CZĘŚĆ 4
— Nie odbieraj — powiedział Igor.
Walentyna popatrzyła na niego przez kilka sekund, potem nacisnęła zieloną ikonę.
— Słucham?
Wszyscy milczeli. Ciotka Nina stała w korytarzu z dłonią przy ustach, a Oksana trzymała teczkę tak mocno, że pobielały jej knykcie.
— Tak, jestem Walentyna Siergiejewna — powiedziała do telefonu. — Nie, nie zatwierdzałam żadnego przelewu. Proszę natychmiast zablokować dyspozycję.
Igor ruszył ku niej.
— Mamo, oddaj telefon.
— Ani kroku.
Zatrzymał się.
To nie był krzyk. Właśnie dlatego zabrzmiało mocniej.
Walentyna odsunęła aparat od ucha.
— Kto próbował wypłacić pieniądze?
Słuchała jeszcze chwilę, a potem rozłączyła się i położyła telefon na stole.
— Pełnomocnictwo zostało złożone dzisiaj o siedemnastej czterdzieści osiem — powiedziała. — Z twojego numeru telefonu.
Igor zacisnął szczękę.
— To pomyłka banku.
— Bank ma kopię twojego dowodu i podpis.
Oksana otworzyła teczkę.
— To nie pomyłka. Widziałam formularz rano. Przesłał go z adresu poczty firmowej.
Igor spojrzał na nią z nienawiścią.
— Ty mnie śledziłaś?
— Nie. Ty zostawiałeś ślady wszędzie, gdzie sięgałeś po cudze pieniądze.
Słowa uderzyły we mnie z opóźnieniem. Mieszkanie. Oszczędności. Podpis. Dom Walentyny. Przez lata widziałam pojedyncze pęknięcia, ale dopiero teraz złożyły się w jeden obraz: Igor nie próbował ratować rodziny. Próbował kupić sobie jeszcze trochę czasu.
Walentyna odwróciła się do mnie.
— Marina, dlaczego niczego nie powiedziałaś wcześniej?
Zaśmiałam się cicho, bez radości.
— Bo za każdym razem, kiedy próbowałam, mówił, że jestem niewdzięczna. Potem przepraszał. Następnego dnia przelewał kolejne pieniądze.
Igor podszedł do stołu.
— Przestań robić ze mnie potwora. Miałem kłopoty.
— Kłopoty nie podpisują za żonę dokumentów — odpowiedziałam.
— Chciałem to naprawić.
— Urządzając matce jubileusz za pieniądze, których nie miałeś?
— Chciałem, żeby wszyscy zobaczyli, że nadal sobie radzę.
Walentyna spojrzała na pusty tortowy talerz.
— Chciałeś, żebym oddała ci dom, bo bałeś się, że ludzie zobaczą, kim jesteś.
Igor zaczerpnął powietrza.
— Mamo, ja nie miałem wyboru.
— Miałeś. Wybrałeś kłamstwo.
Telefon na stole zadzwonił ponownie. Tym razem numer był nieznany. Igor rzucił się ku aparatowi, lecz ja go uprzedziłam. Oksana położyła na mojej dłoni swoją teczkę.
— Odbierz na głośniku — powiedziała.
— Kto mówi? — spytałam.
— Roman Gajda. Jeśli Marina jest przy tobie, przekaż jej, że jutro rano przyjadę po zabezpieczenie.
Igor zbladł.
— Nie ma prawa dzwonić do niej.
— Ma — odpowiedział głos w telefonie. — To jej mieszkanie, jej podpis i jej pieniądze.
— Roman, powiedziałem ci, że załatwię sprawę.
— Mówiłeś tak przez osiemnaście miesięcy. Dziś dostałem wiadomość z banku, że nie masz już dostępu do rachunku. Jeśli do poniedziałku nie oddasz długu, ujawnię wszystko.
— Nie waż się!
— Już się odważyłem.
Połączenie zostało przerwane.
Igor stał nieruchomo, jakby ktoś nagle wyjął z niego całą siłę. Ja natomiast poczułam coś trudnego do nazwania. Nie triumf. Raczej ciężar, który przez lata nosiłam sama, a który wreszcie leżał na stole między nami.
— Co dokładnie mu jesteś winien? — spytałam.
— To nie twoja sprawa.
— Osiemnaście miesięcy spłacałeś dług naszymi pieniędzmi. To moja sprawa.
Oksana wsunęła przede mnie kopię rachunku.
— Łącznie dwieście osiemdziesiąt tysięcy złotych.
Ciotka Nina zachwiała się i usiadła.
— Boże, Igor…
Walentyna nie płakała. Zdjęła tylko perłowe kolczyki i położyła je obok dokumentów.
— Sprzedam biżuterię — powiedziała.
— Nie — przerwałam.
Spojrzała na mnie.
— Marina, to może pokryć część długu.
— Nie chcę twoich pereł. Chcę, żebyś podpisała coś innego.
