CZĘŚĆ 4
…Marta wyrwała telefon z jego dłoni, zanim zdążył zakończyć rozmowę.
Połączenie nadal trwało.
— Proszę mówić — powiedziała. — Wszyscy tutaj słuchamy.
Przez kilka sekund z głośnika dobiegał tylko szum. Potem odezwał się męski głos.
— Jake, co ty wyprawiasz? Miałeś zdobyć podpis i wycofać się z akademii.
Jake pobiegł w stronę telefonu, lecz mistrz Kim zastąpił mu drogę.
— Czyj podpis? — zapytałam.
Głos po drugiej stronie zamilkł.
Marta spojrzała na mnie. Jej twarz stwardniała.
— To był Adrian Cole, dyrektor federacji.
Nazwisko uderzyło we mnie jak zimna woda.
Adrian był człowiekiem, który podpisał mój ostatni kontrakt. To on przekonywał mnie, że powinnam walczyć mimo zmęczenia. To on powiedział po śmierci mojego brata, że tragedie zdarzają się ludziom, którzy nie potrafią pilnować czasu.
Od trzynastu lat nie słyszałam jego głosu.
— Pani Chen — odezwał się Adrian. — Proszę nie wyciągać pochopnych wniosków.
— Właśnie dlatego pytam wprost. Co miał podpisać Jake?
Jake zaczął się pocić. Na jego kołnierzu pojawiła się ciemna plama.
— Nic ważnego.
— W takim razie pokaż dokument — powiedziałam.
— Nie mam go.
Marta otworzyła teczkę i wyjęła trzy kartki spięte mosiężnym klipem.
— Masz. Umowa przeniesienia praw do nazwiska Lily Chen, wizerunku Cichej Burzy i nagrań z jej dawnych walk. Podpis Jake’a jest na dole. Brakuje tylko podpisu właścicielki praw.
Spojrzałam na ostatnią stronę.
Pod podpisem Jake’a widniało moje nazwisko, napisane niemal identycznie jak dawniej.
Lily Chen.
Tylko że podpis był fałszywy.
Sarah ścisnęła moją dłoń.
— Chciał sprzedać twoje życie?
— Chciał sprzedać wspomnienie o nim — odpowiedziałam.
Adrian próbował jeszcze się bronić.
— Federacja miała prawo zabezpieczyć archiwalne materiały. Pani zniknęła bez rozliczenia kontraktów.
— Zniknęłam, bo mój brat zginął w drodze na moją walkę — powiedziałam. — A pan wykorzystał jego śmierć, żeby zatrzymać wypłaty i przejąć moje nagrania.
W dojo zapadła ciężka cisza.
Marta położyła na stole wyciąg bankowy.
— Przez trzynaście lat pieniądze z powtórek walk trafiały na konto spółki Adriana. Jake miał sprowadzić Lily z powrotem pod pozorem konfliktu z akademią. Gdyby podpisała ugodę, odzyskałby pan prawa do całego katalogu.
Jake odwrócił się do Adriana.
— Mówiłeś, że ona niczego nie pamięta.
To zdanie zawisło w powietrzu.
Jake zrozumiał za późno, że sam potwierdził wszystko.
Mistrz Kim wyjął z szuflady kopertę z pieczęcią zarządu akademii.
— Zwołałem posiedzenie na jutro rano. Po tym, co usłyszałem, nie potrzebujemy czekać.
— Nie możecie mnie wyrzucić! — krzyknął Jake. — Bez mojego nazwiska ta akademia upadnie!
— Akademia istniała przed tobą — odpowiedział mistrz Kim. — I będzie istnieć po tobie.
Jake spojrzał na uczniów, jakby szukał wśród nich sprzymierzeńca. Nikt nie ruszył się z miejsca.
Jenkins podszedł do mnie.
— Pani Carter… czy mogłaby pani pokazać mi, jak zrobiła pani ten unik?
Prawie się uśmiechnęłam.
— Mogę. Ale najpierw nauczymy się, jak nie używać siły wobec kogoś, kto nie chce walczyć.
Sarah popatrzyła na mnie z niedowierzaniem.
