CZĘŚĆ 4
…Tym człowiekiem okazał się notariusz, którego nazwisko widniało na ostatniej stronie umowy.
Przyjechał przed ósmą, w granatowym płaszczu i z teczką z twardymi bokami. Nie wyglądał jak ktoś, kto spodziewa się rodzinnej awantury. Wyglądał jak człowiek przyzwyczajony do tego, że ludzie podpisują dokumenty, a potem ponoszą skutki.
— Pani Lena? — zapytał na korytarzu.
— Tak.
— Otrzymałem informację, że wyraża pani zgodę na sprzedaż ruchomości oraz opróżnienie lokalu przed zawarciem transakcji.
— Nie wyrażałam.
— Mam tutaj pani podpis.
Andrzej stał za nim, blady i zgarbiony. Ludmiła Pietrowna ściskała brzeg swojej bluzki tak mocno, że pobielały jej knykcie.
Notariusz otworzył teczkę i wyjął dokument.
Podpis rzeczywiście przypominał mój.
Ale nie był mój.
Wiedziałam to natychmiast. W moim podpisie ostatnia litera zawsze wracała pod nazwisko cienką, krótką kreską. Na tym dokumencie kreska była długa i ciężka, jakby ktoś próbował naśladować gest widziany tylko raz.
— Ten dokument jest nieważny — powiedziałam.
— To oceni właściwy organ, nie ja.
— Nie trzeba niczego oceniać. Proszę spojrzeć na datę.
Wskazałam dolny róg.
— Tego dnia byłam w Mińsku na szkoleniu. Mam bilety, listę uczestników i podpisaną przeze mnie umowę z dostawcą. Przez cały dzień siedziałam w sali konferencyjnej.
Notariusz zmarszczył brwi.
— Podpis złożono w pani obecności?
— Nie.
— Andrzej twierdził, że tak — odezwała się Ludmiła Pietrowna.
— Mamo! — krzyknął Andrzej.
To był pierwszy raz, kiedy zwrócił się do niej ostrzej niż do mnie. Nie dlatego, że zrozumiał, co mi zrobili. Bał się, że właśnie przestała go osłaniać.
Wyjęłam z teczki babci odpis oświadczenia i położyłam go na parapecie. Notariusz przeczytał pierwszą stronę, potem drugą. Raisa stała obok mnie, przyciskając do piersi stary notes.
— To pismo ma znaczenie dla ruchomości — powiedział notariusz. — Jeśli jest autentyczne, nie ma podstaw, by zatrzymywać rzeczy należące do pani Leny.
— Jest autentyczne — odparła Raisa. — Byłam świadkiem podpisania.
— A ja mam kopie wszystkich faktur — dodałam. — Każda większa rzecz została opłacona z mojego rachunku. Andrzej nie kupił nawet tej lodówki.
— Lodówka była do wspólnego użytku — powiedział słabo.
— Tak samo jak moje pieniądze, prawda?
Notariusz odłożył dokument.
— Transakcja nie może zostać przeprowadzona na podstawie podpisu, którego autentyczność jest kwestionowana. Proszę skontaktować się z pełnomocnikiem i wyjaśnić sytuację przed dalszymi czynnościami.
Andrzej rzucił się ku niemu.
— Ale ja muszę sprzedać mieszkanie dzisiaj.
— To nie jest mój problem — odpowiedział notariusz. — Nie podpiszę aktu przy takiej niezgodności.
Kiedy wyszedł, w mieszkaniu zrobiło się ciasno od wszystkich rzeczy, których przez lata nie nazywaliśmy po imieniu.
— Podrobiłeś mój podpis? — zapytałam.
Andrzej usiadł na pustym już miejscu po stole.
— Nie chciałem cię skrzywdzić.
— Podrobiłeś podpis, żeby sprzedać mieszkanie i wziąć pieniądze.
— Chciałem spłacić dług.
— Dlaczego nie powiedziałeś?
— Bo wiedziałem, że odejdziesz.
To zdanie zabrzmiało szczerzej niż wszystkie jego wcześniejsze słowa. Nie usprawiedliwiało go. Pokazywało tylko, czego tak naprawdę pilnował przez lata: nie mnie, lecz własnej wygody.
