CZĘŚĆ 4
Telefon Inessy zadzwonił jeszcze raz, zanim zdążyłam zamknąć teczkę z umową.
Stałyśmy na korytarzu mieszkania przy Zarzecznej. Nowi najemcy czekali w salonie, a przez uchylone drzwi wpadał zapach świeżo wypastowanego drewna i mokrego tynku.
— Kto dzwoni? — zapytałam.
Inessa podała mi telefon.
— Bank.
Odebrałam.
— Pani Marto, próbowano wypłacić środki z rachunku wspólnego — powiedziała kobieta po drugiej stronie. — Przelew został zatrzymany, ponieważ podpis elektroniczny nie zgadzał się z wzorem. Czy zatwierdzała pani dyspozycję na kwotę zaliczki?
— Nie.
Seweryn stał przy nowych drzwiach z wiertarką w dłoni. Na jego policzku była smuga czarnego pyłu. Usłyszał moje słowo i odwrócił głowę.
— Proszę zablokować możliwość kolejnych wypłat — powiedziałam. — I przesłać mi potwierdzenie próby przelewu.
— Oczywiście.
Rozłączyłam się.
— To nie ja — powiedział Seweryn.
Jego matka spojrzała na niego bez mrugnięcia.
— W takim razie bardzo dziwnie składa się to, że przelew zlecono z twojego telefonu.
— Telefon mógł zostać odblokowany.
— Przez kogo?
— Nie wiem.
Wtedy z salonu wyszedł starszy z najemców, pan Wacław. Trzymał w ręku kartkę z numerem licznika.
— Przepraszam, że się wtrącam — powiedział. — Ale czy to ten mężczyzna, który wczoraj wieczorem kręcił się przy skrzynce na listy?
Seweryn zesztywniał.
— Byłem tu z matką.
— Wczoraj wieczorem nie było tu pańskiej matki — odparł Wacław. — Widziała go moja żona. Próbował otworzyć drzwi, zanim przyjechaliście.
Inessa powoli odwróciła się do syna.
— Po co wróciłeś?
— Chciałem sprawdzić zamek.
— Z wiertarką?
— Nie pamiętam.
Poczułam, że drżą mi kolana. Przez cały czas myślałam, iż chodziło mu wyłącznie o mieszkanie Snieżany. Teraz rozumiałam, że chciał przejąć także pieniądze z zaliczki. Gdyby przelew przeszedł, przez kilka tygodni mógłby udawać, że nic się nie stało.
— Seweryn — powiedziałam. — Czy ty próbowałeś wypłacić zaliczkę?
— Nie.
— Spójrz na mnie.
Nie spojrzał.
Inessa podeszła do niego i wyjęła z kieszeni jego kurtki mały klucz pamięciowy do telefonu. Zrobiła to nagle, bez pytania.
— Mamo!
— Nie podnoś głosu.
Odblokowała urządzenie kodem, który znała z dawnych lat. Na ekranie zobaczyłyśmy wiadomość do Snieżany: „Jeśli Marta podpisze umowę, zabieram zaliczkę. Potem powiem, że to pomyłka banku”.
Snieżana odpisała: „A jeśli się dowie?”
„Nie dowie się. Jest zmęczona i ufa papierom”.
Nie było tam żadnego nagrania, żadnej skomplikowanej pułapki. Tylko kilka zdań, które Seweryn napisał własnymi palcami, przekonany, że nikt ich nie zobaczy.
Inessa zamknęła telefon.
— Oddasz pieniądze.
— Oddam.
— Dziś.
— Nie mam.
— Masz motocykl.
Seweryn spojrzał na nią gwałtownie.
— Nie sprzedam go.
— To sprzedasz go jutro. Dług wobec Marty pokryjesz co do grosza. A jeśli zabraknie, poprosisz siostrę o zwrot pieniędzy, które jej przelałeś.
— Ona już je wydała.
— W takim razie oboje będziecie pracować, aż oddacie.
Pan Wacław udawał, że sprawdza licznik, ale widziałam, iż słucha każdego słowa.
— Nie chcę waszych rodzinnych spraw — powiedział cicho. — Chcę tylko wiedzieć, czy ta umowa jest ważna.
— Jest — odpowiedziałam. — I pieniądze są zabezpieczone.
— Dobrze. W takim razie zostajemy.
Seweryn uniósł głowę.
— Co?
— Zostajemy — powtórzył Wacław. — Mieszkanie jest odnowione, dokumenty się zgadzają, a pani nie odpowiada za zachowanie męża.
Podpisałam protokół przekazania. Długopis drżał mi w palcach, lecz podpis wyszedł równy.
Kiedy najemcy zeszli z walizkami do samochodu, Inessa zamknęła za nimi drzwi i zwróciła się do syna.
— Teraz powiesz Marcie wszystko.
— Już powiedziałem.
— Nie. Powiedziałeś tyle, ile musiałeś.
