CZĘŚĆ 4 — Poprosiłam umierającego szefa mafii, żeby nie dotykał mnie za pieniądze — wtedy jego brat wszedł do pokoju i nagle zbladł

CZĘŚĆ 4

— Etta, muszę ci coś powiedzieć, zanim pojedziemy…

Telefon wciąż leżał na stoliku. Z głośnika dobiegał spokojny głos kobiety z banku, ale Emilio poprosił ją, żeby zaczekała.

W oranżerii pachniało wilgotną ziemią i rozgniecionymi liśćmi mięty. Wszystkie okna były otwarte. Po raz pierwszy od wielu miesięcy powietrze nie przechodziło przez filtr, kratkę ani cudzą decyzję.

— Co podpisała moja matka? — zapytałam.

Emilio usiadł na ławce przy drzewku pomarańczowym. Miał twarz człowieka, który nie boi się już umierać, tylko mówić.

— Nie wiem wszystkiego. Wiem, że dwadzieścia lat temu moja matka przelała pieniądze na konto fundacji w twoim imieniu.

Roześmiałam się krótko, bez radości.

— W moim imieniu?

— Etta Malloy.

— Moja matka nie miała konta. Nie miała nawet własnego mieszkania.

— Miała konto, którego nie znałaś.

Prentiss zatrzymał się przy stole. Silas siedział na krześle, z gazikiem przyklejonym do brwi. Rafe’a nie było już w oranżerii, ale jego obecność wisiała nad nami jak zapach z wyłączonego dyfuzora.

— Kto dzwoni? — zapytałam.

Emilio wziął telefon.

— Pani Vollen, proszę powiedzieć jej wszystko.

Kobieta po drugiej stronie wyjaśniła, że przed laty na konto powiernicze wpłacono pieniądze dla dziecka nazwiskiem Malloy. W dokumentach jako opiekun figurowała moja matka, Nora. Pieniądze miały zostać wypłacone, kiedy skończę dwadzieścia pięć lat.

— Dlaczego nikt mi o tym nie powiedział? — zapytałam.

— Konto zostało zamrożone po śmierci pańskiej matki — odpowiedziała bankierka. — Ostatnia osoba, która je odwiedziła, użyła pełnomocnictwa wystawionego przez Rafe’a Corsaro.

Wszystko połączyło się w jednej chwili: stary rachunek za pralnię, który znalazłam w kieszeni płaszcza matki; jej paniczny lęk przed nazwiskiem Corsaro; list, którego nigdy mi nie pozwoliła otworzyć.

Emilio patrzył na moje dłonie.

— Twoja matka pracowała kiedyś w domu mojej rodziny. Nie jako sprzątaczka. Była księgową.

— Wiedziałeś?

— Wiedziałem, że istniała. Nie wiedziałem, że miała dziecko.

— A potem?

Emilio przełknął ślinę.

— Rafe odkrył, że mój ojciec ukradł pieniądze z fundacji prowadzonej przez Norę. Twoja matka zagroziła, że powie prawdę. Wtedy dostała pieniądze za milczenie i zniknęła z miasta.

— Za milczenie?

— Tak. Ale moja matka wpłaciła osobną sumę na twoje nazwisko, żebyś nie została bez niczego. Rafe przejął pełnomocnictwo. Przez lata pobierał odsetki i przelewał je na konta firm, które kontrolował.

Poczułam, jak podłoga odpływa mi spod stóp.

— A ty?

— Dowiedziałem się dopiero dziś.

— Nie. — Spojrzałam na niego. — Dowiedziałeś się dzisiaj, że ktoś próbował mnie okraść. Ale wcześniej wiedziałeś, że moja matka była związana z twoją rodziną.

Emilio opuścił głowę.

— Podejrzewałem. Dlatego wysłałem próbkę z twojej kieszeni do laboratorium.

— Myślałeś, że jestem podstawiona?

— Myślałem, że ktoś przysłał cię do domu.

Ta prawda zabolała bardziej niż pieniądze.

— A kiedy zobaczyłeś, że jestem tylko kobietą, która pracuje po nocach i nosi w kieszeni suszoną skórkę pomarańczy?

— Zrozumiałem, że przez całe życie patrzyłem na ludzi jak na narzędzia.

Silas odchrząknął.

— To nie wystarczy.

Emilio podniósł wzrok.

— Wiem.

Właśnie wtedy do oranżerii wrócił Rafe. Nie miał marynarki, a na jego policzku widniało zadrapanie. W ręku trzymał klucz z czerwoną emalią.

— To wszystko bez znaczenia — powiedział. — Konto jest moje. Dokument podpisała Nora.

— Podpis jest podrobiony — odpowiedziała bankierka przez telefon. — Mamy oryginalne pełnomocnictwo oraz próbki pisma z archiwum fundacji.

Rafe spojrzał na telefon, jakby kobieta mogła wyjść z niego i stanąć przed nim.

— Emilio, powiedz jej, że to kłamstwo.

— Nie mogę.

— Możesz. Zawsze mogłeś.

— Właśnie dlatego prawie umarłem.

Rafe podszedł do stołu. Silas wstał, ale Emilio uniósł dłoń.

— Niech mówi.

