CZĘŚĆ 4
…Przez chwilę nikt się nie poruszył.
Potem Adrian rzucił telefon na stolik i pobiegł korytarzem.
— Co się stało? — zawołałam.
Nie odpowiedział. Marco już był przy nim.
— Adrian, zaczekaj!
Pobiegłam za nimi, choć lekarz próbował mnie zatrzymać. Każdy krok ściskał mi brzuch, ale strach był silniejszy od bólu. Korytarz oddziału noworodkowego znajdował się dwa piętra niżej. Pachniało tam środkiem dezynfekującym i podgrzewanym mlekiem.
Przy stanowisku pielęgniarek stał dyrektor szpitala, niski mężczyzna o czerwonej twarzy. Obok niego siedziała młoda kobieta w szarym uniformie. Trzymała na kolanach metalową kasetkę.
— Gdzie jest dziecko? — spytał Adrian.
Dyrektor zamrugał.
— Nie ma żadnego porwanego dziecka. Pański telefon źle przekazał rozmowę.
Adrian spojrzał na ekran.
— Powiedział pan, że ktoś zabrał dziecko z sali.
— Powiedziałem, że ktoś zabrał dokumenty z sali noworodków. Dzieci są bezpieczne.
Poczułam, jak nogi miękną mi z ulgi.
Marco zaklął pod nosem.
— To była pułapka — powiedział.
Kobieta z metalową kasetką podniosła wzrok.
— Nie pułapka. Próba sprawdzenia, czy Adrian opuści oddział.
Marta podeszła do niej i natychmiast ją rozpoznała.
— Lidia?
— Pracuję tu jako archiwistka — odpowiedziała kobieta. — Pańska matka prosiła mnie, żebym przechowywała kopię testamentu pańskiego ojca. Powiedziała, że jeśli kiedykolwiek pojawi się pani Klara, mam przekazać ją właśnie jej.
Adrian cofnął się.
— Moja matka nie żyje.
— Wiem. Zostawiła instrukcje przed operacją.
Lidia otworzyła kasetkę. W środku leżała cienka koperta z pieczęcią kancelarii oraz mały mosiężny klucz.
Vanessa nie zdążyła zniszczyć wszystkiego.
Przeniosła tylko tę część dokumentów, która pozwalała jej szantażować Adriana. Oryginał testamentu od lat był poza domem Morettich, ukryty w szpitalnym archiwum, bo jego treść mogła zrujnować nie tylko Vanessę, ale również samego Adriana.
— Co jest w testamencie? — spytałam.
Lidia podała mi kopertę.
Adrian wyciągnął rękę, lecz zatrzymał ją w połowie.
— Otwórz ją, Klara.
— Dlaczego ja?
— Bo moja matka chciała, żebyś zrobiła to ty.
Rozdarłam pieczęć.
Pierwsza strona była krótka. Mój wzrok zatrzymał się na jednym zdaniu: „Jeśli mój syn rozwiedzie się z Klarą Bennett pod wpływem fałszywych dowodów, pakiet kontrolny nie przechodzi na fundację, lecz zostaje powierzony osobie, którą skrzywdził”.
Pod spodem widniał podpis matki Adriana.
Adrian oparł dłoń o ścianę.
— Ona wiedziała.
— Wiedziała, że Vanessa będzie próbowała przejąć firmę — wyjaśniła Lidia. — Nie wiedziała tylko, czy ty jej na to pozwolisz.
W kopercie znajdował się także list.
Czytałam go na głos, a każde zdanie odbijało się od białych ścian.
„Klara, jeśli trzymasz ten list, mój syn zawiódł cię w najważniejszej chwili. Nie każę ci go ratować. Proszę tylko, żebyś nie pozwoliła, by jego błąd oddał firmę w ręce kobiety, która od lat niszczy ludzi, żeby posiąść ich nazwiska”.
Adrian spuścił głowę.
— Moja matka prosiła ciebie, nie mnie.
— Bo wiedziała, że ty będziesz chciał naprawić wszystko pieniędzmi — odpowiedziałam.
— A czego chcesz ty?
To pytanie było trudniejsze niż wszystkie poprzednie.
Chciałam, żeby poczuł dokładnie ten sam lęk, który nosiłam sama przez dziewięć tygodni. Chciałam, żeby zrozumiał, że rozwód nie był eleganckim zakończeniem, tylko raną, z którą chodziłam do lekarza, płaciłam rachunki i zasypiałam bez odpowiedzi.
Ale pod płaszczem poruszyło się dziecko.
