CZĘŚĆ 4
— Gdzie ona jest? — zapytałam.
Mój głos był słaby, ale tym razem wszyscy go usłyszeli.
Dominic podszedł do mojego łóżka. Nie dotknął mnie. Zatrzymał się w bezpiecznej odległości, jakby rozumiał, że złoty pierścionek na moim palcu nie daje mu prawa do niczego.
— Costa chce spotkania — powiedział. — W magazynie przy nabrzeżu Red Hook. Za dwie godziny.
— A moja matka?
— Żyje. Na razie.
Daniel uderzył dłonią w metalową poręcz.
— Nie pojedziesz tam sama.
— Nie pojadę sama — odpowiedziałam. — Pojadę z tobą.
Dominic natychmiast pokręcił głową.
— Nie możesz nawet usiąść bez pomocy.
— Przez piętnaście lat wszyscy decydowali za mnie. Ty wiedziałeś, że mój ojciec żyje. Moja matka wiedziała, gdzie zniknął. Costa wiedział, jak płacić za jej leczenie. A ja nie wiedziałam niczego.
Spojrzałam na pierścionek.
— To się kończy dziś.
Lekarka próbowała zaprotestować, lecz Daniel wyjął z kieszeni małą kartę pamięci w metalowej osłonie.
— Notes nie zniknął — powiedział. — Skrytka była przynętą.
Dominic odwrócił głowę.
— Co zrobiłeś?
— Zostawiłem Costy coś, czego potrzebował, żeby uwierzyć, że wygrał. Prawdziwe strony są w pierścionku.
Zapanowała cisza.
Daniel wskazał złoty krąg na moim palcu.
— Nie ma w nim kamienia. W środku jest zwinięty pasek cienkiego papieru, a na nim numer rachunku. Ten numer prowadzi do pieniędzy Costy i nazwisk ludzi, których kupił.
Poczułam nagły chłód.
— Dlaczego dałeś go Dominicowi?
Daniel spojrzał na syna Isabelli.
— Bo tylko on mógł założyć go na twoją rękę bez wzbudzenia podejrzeń.
— Czyli wszyscy wiedzieliście — powiedziałam. — Wszyscy poza mną.
Isabella podeszła do mnie z pochyloną głową.
— Nie wiedziałam o pierścionku. Wiedziałam tylko, że Daniel żyje. Dominic obiecał mi, że nigdy nie pozwoli, żeby Costa zbliżył się do ciebie.
— I uznał, że może mnie poślubić, kiedy leżałam nieprzytomna?
Dominic zamknął oczy.
— Nie miałem prawa. Chciałem, żebyś przeżyła. To nie usprawiedliwia tego, co zrobiłem.
To był pierwszy raz, gdy jego twarz nie przypominała maski. Nie wyglądał jak człowiek, którego bali się wszyscy w Nowym Jorku. Wyglądał jak ktoś, kto właśnie zrozumiał, że ochrona może stać się kolejną formą więzienia.
— Zdejmij go — powiedziałam.
Dominic bez słowa wyjął pierścionek z mojego palca. Jego dłoń drżała tak mocno, że metal stuknął o poręcz łóżka.
Daniel odkręcił mikroskopijną obręcz. W środku rzeczywiście znajdował się zwinięty pasek papieru.
— Numer rachunku — powiedział. — Ale to nie wszystko. Costa nie porwał Ellen, żeby zdobyć tę listę. Porwał ją, bo ona ma oryginał.
— Jaki oryginał?
Daniel spojrzał na Isabellę.
— Akt zgonu, który podpisał twój lekarz.
Isabella cofnęła się o krok.
— Mój lekarz?
— Twój mąż. Ojciec Dominica. To on pomógł Costy udawać śmierć Daniela. Potem zaczął szantażować wszystkich, którzy znali prawdę. Ellen przechowała dowód, bo bała się, że jeśli go odda, Costa zabije ciebie.
Dominic pobladł.
— Mój ojciec nie żyje od ośmiu lat.
— Nie potrzebował żyć — odparł Daniel. — Zostawił ludzi, którzy nadal dla niego pracują.
Wtedy zadzwonił telefon. Tym razem na ekranie pojawił się numer mojej matki.