Ludmiła Pietrowna usiadła na podłodze, obok pustej ściany po szafie.
— Dług powstał przeze mnie — powiedziała.
Andrzej spojrzał na nią gwałtownie.
— Mamo, przestań.
— Pożyczyłam pieniądze na działkę. Potem pożyczyłam kolejne, żeby oddać pierwsze. Myślałam, że sprzedaż mieszkania wszystko naprawi.
— A dach? — zapytałam.
— Dach był tylko pretekstem.
Przez chwilę patrzyłam na oboje. Wściekłość była łatwiejsza, kiedy wierzyłam, że przede mną stoi jedna winna osoba. Teraz widziałam dwie osoby, które wspólnie zbudowały kłamstwo, a potem zaczęły mieszkać w jego środku.
Bartek i tragarze skończyli wynosić wyposażenie. Zostały gołe ściany, zapadnięta stara kanapa z piwnicy i jedna lampa, której nie kupiłam ja.
— Co z rzeczami, których nie da się łatwo podzielić? — zapytał Bartek.
— Zostawcie kanapę i lampę. Resztę zabieramy.
Andrzej podniósł głowę.
— Naprawdę wyjedziesz z całym mieszkaniem?
— Nie. Wyjadę z tym, co zbudowałam.
Ciężarówka była już prawie pełna. Na końcu wniesiono jasną kuchnię z mosiężnymi uchwytami, tę samą, którą wybrałam w salonie dzień po tamtym obiedzie. To nie była kuchnia z naszego mieszkania. Kupiłam ją dla siebie, zanim jeszcze powiedziałam Andrzejowi, że odchodzę.
Wynajęłam lokal nad moim salonem meblowym. Nie po to, żeby udowodnić coś jemu. Po prostu potrzebowałam miejsca, w którym żadna rzecz nie będzie używana jako argument przeciwko mnie.
Przy windzie Andrzej złapał mnie za nadgarstek.
— Nie zostawiaj mnie z tym wszystkim.
Spojrzałam na jego dłoń, potem na jego twarz.
— Zostawiam ci mieszkanie, dług i prawdę. To nie jest mało.
Puścił mnie.
Ludmiła Pietrowna podeszła kilka kroków. W ręku trzymała lnianą serwetkę. Nie wiem, kiedy zdążyła ją zabrać z kuchni.
— Możesz ją wziąć — powiedziała. — Skoro naprawdę ją kupiłaś.
Przyjęłam serwetkę, ale nie dla niej. Dla siebie. Była poplamiona sosem i miała rozciągnięty brzeg.
— Zatrzymaj ją — odparłam. — Niech ci przypomina, ile kosztuje cudza praca, kiedy udajesz, że jej nie widzisz.
Raisa czekała przy samochodzie.
— Babcia Andrzeja miała rację — powiedziała cicho. — Powinnaś była odejść wcześniej.
— Wiem.
— A co z nim?
Spojrzałam przez szybę na mieszkanie, w którym zostały tylko puste ściany, stara kanapa i człowiek, który przez dwanaście lat uważał moją obecność za rzecz oczywistą.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale wiem, co zrobię z kuchnią.
W nowym lokalu monterzy ustawili ostatni blat pod ścianą z dużym oknem. Bartek przyniósł mi listę dostawy, a ja podpisałam ją własnym nazwiskiem, powoli i wyraźnie.
Potem otworzyłam szufladę i włożyłam do niej pękniętą czerwoną osłonkę z klucza babci Andrzeja. Raisa oddała mi ją przed wyjazdem.
Nie była kluczem do mieszkania.
Była kluczem do decyzji, której nikt już nie mógł za mnie podjąć.
Kiedy pierwsza klientka weszła do salonu i zapytała, kto zaprojektował jasną kuchnię z mosiężnymi uchwytami, Bartek wskazał na mnie.
— Lena. To ona.
Klientka dotknęła blatu.
— W takim razie poproszę dokładnie taką samą.
Spojrzałam na własny podpis na formularzu zamówienia i odpowiedziałam:
— Nie dokładnie taką samą. Zrobimy pani własną.
Przegapiłeś początek?