— Chciałem przejąć firmę — powiedział Rafe. — Tak. Chciałem pieniędzy. Ale nie tylko. Ojciec zostawił ją tobie, bo byłeś starszy i bardziej bezwzględny. Ja przez lata sprzątałem po twoich błędach. Kiedy zacząłeś mięknąć, wiedziałem, że wszystko stracimy.

— Nie wszystko — odpowiedział Emilio. — Straciłbyś mnie.

Rafe zadrżał.

— To miała być choroba. Lekarze mieli ją opisać, nie ja. Nikt nie miał wiedzieć.

Doktor Prentiss zamknął oczy.

— A jednak powiedziałeś to właśnie teraz.

Rafe zorientował się, że bankierka nadal słucha. Cofnął rękę od telefonu, ale było za późno. Nie potrzebowaliśmy nagrania. Jego słowa padły przed świadkami, w obecności lekarza, pracowników i człowieka, który zamontował przewód.

Emilio wskazał na prawników.

— Przygotujcie rozwiązanie wszystkich pełnomocnictw Rafe’a. Sprzedajcie część udziałów, spłaćcie pracowników i oddajcie pieniądze z konta Malloy.

— A reszta? — zapytałam.

— Zamknę legalnie, co trzeba zamknąć. Nie zostawię po sobie firmy, która żywi się strachem.

Rafe zacisnął szczękę.

— Bez tego nazwiska będziesz nikim.

Emilio spojrzał na niego długo.

— Możliwe. Ale przynajmniej będę żył wystarczająco długo, żeby się o tym przekonać.

Rafe wyszedł pod eskortą ochroniarzy. Nie zabrali go do piwnicy ani nie oddali ludziom, których kiedyś zastraszał. Emilio przekazał dokumenty władzom i księgowym, a potem pozbawił brata dostępu do każdego konta, każdego magazynu i każdego człowieka, który pracował dla rodziny.

To było dla Rafe’a gorsze niż groźba.

Stracił nie pieniądze, ale posłuch.

Przez następne dni lekarze usunęli przewód, zbadali instalację i podali Emilio leczenie. Jego stan nie poprawił się nagle. Nadal kaszlał. Nadal potrzebował laski. Nadal budził się w nocy z dłonią przyciśniętą do piersi.

Ale wyniki przestały się pogarszać.

A ja nie zostałam w domu jako służąca.

Złożyłam wypowiedzenie przy stole w jadalni, gdzie wcześniej nigdy nie siadałam.

— Chcę zobaczyć dokumenty Nory — powiedziałam.

— Wszystkie dostaniesz.

— Chcę też, żeby fundusz nosił jej nazwisko, nie twoje.

Emilio skinął głową.

— Tak będzie.

— I nie będę pracować za darmo przy twoim leczeniu.

— Ile chcesz?

— Tyle, ile płaci się kobiecie, która uratowała ci życie, zauważyła truciznę i przez dziewiętnaście miesięcy wykonywała pracę za trzy osoby.

Prawnik zakrztusił się kawą. Emilio się uśmiechnął.

— To uczciwa cena.

Tydzień później wrócił do oranżerii. Stał przy usuniętej kratce wentylacyjnej, opierając się na lasce. W ścianie pozostał prostokąt świeżego tynku, jaśniejszy od reszty.

W dłoni trzymał mój mały materiałowy woreczek z suszoną skórką pomarańczy, lawendą i cedrem. Znalazł go na półce, kiedy opróżniano sypialnię.

— Mogę? — zapytał.

Spojrzałam na niego.

— Możesz co?

— Przytrzymać cię. Tylko raz. Nie za pieniądze, nie dlatego, że się boisz, i nie dlatego, że ja czegoś potrzebuję.

Przez chwilę słyszałam tylko wodę w fontannie.

Podeszłam do niego sama.

Objął mnie ostrożnie, jakby moje ciało było czymś, czego nie wolno posiadać. Jego broda dotknęła mojego ramienia. Czułam zapach lekarstwa, liści pomarańczy i materiału nasiąkniętego lawendą.

— Za krótko? — zapytał.

— Wystarczy.

Kiedy się odsunęłam, wcisnęłam mu woreczek do dłoni.

— Zatrzymaj go.

— Dlaczego?

— Żebyś pamiętał, że nie wszystko, co ratuje człowieka, można kupić w laboratorium.

Emilio spojrzał na popękaną ceramiczną pokrywę dyfuzora. Sam zaniósł ją do kosza na odpady, a potem wrócił do stołu, gdzie czekały dokumenty fundacji Nory Malloy.

Podpisał pierwszy z nich drżącą ręką.

Atrament rozlał się przy jego nazwisku, ale podpis mojej matki pozostał wyraźny.

Etta Malloy.

Nie było tam mojego podpisu.

Jeszcze nie.

Najpierw przeczytałam wszystko do końca, a Emilio czekał, aż odłożę pióro.

W oranżerii zakwitła pomarańcza, choć żadna z nas nie pamiętała, kiedy pojawiły się kwiaty.

— Emilio — powiedziałam. — Otwórzmy wszystkie okna.

Tym razem nie zapytał o lekarza.

Podał mi klucz do starego zamka technicznego.

A ja wyrzuciłam go do fontanny, gdzie zniknął pod kręgami wody.

Оцените статью