Odebrałam.
— Mara? — Jej oddech był urywany. — Nie jedź do magazynu. Costa chce, żeby Dominic przyniósł mu pierścionek.
— Mamo, gdzie jesteś?
— W miejscu, którego nikt z nich nie sprawdzi. W starym teatrze na Dziewięćdziesiątej Ulicy. Twój ojciec zna wejście pod sceną.
Daniel zamknął oczy.
— Powinnaś była uciec dalej.
— Uciekałam wystarczająco długo — odpowiedziała Ellen. — A teraz posłuchaj mnie, córko. Nie ufaj Dominicowi, dopóki nie pokaże ci, co naprawdę zrobił z pieniędzmi Costy.
Połączenie się urwało.
Dominic nie czekał na pytania. Wyjął z kieszeni telefon, otworzył rachunki i podał mi ekran. Przez piętnaście lat przelewał pieniądze na konto kliniki w Cleveland. Nie z własnego majątku. Z pieniędzy zabranych ludziom Costy.
— Płaciłeś za leczenie mamy? — zapytałam.
— Tak.
— Dlaczego nigdy nie powiedziałeś?
— Bo wtedy wiedziałabyś, że cię obserwuję. A ja chciałem, żebyś miała choć jedną rzecz, która nie była związana ze mną.
— Nie miałam. Nawet śmierć ojca była kłamstwem.
Wstałam, choć nogi natychmiast się pode mną ugięły. Dominic wyciągnął rękę, ale jej nie przyjęłam. Oparłam się o stojak kroplówki.
— Zabierz mnie do teatru.
— Lekarka się nie zgodzi.
— To nie będzie jej decyzja.
Pojechaliśmy pod scenę starego teatru kilka minut przed północą. Dominic chciał wejść pierwszy, lecz zatrzymałam go dłonią.
— Tym razem idę przed tobą.
W środku pachniało kurzem, mokrym drewnem i środkiem do czyszczenia siedzeń. Nad widownią wisiała podarta kurtyna. Daniel znalazł klapę pod deskami sceny, a Enzo odsunął ciężką belkę.
Ellen siedziała na składanym krześle. Miała rozcięty łuk brwiowy, lecz kiedy mnie zobaczyła, próbowała wstać.
— Nie ruszaj się — powiedziałam.
— Ty też powinnaś leżeć w szpitalu.
— Wszyscy mówią mi, co powinnam robić.
Uśmiechnęła się blado.
— To znaczy, że wracasz do sił.
Nie zdążyłam odpowiedzieć, bo z widowni dobiegł powolny aplauz.
Victor Costa wyszedł spomiędzy foteli. Nie wyglądał jak potwór. Miał kosztowny płaszcz, laskę z hebanową gałką i twarz człowieka, który przez całe życie kupował cudze milczenie.
— Rodzinne spotkanie — powiedział. — Szkoda, że tak późno.
Dominic stanął przede mną.
— Podejdź jeszcze krok, a nie wyjdziesz z tego teatru.
Costa uśmiechnął się.
— Właśnie dlatego potrzebowałem Mary. Ty zawsze rzucasz się między kulę a człowieka, którego chcesz ocalić.
— Nie jestem rzeczą — powiedziałam.
— Nie. Jesteś kluczem.
Wyjął z kieszeni zdjęcie. Było na nim moje łóżko w szpitalu. Złoty pierścionek lśnił na moim palcu.
— Miałem człowieka na oddziale — wyjaśnił. — Widziałem, kiedy Dominic go założył. Chciałem, żeby sam przywiózł mi dowód.
Daniel zrobił krok naprzód.
— A jednak przegrałeś.
Costa spojrzał na niego z niesmakiem.
— Ty miałeś umrzeć.
— Próbowałem. Ale twoi ludzie źle wykonali swoją pracę.
Ellen podniosła z kolan cienką teczkę.
— Nie potrzebujesz pierścionka — powiedziała. — Potrzebujesz tego.
Costa ruszył w jej stronę, lecz Enzo zagrodził mu drogę. Dominic nie wyciągnął broni. Zamiast tego wskazał na balkon.
