CZĘŚĆ 4
— Co dokładnie mu pani powiedziała? — zapytałam.
Pani Irena przełknęła ślinę.
— Że zabrała ją pani na dworzec i że pociąg odjechał o jedenastej.
Spojrzałam na zegar. Była dziesiąta trzydzieści osiem.
Marek już sięgał po kurtkę.
— Musimy wyjechać teraz.
— Nie — powiedziałam.
Odwrócił się gwałtownie.
— Anno, on wie, gdzie mieszkamy.
— I właśnie dlatego nie będziemy uciekać tak, jakby Lila była przestraszonym zwierzęciem.
— To nie jest chwila na dumę.
— Nie chodzi o dumę. Chodzi o to, że przez sześć tygodni podejmowałeś decyzje za mnie. Ukrywałeś zdjęcia, kartki i groźby. Wchodziłeś nocą do pokoju Lili. Chciałeś ją chronić, ale odebrałeś mi możliwość ochrony własnego dziecka.
Marek zacisnął szczękę.
— Gdybym ci powiedział, pobiegłabyś na policję.
— A ty uważałeś, że sam jesteś mądrzejszy od wszystkich?
— Uważałem, że Damian na to czeka.
— Skąd wiesz?
Nie odpowiedział od razu.
Pani Irena wyjęła z torby drugi dokument. Była to kopia podpisanego oświadczenia z poradni rodzinnej. Damian zobowiązał się w nim do terapii i zakazu kontaktu z Lilą. Na dole widniał jednak dopisek, którego wcześniej nie zauważyłam: spotkanie kontrolne nigdy się nie odbyło, bo Damian podał fałszywy adres.
— On nie zniknął — powiedziała pani Irena. — Przeniósł się do miasteczka po drugiej stronie rzeki. Pracował tam pod zmienionym nazwiskiem.
Marek spojrzał na mnie.
— Dowiedziałem się o tym przypadkiem. Mój kolega naprawiał samochód należący do jego przełożonego. Zobaczył jego dokumenty i rozpoznał nazwisko.
— I od tej pory śledziłeś go sam?
— Tak.
— Dlaczego?
— Bo kiedyś obiecałem Lili, że nie pozwolę, żeby znowu ją skrzywdził.
Te słowa zabrzmiały inaczej niż wszystkie jego wcześniejsze wyjaśnienia. Nie jak wymówka. Jak ciężar, który nosił zbyt długo.
Lila stała przy schodach i patrzyła na nas.
— Czy tata naprawdę chce mnie zabrać? — zapytała.
Kucnęłam przed nią.
— Nie wiem, czego chce. Ale wiem, że nikt nie zabierze cię bez mojej zgody.
— Nawet Marek?
Zabolało mnie to pytanie.
— Nawet Marek.
Marek spuścił wzrok.
Wtedy rozległ się głos z podwórza.
— Lila! Wiem, że tam jesteś!
Dziewczynka zamarła. Z jej gardła wydobył się cichy, urwany oddech.
Marek ruszył w stronę okna.
— Nie podchodź — powiedziałam.
Za ogrodzeniem stał Damian. Był starszy, niż go zapamiętałam, ale uśmiechał się dokładnie tak samo. W jednej dłoni trzymał metalowy gwizdek.
— Anno, porozmawiajmy — zawołał.
— Odejdź od mojego domu.
— Chcę tylko zobaczyć córkę.
— Nie masz prawa tu być.
Damian podniósł gwizdek do ust, ale pani Irena nagle otworzyła drzwi wejściowe i wyszła na ganek.
— Nie zagwiżdżesz — powiedziała.
Damian spojrzał na nią z wściekłością.
— Ty stara wiedźmo.
— Mam kopię twojego podpisu i trzy zdjęcia spod szkoły. A teraz jeszcze świadków.
Marek stanął obok niej.
— I nie jesteś już jedynym człowiekiem, który wie, gdzie jesteś.
Damian zrobił krok do tyłu.
Właśnie wtedy zobaczyłam radiowóz zatrzymujący się przy końcu ulicy. Nie wezwał go Marek. Zrobiła to pani Irena, kiedy dzwoniła do mnie tego ranka. Przez cały czas prowadziła rozmowę na głośniku, a dyspozytor słyszał każde słowo.
Damian rzucił gwizdek na ziemię i odwrócił się do ucieczki. Poślizgnął się na mokrych płytach. Funkcjonariusze dopadli go przy furtce.
Lila wtuliła się we mnie tak mocno, że poczułam jej bransoletkę pod dłonią.
Marek został na ganku. Nie próbował się zbliżyć.
— Lila — powiedział cicho. — Przepraszam, że cię przestraszyłem.
Dziewczynka nie odpowiedziała.
— I przepraszam ciebie — dodał do mnie. — Chciałem być tarczą, ale zapomniałem, że tarcza nie może zasłaniać matce oczu.
Następnego dnia pojechałam z Lilą do poradni. Rozmawiała z psycholożką sama, a potem poprosiła, żebym weszła. Powiedziała, że Marek nigdy jej nie dotknął, ale nocne wizyty sprawiały, że bała się zasypiać. Przyznała też, że Damian od miesięcy zostawiał jej gwizdki, bo chciał, żeby sama wyszła ze szkoły i poszła za nim.
Marek oddał mi wszystkie dokumenty. Nie prosił o natychmiastowe wybaczenie. Spakował rzeczy do torby i zamieszkał u brata, dopóki Lila nie zdecyduje, czy chce go widywać.
Minęły dni, zanim poprosiła o spotkanie.
Usiedliśmy w poradni przy niskim stoliku. Na środku leżał mosiężny gwizdek, zabezpieczony w przezroczystej kopercie. Marek nie patrzył na niego.
— Możesz powiedzieć mu, żeby nigdy więcej nie przychodził — powiedziałam do Lili.
Dziewczynka spojrzała na niego.
— Możesz przychodzić tylko wtedy, kiedy mama wie.
Marek skinął głową.
— Zgoda.
— I nie wolno ci szeptać przy moim łóżku.
— Nigdy więcej.
Lila położyła na stole swoją czerwoną bransoletkę.
— Możesz ją naprawić? Jeden koralik odpadł.
Marek dotknął bransoletki dopiero po moim spojrzeniu. Wziął ją ostrożnie, jakby była czymś kruchszym od szkła.
Kiedy wracaliśmy, Lila zapytała, czy możemy wyrzucić gwizdek. Powiedziałam, że nie. Zostanie jako dowód i przypomnienie tego, co naprawdę się wydarzyło.
Ale bransoletkę Marek naprawił tego samego wieczoru. Czerwony koralik wrócił na swoje miejsce, a Lila sama zapięła ją na nadgarstku.
Przy wyjściu z poradni podała Markowi kartkę. Był na niej narysowany dom, trzy osoby na podwórku i duży żółty znak przy furtce.
— To nie jest zaproszenie — wyjaśniła. — To zasada.
Marek przeczytał napis i pokiwał głową.
Na kartce widniały tylko cztery słowa: „Najpierw pytasz moją mamę”.
A potem Lila schowała gwizdek do metalowego pudełka i zamknęła je przed nami, jakby sama stawiała ostatnią granicę.
Przegapiłeś początek?