— Chcę, żebyś przestał podpisywać życie innych ludzi za nich — powiedziałam. — Nie będziesz decydował o mnie ani o naszym dziecku, dopóki nie nauczysz się pytać.
Adrian skinął głową.
— A firma?
— Nie chcę jej.
Marco aż się wyprostował.
— Klara, to pakiet kontrolny wart setki milionów.
— Wiem. Dlatego go nie wezmę dla siebie.
Spojrzałam na dokument.
— Utwórz fundusz dla dzieci pracowników Moretti. Nie rodzinny. Nie pod twoim nazwiskiem. Niezależny. Ja będę miała prawo weta przez pięć lat, tylko w sprawach dotyczących pieniędzy i zarządu. Potem wszystko przejdzie na zarząd wybrany przez pracowników.
Adrian patrzył na mnie długo.
— A ja?
— Będziesz pracował za pensję. Bez prywatnych udziałów i bez możliwości przekazania firmy Vanessie.
— Zgadzasz się mnie całkowicie usunąć?
— Nie. Zgadzam się przestać cię osłaniać.
Tym razem nie zaprzeczył.
Vanessa pojawiła się na końcu korytarza. Lekarz próbował ją zatrzymać, ale wyrwała mu rękę.
— Nie możesz tego zrobić, Adrian! Bez ciebie firma upadnie!
— Nie — odpowiedział. — Upadnie, jeśli będzie oparta na kłamstwie.
— Kochasz ją? Po tym wszystkim?
Adrian spojrzał na mnie, ale nie zrobił kroku w moją stronę.
— Nie wiem, czy Klara jeszcze pozwoli mi być blisko. Wiem tylko, że ty nie zniszczyłaś mojego małżeństwa. Ja je oddałem w cudze ręce.
Vanessa roześmiała się nerwowo.
— Myślisz, że to koniec? Mam kopie wszystkich umów.
— Nie masz — powiedział Marco.
Podał jej wydruk.
— Bank unieważnił pełnomocnictwa. A twoje spółki zostały zamrożone przez własnych wspólników, kiedy zobaczyli dokumenty Marty.
Vanessa spojrzała na kartkę. Jej pierścionek z czarnym opalem zsunął się z palca i potoczył po podłodze.
Nie schyliła się po niego.
Lekarz zabrał ją do gabinetu, a Adrian został przy mnie.
— Czy mogę pojechać z tobą na następne badanie? — spytał.
— Możesz zapytać.
— Pytam teraz.
Przez chwilę słyszałam tylko miękkie szuranie kół wózka i odległy sygnał aparatury.
— Usiądź w poczekalni — powiedziałam. — Jeśli lekarz się zgodzi, wejdziesz. Jeśli nie, nie będziesz się kłócił.
— Dobrze.
— I nie mów nikomu o ciąży, dopóki sama nie zdecyduję.
— Dobrze.
— Nie nazywaj tego drugą szansą.
Adrian przełknął ślinę.
— Czym mam to nazywać?
— Pierwszą odpowiedzialnością.
Usiadł pod ścianą, bez telefonu, bez asystenta i bez tego chłodnego wyrazu twarzy, który przez lata zastępował mu odwagę.
Marta podeszła do mnie i oddała mi mosiężny klucz z kasetki.
— To też było dla pani.
— Co otwiera?
— Szafkę w archiwum. Jest tam list od matki Adriana, którego nie zdążyła wysłać.
Spojrzałam na klucz, a potem na kobietę.
— Nie chcę już żadnych tajemnic.
— Ten list nie jest tajemnicą — odpowiedziała Marta. — To wybór.
Później, w gabinecie, lekarz przesunął głowicę aparatu po moim brzuchu. Na monitorze pojawił się szybko bijący punkt.
Adrian stał przy ścianie i patrzył, jakby ktoś po raz pierwszy pokazał mu coś, czego nie dało się kupić ani zabezpieczyć podpisem.
— Słychać serce? — spytał.
— Tak — odpowiedział lekarz.
Adrian zacisnął dłonie.
— Mogę?
Lekarz skinął głową i podkręcił dźwięk.
Wtedy dziecko kopnęło dokładnie pod moją dłonią. Na nadgarstku zabrzęczał mosiężny medalik z żetonu metra.
Adrian spojrzał na niego, ale tym razem nie próbował go dotknąć.
— Jak je nazwiemy? — zapytał cicho.
— Najpierw nauczymy się być rodzicami.
Na ekranie pulsował mały, uparty rytm.
A pod nim leżał dokument, przez który całe imperium Morettich przestało należeć do jednego człowieka.
Przegapiłeś początek?