Tam stały trzy osoby: księgowa Costy, jego kierowca i lekarz, który podpisał akt zgonu Daniela.
— Przyszli sami — powiedział Dominic. — Zabrali kopie rachunków i nazwiska. Nie chcą już ginąć za człowieka, który traci kontrolę.
Costa rozejrzał się po teatrze. Zrozumiał, że nie otaczają go wrogowie. Otaczali go ludzie, którzy przestali się bać.
— Myślisz, że to koniec? — syknął.
— Nie — odpowiedziałam. — To dopiero moment, w którym wszyscy poznają początek.
Podałam Enzowi teczkę, a on przekazał dokumenty dziennikarzom czekającym za kulisami. Nie było potrzeby, by Dominic urządzał egzekucję ani bym prosiła o litość. Costa stracił to, co było dla niego ważniejsze niż pieniądze: ludzi, którzy wykonywali jego rozkazy.
Księgowa odwróciła się do niego.
— To ja prowadziłam rachunki. I to ja przekażę je wszystkim, którzy będą pytać.
Lekarz spuścił głowę.
— Podpisałem akt za pieniądze. Mam kopię.
Kierowca odłożył kluczyki na fotel.
— Nie zawiozę cię już nigdzie.
Costa zacisnął dłoń na lasce. Przez chwilę wyglądał, jakby chciał ruszyć na mnie. Dominic wystąpił naprzód, ale go zatrzymałam.
— Nie — powiedziałam. — Niech sam przejdzie przez to, co zbudował.
Następnego dnia rachunki trafiły do gazet, a majątek Costy został zamrożony przez ludzi, których wcześniej przekupywał. Nie potrzebowałam patrzeć na jego upadek. Wystarczyło, że klinika oddzwoniła do matki i potwierdziła, że leczenie będzie kontynuowane bez żadnych pieniędzy od niego.
Daniel został przy nas, choć jego obecność nie naprawiła piętnastu lat. Nie udawał, że może je odzyskać.
— Nie proszę, żebyś mi wybaczyła — powiedział, kiedy siedzieliśmy pod sceną teatru. — Proszę tylko, żebyś pozwoliła mi mówić prawdę od dziś.
Spojrzałam na jego dłonie. Były poorane bliznami i drżały.
— Zacznij od wszystkiego — odpowiedziałam.
Dominic oddał mi pierścionek, ale nie próbował go założyć.
— Co z nim zrobisz?
Wzięłam złoty krąg i podałam go Ellen.
— Sprzedamy go. Zapłacimy za jej operację.
Isabella rozpłakała się cicho. Dominic skinął głową, jakby rozumiał, że to jedyna właściwa cena za obietnicę, której nigdy nie miał prawa składać za mnie.
Później, gdy chirurg zszywał mi bok, matka siedziała przy łóżku, a ojciec czekał na korytarzu. Dominic stał przy automacie z kawą i nie próbował wejść.
Poprosiłam, żeby go wpuszczono.
— Nie jestem twoją żoną — powiedziałam.
— Wiem.
— Nie jestem też twoim długiem ani dowodem, który masz chronić.
— Wiem.
— Jeśli kiedykolwiek będziesz chciał być blisko mnie, zapytasz. Nie zdecydujesz za mnie.
— Zapytam.
Nie obiecałam mu miłości. Nie obiecałam wybaczenia. Położyłam tylko na stoliku mosiężny klucz, ten sam, który ojciec chciał mi dać piętnaście lat wcześniej.
— Jutro otworzymy skrytkę razem — powiedziałam. — Tym razem nikt nie będzie mówił, co znajduje się za zamkiem.
Daniel spojrzał na klucz, a potem na mnie.
— Jest tam jeszcze jedna rzecz.
— Jaka?
— List, którego nie wysłałem w dniu, kiedy miałem umrzeć.
Wzięłam klucz do ręki. Metal był ciepły od jego dłoni.
— To jutro przeczytam go sama — powiedziałam.
Za szybą Dominic patrzył, jak chowam klucz pod poduszkę, a na korytarzu Ellen po raz pierwszy od piętnastu lat czekała na rozmowę, której nikt nie mógł już za nas przeprowadzić.
Przegapiłeś początek?






