CZĘŚĆ 4
…W biurze zrobiło się tak cicho, że słyszałam tykanie małego zegara nad drukarką.
Marcus patrzył na mnie z czymś, co przypominało ulgę.
To było najgorsze.
— Widzisz? — powiedział. — Wszystko prowadzi do ciebie.
Dante wyrwał telefon z ręki Ireny, lecz nie zaczął krzyczeć ani wydawać rozkazów. Przesunął kciukiem po ekranie, sprawdził numer rachunku i podniósł wzrok.
— Jaki adres podano przy otwieraniu konta? — zapytał.
— Mieszkanie Emmy — odpowiedziała Irena. — Jej numer identyfikacyjny, jej podpis, jej dane.
Poczułam, jak podłoga usuwa mi się spod nóg.
— Nigdy nie otwierałam żadnego konta.
Marcus wskazał na mnie.
— Właśnie dlatego musisz podpisać oświadczenie. Powiesz, że ktoś wykorzystał twoje dane, a ja pomogę ci to wyjaśnić.
— Ty mi pomożesz?
— Emma, nie masz pojęcia, z kim stoisz w jednym pokoju.
— Mam coraz lepsze pojęcie, z kim byłam przez pięć lat.
Jego twarz stwardniała.
Dante wyjął z kieszeni czarną kartę, tę samą, którą wręczył mi przy stole numer siedemnaście. Obrócił ją i przyjrzał się odręcznemu zdaniu na odwrocie.
— Konto zostało otwarte trzy tygodnie temu — powiedział. — Pieniądze przelano dzisiaj o dwudziestej drugiej trzydzieści osiem. To znaczy, że ktoś musiał mieć dostęp do informacji o teczce, zanim Marcus wszedł do sali.
Pani Wrona nagle usiadła.
— Ten człowiek z laską — wyszeptała. — Powiedział, że przynosi dokumenty dla Emmy. Miał przy sobie kopertę z logo banku.
Irena spojrzała na nią gwałtownie.
— Czy dotykał twojego biurka?
— Położył laskę na szafce. Obok rejestru pracowników.
Dante odwrócił się do ochroniarza stojącego przy drzwiach.
— Sprowadź kierownika rachunków.
Marcus ruszył do wyjścia.
— Nigdzie nie idziesz — powiedział Dante.
— Nie możesz mnie zatrzymać.
— Nie zamierzam. Chcę tylko, żebyś zobaczył, jak rozpada się twoja wersja wydarzeń.
Kierownik rachunków przybiegł po kilku minutach, spocony i bez marynarki. W dłoni ściskał plik wydruków.
— Panie Caruso, rachunek docelowy nie należy do Emmy — wydusił. — Został utworzony na jej dane, ale pełnomocnikiem jest ktoś inny.
— Kto?
Mężczyzna spojrzał na Marcusa.
— Pańska była teściowa, pani Helena Reed.
Marcus cofnął się, jakby ktoś uderzył go w pierś.
— Moja matka?
— To ona zatwierdzała przelewy przez internet. Jej numer telefonu był podany do potwierdzeń.
Irena zamknęła oczy.
— Helena od dawna pomagała mu w księgowości.
— Nie — powiedział Marcus. — Mama nie wiedziała.
— Wiedziała — odpowiedziała Irena. — To ona poprosiła mnie miesiąc temu, żebym nie sprawdzała faktur za dostawy.
Marcus oparł się o biurko. Zniknęła z niego cała arogancja.
— Ona chciała kupić mi czas.
— Nie — powiedziałam. — Chciała kupić ci niewinność moim nazwiskiem.
Nagle zrozumiałam, po co Marcus przyszedł na bankiet. Nie chciał mnie upokorzyć dla samej przyjemności. Chciał sprowokować mnie przy świadkach, zmusić do podpisania dokumentu, a potem wykorzystać jego treść jako dowód, że byłam załamana, niestabilna i zdolna do wszystkiego.
