CZĘŚĆ 4
…Marta nie pozwoliła mi przeczytać listu w sklepie. Zabrała kopertę z moich dłoni i rozejrzała się po alejce, jakby nawet ściany mogły mieć uszy.
— Nie tutaj — powiedziała. — Ten list zmienia wszystko.
— Co zmienia? — zapytałam.
— To, komu możesz ufać.
Gabriel wskazał boczne wyjście. Jego ludzie ustawili się między nami a wejściem, choć nikt już nie próbował nas zatrzymać. Natan stał przy chłodziarce z ręką wykręconą za plecy. Jessica płakała bezgłośnie, ścierając tusz z policzków.
— Klara, nie idź z nim — powiedział Natan.
Odwróciłam się.
— Właśnie ty nie masz prawa mówić mi, z kim mam iść.
— Nie rozumiesz, kim on jest.
Gabriel spojrzał na niego chłodno.
— Ona rozumie więcej, niż myślisz.
— On cię wykorzysta! — krzyknął Natan. — Duca nie pomaga ludziom bez powodu.
— Ty również nie pomagałeś bez powodu — odpowiedziałam. — Różnica polega na tym, że on przynajmniej nie udawał, że daje mi miłość.
Natan szarpnął się, lecz ochroniarz docisnął jego ramię do metalu.
Wyszliśmy przez zaplecze do wąskiej uliczki. Była dziewiętnasta czterdzieści. Deszcz zamienił bruk w czarne lustro, a z kuchni sklepu pachniało rozgrzanym olejem i mokrym kartonem. Gabriel zdjął marynarkę i narzucił ją na moje ramiona.
— Nie potrzebuję ochrony z litości — powiedziałam.
— To nie litość.
— Więc co?
— Odpowiedzialność.
Zatrzymałam się.
— Za dziecko?
— Za ciebie. Dziecko jest częścią tej odpowiedzialności.
Marta zaprowadziła nas do samochodu. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, podała mi list. Papier pachniał lawendą. Moja matka zawsze wkładała suszone kwiaty do szuflad, nawet gdy lekarz mówił jej, że zostało jej zaledwie kilka tygodni.
Rozłożyłam kartkę.
Klaro, jeśli czytasz ten list, twój ojciec żyje.
Słowa zaczęły drżeć przed oczami.
Mój ojciec zginął podczas pożaru magazynu, kiedy miałam sześć lat. Tak powtarzano mi przez całe życie. Matka nigdy nie mówiła o nim długo. Każde pytanie kończyła tym samym: Nie wracaj do tego, kochanie.
Czytałam dalej.
Twój ojciec nie był niewinnym człowiekiem. Prowadził interesy z rodziną Duca i próbował odejść, kiedy zrozumiał, że ich długi zostaną zrzucone na ciebie. Zaaranżował własną śmierć, by cię ocalić. Gabriel wiedział, że żyje, lecz obiecał, że nie zdradzi jego kryjówki, dopóki ty będziesz bezpieczna.
Podniosłam wzrok.
— Ty wiedziałeś?
Gabriel siedział naprzeciwko. Jego twarz była napięta, ale nie odwracał wzroku.
— Wiedziałem, że twój ojciec przeżył pożar. Nie wiedziałem, gdzie jest od dziewięciu lat.
— A moja matka?
— Była przekonana, że odnajdzie cię przez fundusz. Zostawiła go, byś mogła odejść od każdego, kto próbowałby cię kontrolować.
Marta położyła na siedzeniu metalowe pudełko.
— To znaleziono w kancelarii pani matki. Jest tam drugi list, adres i klucz do skrytki.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi tego wcześniej? — zapytałam.
— Bo bałam się Natana. I dlatego, że przez rok byłam jego sekretarką. To ja przepisywałam dokumenty. To ja rozpoznałam pani podpis i milczałam.
Jej głos pękł.
— Dziś rano zobaczyłam zlecenie na obserwowanie pani. Zrozumiałam, że jeśli nadal będę milczeć, ktoś może panią skrzywdzić. Zabrałam oryginały i uciekłam.
Nie wiedziałam, co powiedzieć. Wstyd Marty był ciężki, ale prawdziwy. Nie prosiła o przebaczenie. Po prostu położyła dowody na moich kolanach.
— Dokąd jedziemy? — zapytałam.
— Do starej stacji promowej — odparł Gabriel. — Jeśli twój ojciec naprawdę się odezwał, będzie tam wiadomość.
— Skąd wiesz?
— Bo człowiek, który przez dziewięć lat ukrywał się dla dobra córki, nie napisałby listu bez planu.
Stacja promowa leżała nad rzeką, za opuszczonym magazynem. Była dwudziesta druga trzydzieści, gdy weszliśmy do hali. Z sufitu zwisały przewody, a pod butami chrzęściło szkło. Mój brzuch twardniał ze stresu.
Gabriel zauważył to natychmiast.
— Usiądź.
— Nie rozkazuj mi.
— Proszę.
To jedno słowo sprawiło, że usiadłam na drewnianej skrzyni.
Marta otworzyła metalowe pudełko. W środku leżał klucz, list i zdjęcie mężczyzny stojącego przy rzece. Miał moje oczy.
Na odwrocie zdjęcia zapisano adres małej kliniki w New Jersey oraz godzinę: dwudziesta trzecia.
— To dzisiaj — wyszeptałam.
Wtedy usłyszeliśmy silnik.