Wyjęłam z teczki przygotowany formularz. Od trzech miesięcy współpracowałam z doradcą finansowym, który pomagał mi zabezpieczyć resztę majątku. Nie mówiłam o tym Igorowi. Znalazłam też osobne konto, na które odkładałam każdą złotówkę z własnych zleceń. Nie było wiele, ale wystarczyło, by opłacić kancelarię i pierwszą ratę bankową.
Walentyna przeczytała dokument.
— Chcesz unieważnić jego pełnomocnictwo, a potem sprzedać mieszkanie?
— Nie. Chcę zachować mieszkanie i sprzedać jego udział w firmie.
Igor podniósł głowę.
— Nie możesz.
— Mogę. Od sześciu lat prowadzę księgowość tej firmy. Wszystkie faktury, umowy i rozliczenia przechodzą przez moje konto zawodowe. Zgodnie z umową mam udział, którego nigdy mi nie wypłaciłeś.
Oksana wyjęła jeszcze jeden papier.
— Potwierdzam. Marina wykonywała pracę wspólnika, choć Igor przedstawiał ją jako sekretarkę.
— To była moja firma! — krzyknął.
— Zbudowaliśmy ją razem — powiedziałam. — Ty miałeś nazwisko na szyldzie, ja znałam każdą liczbę pod nim.
Igor uderzył pięścią w stół. Otwieracz w kształcie jaskółki przesunął się po blacie i spadł na podłogę.
Tym razem nikt nie drgnął.
Walentyna podniosła go, obróciła w palcach i spojrzała na syna.
— Miałeś dziś świętować moje urodziny.
— Mamo, proszę…
— A urządziłeś aukcję wszystkiego, co należało do innych.
To zdanie złamało w nim coś bardziej niż krzyk. Usiadł na krześle, na którym wcześniej miała siedzieć jego babcia. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, który nagle zobaczył rachunek za własne życie.
Nie współczułam mu. Ale też nie czułam satysfakcji.
W poniedziałek kancelaria złożyła w banku dokumenty dotyczące podrobionego podpisu i zablokowała wszelkie dyspozycje Igora. Nie było wielkiego widowiska. Żadnych krzyków na korytarzu, żadnych tłumów. Były za to faktury, zeznania Oksany, wiadomość od Romana i podpis Walentyny pod odwołaniem pełnomocnictwa.
Igor stracił firmę, którą chciał ocalić kosztem wszystkich. Sprzedał samochód, oddał część długu i zamieszkał w wynajętym pokoju nad warsztatem. Walentyna nie przekazała mu domu. Nie wydziedziczyła go, ale odmówiła każdej kolejnej pożyczki.
— Jeśli chcesz wrócić do rodziny — powiedziała mu kiedyś przy stole — zacznij od oddania dokumentów, nie od składania obietnic.
Oddał je.
Nie wróciliśmy do siebie. Igor napisał do mnie tylko raz, prosząc o spotkanie. Zgodziłam się, ale w obecności Oksany i doradcy. Przyniósł segregator z brakującymi umowami oraz listę osób, którym był winien pieniądze.
— To wszystko? — spytałam.
— Nie — odpowiedział. — Ale to początek.
Nie powiedziałam, że mu wybaczam. Nie powiedziałam, że go nienawidzę.
Zaczęłam odzyskiwać pieniądze z firmy, krok po kroku. Oksana została moją wspólniczką. Walentyna przychodziła do biura w każdą środę, przynosiła kanapki i sprawdzała, czy nie pracuję po nocach. Jej jubileusz odbył się dwa tygodnie później, w małej sali nad piekarnią.
Tym razem nie było białych obrusów ani wynajętego zespołu. Były domowe pierogi, trzy torty od sąsiadki i kieliszki pożyczone od ciotki Niny.
Walentyna wstała przed kolacją.
— Chciałam uczcić liczbę lat — powiedziała. — Ale Marina przypomniała mi, że czasem trzeba uczcić dzień, w którym człowiek przestaje udawać.
Spojrzała na mnie.
— Dziękuję, że nie pozwoliłaś mu sprzedać także mojego milczenia.
Na stole leżał metalowy otwieracz w kształcie jaskółki. Naprawiłam jego wygięte skrzydło i oddałam go Walentynie.
— To twoje.
Pokręciła głową.
— Nie. Zostaw go u siebie. Przypomina, że nawet najcięższe drzwi mają jakiś mechanizm.
Schowałam jaskółkę do kieszeni fartucha, tego samego, który miałam na sobie podczas tamtego krzyku. Potem podniosłam nóż i pokroiłam tort.
Pierwszy kawałek podałam Oksanie.
Drugi Walentynie.
Trzeci zostawiłam na pustym talerzu po drugiej stronie stołu, nie dla Igora, lecz dla kobiety, którą byłam, kiedy jeszcze wierzyłam, że cudze kłamstwa są moim obowiązkiem.
Walentyna spojrzała na ten talerz i zapytała cicho:
— A dla niego?
Odłożyłam nóż.
— Dla niego jest rachunek.
Jaskółka w mojej kieszeni zabrzęczała, gdy podawałam następny kawałek tortu.
Przegapiłeś początek?