Jego śmiech przy pustym palcu nie był przypadkowy.
To była próba.
Dante podszedł do mnie.
— Musisz wyjść stąd teraz.
— Nie. Chcę zadzwonić do Heleny.
Marcus poderwał głowę.
— Nie rób tego.
— Dlaczego?
— Bo ona jest chora.
— A ja mam za ciebie umrzeć razem z twoimi kłamstwami?
Wyjęłam telefon. Marcus chwycił mnie za nadgarstek, lecz Dante złapał jego rękę w połowie ruchu. Nie szarpnął nim. Tylko ścisnął wystarczająco mocno, żeby Marcus uklęknął z bólu.
— Puść ją — powiedział Dante.
Marcus syknął.
— Nie masz prawa.
— Masz rację. Dlatego puszczę cię, kiedy sam cofniesz dłoń.
Marcus zrobił to natychmiast.
Wybrałam numer Heleny. Odebrała po drugim sygnale.
— Emma? — Jej głos był słaby, zachrypnięty. — Nie powinnaś do mnie dzwonić.
— Pieniądze są na koncie otwartym na moje nazwisko.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Marcus powiedział, że wszystko wyjaśni.
— Marcus kłamał.
— Wiem.
Jedno słowo zmieniło temperaturę w pokoju.
Marcus zamknął oczy.
— Mamo, nie mów nic — powiedział.
Helena usłyszała go.
— Już wystarczająco długo milczałam — odpowiedziała. — Emma, to ja znalazłam formularze. To ja podpisałam pełnomocnictwo. Marcus obiecał, że odda każdą złotówkę.
— Dlaczego użyłaś mojego nazwiska?
— Bo bałam się, że jeśli pójdzie do więzienia, umrze. Lekarz powiedział, że jego serce nie wytrzyma takiego stresu.
— A moje życie wytrzymało?
Helena zaczęła płakać.
— Nie. Nie pomyślałam o tobie. Myślałam tylko o synu.
Marcus zakrył twarz dłonią.
Dante odebrał ode mnie telefon, ale nie po to, by przerwać rozmowę. Włączył głośnik i położył aparat na stole.
— Pani Heleno — powiedział spokojnie — proszę przesłać wszystkie hasła dostępu i kopie korespondencji do Ireny. Jeśli zrobi to pani teraz, fundacja odzyska część pieniędzy, zanim zostaną wypłacone.
— A co z Marcusem?
— To zależy od Emmy.
Spojrzałam na niego ostro.
— Nie jestem sędzią.
— Nie. Jesteś osobą, której nazwiskiem posłużono się bez zgody.
— Chcę tylko, żeby dzieci dostały sprzęt, za który zapłacono.
Irena podniosła głowę.
— Jeśli pieniądze wrócą dziś, dostawa może zostać zrealizowana rano.
Marcus patrzył na mnie z niedowierzaniem.
— Po tym wszystkim nadal chcesz ratować fundację?
— Nie ratuję ciebie.
— To moja rodzina ją założyła.
— A dzieci nie są twoją własnością.
Dante przez chwilę nic nie mówił. Potem wyjął z teczki pojedynczą kartkę.
— Jest jeszcze jeden dokument.
Podał mi go.
Było to pełnomocnictwo podpisane przez zmarłego ojca Dantego. Dotyczyło fundacji i dawało prawo do jej zarządzania nie Dantemu, lecz osobie wskazanej przez niezależnego zarządcę.
— Co to znaczy? — zapytałam.
— Mój ojciec przewidział, że pewnego dnia ktoś z rodziny spróbuje przejąć fundację. Jeśli wykryte zostanie oszustwo wewnętrzne, zarządca ma przekazać kontrolę osobie spoza rodziny, która nie czerpała korzyści z pieniędzy.
Spojrzałam na niego.
— Mnie?
— Tobie.
— Przecież mnie nie znasz.
