmęczenie.
— Twoja babcia wybrała ciebie, bo zawsze uważała, że jesteś silniejsza od nas.
— Nie po to, żebyś mogła mnie wykorzystać.
— Roman jest twoim wujem.
— A ja jestem twoją córką. Mimo to nie uznałaś za konieczne zapytać mnie o zgodę.
Roman nagle uklęknął przy krześle matki.
— Elżbieta, powiedz coś. Oni chcą mnie zniszczyć.
Matka patrzyła na niego długo. Potem zdjęła z szyi cienki łańcuszek z małym mosiężnym medalikiem, który nosiła od śmierci babci, i położyła go na stole.
— To był ostatni przedmiot, który dała mi matka — powiedziała. — Obiecałam jej, że będę pilnować Klary.
Roman chwycił ją za rękaw.
— Nie możesz mnie zostawić.
— Już cię zostawiłam — odparła. — W chwili, kiedy kazałam córce podpisać coś, czego nie widziała.
To był nieoczekiwany cios. Nie dlatego, że matka nagle stała się niewinna. Nie była. Przez wiele tygodni kłamała, naciskała i pozwalała innym liczyć pieniądze z mojego mieszkania. Ale po raz pierwszy wybrała odpowiedzialność zamiast brata.
Wyjęła telefon i zadzwoniła do banku. Przy wszystkich poprosiła o natychmiastową blokadę rachunku, na który wpłynął zadatek. Potem przekazała mi numer potwierdzenia.
— To nie naprawi tego, co zrobiłam — powiedziała.
— Nie.
— Wiem.
Dariusz podał mi wizytówkę i obiecał przesłać potwierdzenie wycofania transakcji. Pan Szymon spisał, kto przyniósł dokumenty i kiedy. Irena zgodziła się zeznać, że matka planowała zmusić mnie do podpisu przy całej rodzinie.
Roman nie dostał ani złotówki.
Nie dlatego, że ktoś wygłosił wielką mowę. Po prostu żadna z osób, które miały otrzymać pieniądze, nie chciała już podpisać listy „udziałów”. Każdy zrozumiał, że pieniądze z mojego mieszkania nie były rodzinną pomocą, tylko cudzym planem ubranym w słowo „obowiązek”.
O dziewiątej rano zadzwoniła pani Helena z noclegowni.
— Klara, ludzie pytają, czy została jeszcze ta kawa z tortu — powiedziała. — Jeden pan powiedział, że dawno nie jadł czegoś, co pachniało świętem.
Spojrzałam na matkę. Siedziała przy stole, obok koperty z anulowaną rezerwacją. Przed nią leżał kawałek ciasta, który przyniosłam z domu.
— Niech pani Helena podzieli wszystko — odpowiedziałam. — A matce proszę zostawić jeden kawałek.
— Tobie też?
— Ja zjem później.
Rozłączyłam się.
Matka dotknęła widelca, ale go nie podniosła.
— Nie zasługuję na ten kawałek — powiedziała.
— To nie nagroda. To jedzenie.
— Czy jeszcze kiedyś mi zaufasz?
Przez moment chciałam powiedzieć „nie”. Byłoby łatwiej. Jedno słowo zamknęłoby rozmowę i zostawiło mnie bez obowiązku zastanawiania się, co dalej.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale wiem, że od dziś każdą kartkę dotyczącą mojego mieszkania przeczytam sama.
Matka skinęła głową.
— To uczciwe.
Przed południem wróciłam do domu po resztę dokumentów. Na stole wciąż stał pusty półmisek po pieczeni. W jego ceramicznym dnie została tylko gałązka rozmarynu, przyklejona do tłuszczu.
Zabrałam ją do kosza, a potem otworzyłam komputer. Usunęłam rodzinny dostęp do rachunku, zmieniłam hasło i zapisałam numer anulowanej rezerwacji w osobnym folderze. Nie jako pamiątkę.
Jako dowód chwili, w której wszyscy byli pewni, że przyjadę, usiądę i podpiszę.
Wieczorem matka przysłała mi zdjęcie pustego talerza z restauracji. Bez wiadomości. Bez prośby.
Nie odpisałam.
Po chwili przyszło drugie zdjęcie. Tym razem przedstawiało kawałek mojego tortu na plastikowym talerzyku w noclegowni. Obok stała mała karteczka z krzywym napisem: „Dziękuję za urodziny, których nie znałem”.
Matka dopisała tylko jedno zdanie:
„Tego dnia zrozumiałam, komu naprawdę zabierałam święto”.
Patrzyłam na fotografię długo. Nie wybaczyłam jej wtedy. Wybaczenie nie mogło zastąpić podpisów, pieniędzy ani zaufania.
Ale następnego ranka pojechałam z nią do banku, żeby wspólnie zablokować każdy rachunek związany z tamtą transakcją. Nie siedziałyśmy obok siebie. Nie rozmawiałyśmy o przeszłości.
Kiedy urzędniczka podała mi potwierdzenie, matka wskazała na numer rezerwacji zapisany na marginesie.
— To od tego wszystko się zaczęło — powiedziała.
— Nie — odpowiedziałam. — Zaczęło się dużo wcześniej.
Za szybą banku przejechał autobus, a w kieszeni płaszcza zabrzęczał mój telefon. Pani Helena przysłała wiadomość: „Wszyscy pytają, kiedy następna uczta”.
Uśmiechnęłam się pierwszy raz od tamtego wieczoru.
Odpisałam: „Wtedy, kiedy każdy będzie wiedział, po co przyszedł”.
Przegapiłeś początek?