Seweryn usiadł na schodach. Wiertarka leżała obok jego buta. Po raz pierwszy wyglądał nie jak człowiek, który stracił władzę, lecz jak ktoś, kto zobaczył rachunek za własne decyzje.
— Bałem się, że odejdziesz — powiedział.
Nie spodziewałam się tego.
— Więc postanowiłeś zabrać mi mieszkanie?
— Chciałem mieć coś, co byłoby moje. Coś, czym mógłbym się pochwalić rodzinie.
— Mogłeś kupić sobie szafkę. Mogłeś odłożyć pieniądze. Mogłeś ze mną porozmawiać.
— Wiedziałem, że powiesz nie.
— Bo wiedziałeś, że plan jest nieuczciwy.
Inessa usiadła obok niego. Nie przytuliła go. Położyła tylko dłoń na jego ramieniu.
— Seweryn, przez całe życie myliłeś bycie mężczyzną z prawem do rozporządzania cudzą pracą. Twoja siostra też tak myśli. Dlatego dziś oboje zaczniecie od zera.
— A gdzie mam mieszkać? — zapytał.
— U mnie nie.
Podniósł na nią oczy.
— Mamo…
— Możesz wrócić do Snieżany. Skoro razem chcieliście kupować mieszkanie za cudze pieniądze, razem będziecie spłacać dług.
Seweryn spuścił głowę.
Nie czułam triumfu. Czułam zmęczenie, ciężkie i głębokie, jak po wielogodzinnej pracy w szklarni. Ale pod tym zmęczeniem pojawiło się coś jeszcze: pewność, że nie muszę już tłumaczyć, dlaczego moje mieszkanie należy do mnie.
Wieczorem pojechaliśmy do naszego lokalu. Seweryn wyjął z kieszeni portfel i położył na stole kartę bankową.
— Jutro sprzedam motocykl — powiedział.
— Nie dla mnie. Dla siebie. Żebyś przestał udawać, że problemy znikają, kiedy ktoś inny za nie płaci.
— Wiem.
Inessa stała przy drzwiach i trzymała moją trójząbkową wiązkę kluczy. Z plastikowej zawieszki odłamał się jeden bok, gdy Snieżana szarpała ją poprzedniego dnia.
— Zostawisz ją? — zapytałam.
— Nie — odparła. — Takie rzeczy powinny przypominać, gdzie kończy się cudza bezczelność.
Podała mi klucze.
Tydzień później Snieżana oddała pierwszą część pieniędzy. Jej narzeczony wyjechał do kuzyna, kiedy zrozumiał, że w mieszkaniu przy Zarzecznej nie będzie już darmowego pokoju. Snieżana zaczęła pracę w magazynie i przestała przechodzić na drugą stronę ulicy, gdy mnie widziała. Nie zaprzyjaźniłyśmy się. Nie było czego naprawiać jednym uśmiechem.
Seweryn zamieszkał u niej tylko przez trzy noce. Czwartego dnia wynajął mały pokój nad warsztatem i zaczął brać dodatkowe zlecenia. Nie prosił, żebym mu wybaczyła. Spłacał dług przelewem, co do złotówki, zawsze z opisem: „zwrot za zaliczkę”.
Inessa dzwoniła do mnie w niedziele. Pytała o pomidory, ceny rur i kaloryfery. O Sewerynie mówiła rzadko.
Pewnego ranka zawiozłam jej sadzonki do mieszkania. Na stole leżała koperta z ostatnią ratą długu. Obok niej Inessa położyła kartkę.
— Co to? — spytałam.
— Umowa najmu mojego garażu dla Seweryna.
— Wynajmujesz mu garaż?
— Tak. Będzie tam naprawiał rowery. Za pełną stawkę.
Uśmiechnęłam się po raz pierwszy od wielu dni.
— Pomagasz mu?
— Nie. Uczę go, ile kosztuje pomoc.
Pomyślałam o świeżym parkiecie, o materacu wciśniętym w drzwi, o kluczach zaciskających się w mojej dłoni. Potem schowałam kopertę do teczki z dokumentami mieszkania.
Inessa spojrzała na mnie uważnie.
— Nadal go kochasz?
Pytanie zawisło między nami.
— Nie wiem — odpowiedziałam. — Ale wiem, że już nigdy nie pomylę miłości z pozwoleniem na kradzież własnego życia.
Kiedy wychodziłam, zatrzymałam się przy tablicy z numerami garaży. Na jednym z nich wisiała nowa kartka: „Naprawa rowerów. Seweryn Kowal”. Pod spodem ktoś dopisał ołówkiem: „Płatność z góry”.
Inessa zobaczyła mój uśmiech i prychnęła.
— Sama mu to napisz, jeśli znowu zacznie rozdawać cudze klucze.
Wsunęłam trójząbkową wiązkę do kieszeni płaszcza. Plastikowa zawieszka stuknęła o metalowy suwak, a ten dźwięk zabrzmiał jak mały, uparty alarm przed każdym kolejnym cudzym planem.
Przegapiłeś początek?