— Znam twoje podpisy. Przez trzy miesiące porównywałem dokumenty, które wypełniałaś w hotelu. Zawsze czytasz wszystko dwa razy. Zawsze poprawiasz błędy innych, ale nie bierzesz za nie pieniędzy. I zawsze odkładasz ostatni czysty kieliszek na lewą stronę tacy, choć nikt cię tego nie nauczył.
Serce ścisnęło mi się boleśnie.
— Obserwowałeś mnie.
— Tak. Nie udam, że było inaczej.
— To miało być twoje kolejne kłamstwo?
— Nie. To był mój wstyd.
Dante położył przede mną pióro.
— Możesz odmówić. Wtedy zarządca przejmie fundację, a ja oddam dokumenty władzom finansowym. Marcus i Helena odpowiedzą za swoje decyzje. Ty nie będziesz musiała już nigdy zobaczyć żadnego z nas.
— A jeśli się zgodzę?
— Będziesz musiała codziennie patrzeć na ludzi, których pieniądze zostały skradzione. Nie będziesz miała ochrony przed ich gniewem ani przed moją rodziną.
— Czyli proponujesz mi pracę, nie ratunek.
— Proponuję ci możliwość odzyskania własnego nazwiska.
Spojrzałam na Marcusa.
— Co z nim?
Dante odsunął się, zostawiając mi przestrzeń.
Marcus podniósł wzrok.
— Emma, ja naprawdę chciałem cię kiedyś kochać.
— Kiedyś?
— Potem wszystko wymknęło się spod kontroli.
— Nie. Ty wypuściłeś to z rąk i próbowałeś obciążyć mnie za upadek.
Nie odpowiedział.
Podpisałam dokument.
Nie drżała mi ręka.
Irena natychmiast zaczęła wysyłać wiadomości do banku i dostawców. Pani Wrona przyniosła mi szklankę wody, lecz jej nie wypiłam. Marcus usiadł na krześle pod zegarem i patrzył na pióro, którym chciał zmusić mnie do podpisania kłamstwa.
Nad ranem Helena przesłała hasła, korespondencję i wszystkie wiadomości, w których Marcus prosił ją o ukrywanie przelewów. Pieniądze wróciły na rachunek fundacji, zanim zdążył je wypłacić ostatni pośrednik.
Marcus nie stracił tylko pieniędzy.
Stracił dostęp do firmy, mieszkania kupionego za fundusze i rodziny, która przestała go osłaniać. Helena sama zgłosiła się do zarządcy i oddała wszystko, co mogła oddać. Nie prosiła mnie o wybaczenie.
To był jej jedyny uczciwy gest.
O świcie wyszłam z biura z teczką pod pachą. Na korytarzu pachniało pieczywem z hotelowej kuchni. Moje stopy nadal bolały, a lewa dłoń była pusta.
Dante czekał przy wejściu do sali balowej.
— Kolacja nadal aktualna? — zapytał.
Spojrzałam na niego.
— Pod jednym warunkiem.
— Jakim?
— Nie będziesz wybierał za mnie, gdzie usiądę.
Kącik jego ust drgnął.
— W takim razie wybierz sama.
Wróciłam do stołu numer siedem. Na obrusie wciąż leżał jeden nieotwarty kieliszek szampana, który wcześniej ocalał z mojej drżącej tacy.
Usiadłam naprzeciwko Dantego i położyłam podpisane pełnomocnictwo między nami.
Nie wziął mnie za rękę.
Najpierw zapytał:
— Mogę?
Spojrzałam na jego dłoń, na srebrnego kruka przy mankiecie, a potem na własny pusty palec.
— Możesz zostać przy stole.
Dante usiadł.
A gdy kelner przyniósł pierwszy dokument dla fundacji, przesunęłam go w jego stronę i powiedziałam:
— Tym razem przeczytamy go razem.
Przegapiłeś początek?