— Naprawdę chcesz tu zostać?
— Nie wiem jeszcze. Ale wiem, że nie pozwolę, żeby on odebrał ci miejsce, w którym zaczęłaś wierzyć w siebie.
Marta odłożyła telefon Jake’a na stół.
— Jutro federacja będzie musiała oddać ci pieniądze i archiwum. Mogę poprowadzić rozmowy, ale decyzja należy do ciebie.
— Nie chcę wracać na ring — powiedziałam.
— Nikt cię do tego nie zmusza.
Spojrzałam na swoje dłonie. Były te same co dawniej, tylko bardziej szorstkie od pracy, zakupów i naprawiania życia po kawałku.
— Chcę odzyskać własne nazwisko — powiedziałam. — Nie po to, żeby znów walczyć. Po to, żeby nikt nie mógł nim handlować.
Następnego ranka spotkaliśmy się w małej sali zarządu. Adrian przyjechał z prawnikiem, ale nie miał już pewnego kroku. Jake siedział obok niego z opuszczonymi ramionami.
Mistrz Kim odczytał decyzję: Jake tracił stanowisko, prawo do prowadzenia zajęć i udział w reklamach akademii. Rodzice otrzymywali zwrot pieniędzy za kursy, które sprzedawano pod fałszywym hasłem. Akademia miała przejść niezależny audyt.
Adrian próbował negocjować.
— Możemy zawrzeć ugodę. Bez publicznego skandalu.
— Nie chcę skandalu — odpowiedziałam. — Chcę pełnego rozliczenia.
— To może potrwać latami.
— Mój brat czekał na mnie trzynaście lat. Potrafię poczekać na prawdę.
Marta przesunęła dokument w jego stronę.
— Podpisz zwrot praw i pieniędzy. Jeśli odmówisz, sprawa trafi do federacyjnej komisji i do banku. Tym razem nie będziesz kontrolował dokumentów.
Adrian spojrzał na mnie.
— Po co ci to? Przecież wybrałaś zwyczajne życie.
— Zwyczajne życie nie oznacza, że można mnie okradać.
Podpisał.
Jake wyszedł z sali jako ostatni. Zatrzymał się przy Sarah.
— Chciałem tylko, żeby ludzie mnie szanowali — powiedział.
Sarah podniosła głowę.
— Szacunku nie zdobywa się cudzym nazwiskiem.
Jake drgnął, jakby to zdanie trafiło celniej niż mój unik.
Nie odpowiedział. Odszedł.
Tego samego popołudnia wróciłyśmy do akademii. Na jednej ze ścian wisiał plakat z moją dawną sylwetką, wykorzystany bez zgody. Mistrz Kim zdjął go ostrożnie, a ja przez chwilę trzymałam papier w dłoniach.
Na odwrocie, drobnym drukiem, widniała data mojej ostatniej walki.
Ta sama noc, w której zginął mój brat.
Sarah stanęła obok.
— Możemy go wyrzucić.
— Nie — powiedziałam. — Zostawimy go w archiwum. Nie jako reklamę. Jako dowód, że tamta dziewczyna naprawdę istniała.
— A ty?
Dotknęłam metalowej komety przypiętej do kurtki. Po raz pierwszy od wielu lat jej krawędź nie wydawała mi się ciężarem.
— Ja też istnieję. Tylko już nie muszę wybierać między nią a tobą.
Wieczorem Sarah założyła rękawice i stanęła naprzeciwko mnie na macie. Nie ćwiczyłyśmy ciosów. Ćwiczyłyśmy oddech, równowagę i krok, który pozwalał nie cofać się ze strachu.
— Gotowa? — zapytałam.
Sarah wyprostowała plecy.
— Gotowa.
Mistrz Kim zgasił światła nad pustym ringiem, a na ścianie została tylko mała tabliczka z nową nazwą zajęć: „Siła bez upokorzenia”.
Sarah ruszyła pierwsza.
Tym razem to ja uśmiechnęłam się, widząc, jak pewnie stawia stopę na niebieskiej macie.
Przegapiłeś początek?