Nie jeden. Dwa samochody zatrzymały się przed halą.
Ludzie Gabriela wyciągnęli broń, lecz on uniósł dłoń.
— Nie strzelajcie — powiedział. — Jeśli to mój ojciec, chcę usłyszeć, dlaczego tu przyszedł.
Drzwi hali otworzyły się z hukiem. Do środka wszedł siwy mężczyzna w brązowym płaszczu. Trzymał laskę z mosiężną gałką. Zatrzymał się kilka kroków ode mnie.
Patrzył na mój brzuch, jak Gabriel patrzył w sklepie.
— Klara — powiedział.
To był mój ojciec.
Podszedł do mnie, lecz Gabriel stanął między nami.
— Jeśli ją skrzywdzisz, nie wyjdziesz stąd.
Mężczyzna spojrzał na niego.
— Gabriel Duca. Nadal myślisz, że wszystko możesz naprawić pieniędzmi i strachem?
— Nie. Tym razem próbuję naprawić to, co zrobiliśmy twojej córce.
Ojciec przeniósł wzrok na mnie.
— Nie przyszedłem prosić o wybaczenie.
— To dobrze — odpowiedziałam. — Nie jestem gotowa go udzielić.
Jego palce zacisnęły się na lasce.
— Natan znalazł testament, bo sprzedał mu go człowiek Gabriela. Fundusz był tylko początkiem. Prawdziwym celem było przejęcie ksiąg rodziny Duca. Twoja matka ukryła je w skrytce razem z dowodami na ludzi, którzy przez lata wykorzystywali moją śmierć.
Gabriel zesztywniał.
— Kto sprzedał testament?
Ojciec podał mu drugą kartkę.
— Twój kuzyn Stefano. To on kazał śledzić Klarę. Natan był jego narzędziem.
W jednej chwili zrozumiałam, że mój lęk przed Gabrielem nie był wymysłem. Ostrzeżenie w płaszczu rzeczywiście pochodziło od człowieka z jego świata. Gabriel nie wysłał go, ale przez lata pozwalał, by ludzie tacy jak Stefano działali pod jego nazwiskiem.
— Powiedziałeś, że mnie ochronisz — powiedziałam.
— Chciałem.
— Nie pytałam, czego chciałeś. Pytałam, co zrobisz teraz.
Gabriel odwrócił się do swoich ludzi.
— Zadzwońcie do banku. Zablokujcie wszystkie rachunki Stefano. Przekażcie księgi zarządowi funduszu i prawnikom Klary. Żadnych układów. Żadnych ostrzeżeń.
Marta patrzyła na niego z niedowierzaniem.
— Jeśli to zrobisz, stracisz połowę ludzi.
— Jeśli tego nie zrobię, stracę coś ważniejszego.
Spojrzał na mnie.
Nie musiałam pytać, co miał na myśli.
Wtedy usłyszeliśmy kroki za ścianą. Stefano wszedł do hali z pistoletem w dłoni. Za nim stał Natan, którego najwyraźniej wypuszczono tylko po to, by doprowadził ich do nas.
— Gabriel — powiedział Stefano. — Oddaj księgi, a kobieta wyjdzie cała.
Natan spojrzał na mnie.
— Klara, chodź do mnie. Nadal mogę cię uratować.
Zaśmiałam się krótko, choć wcale nie było mi do śmiechu.
— Ty nawet nie wiesz, czym jest ratunek.
Stefano uniósł broń.
Gabriel wykonał krok, lecz położyłam dłoń na jego ramieniu.
— Nie.
— Klara.
— To moja rozmowa.
Wyjęłam z metalowego pudełka kartkę z podrobionym podpisem i podniosłam ją tak, by Natan ją zobaczył.
— Chciałeś, żebym podpisała pełnomocnictwo, bo bałeś się, że po urodzeniu dziecka nie będziesz miał dostępu do funduszu. Ale nie wiedziałeś o jednym.
Natan zmarszczył brwi.
— O czym?
— Testament przewidywał, że jeśli ktokolwiek spróbuje przejąć pieniądze podstępem, fundusz przechodzi pod zarząd niezależnej rady. Nie dostaniesz ani dolara.
Stefano odwrócił się do niego.
— Mówiłeś, że pieniądze będą twoje.
— Miały być! — krzyknął Natan.
To wystarczyło. Stefano zrozumiał, że został oszukany przez człowieka, którego uważał za użytecznego. Opuścił broń o kilka centymetrów.
Gabriel wykorzystał ten moment. Jego ludzie rzucili się naprzód. Rozległ się huk, lecz kula trafiła w metalową kolumnę. Gabriel przewrócił Stefano na ziemię, a mój ojciec uderzył laską w dłoń Natana. Broń potoczyła się po betonie.
Nie było triumfu. Był tylko zapach prochu, mój przyspieszony oddech i ból w brzuchu, który przeszył mnie tak mocno, że zgięłam się wpół.
Gabriel dopadł do mnie.
— Dziecko?
— Żyje. Ja też.
Marta pobiegła po samochód. Mój ojciec uklęknął przede mną, ciężko oddychając.
— Chciałem wrócić wcześniej — powiedział.
— Ale nie wróciłeś.
— Bałem się, że sprowadzę ich do ciebie.
— A ja całe życie bałam się, że nikogo nie mam.
Nie umiałam go przytulić. Jeszcze nie. Położyłam tylko dłoń na jego ramieniu. To było wszystko, co mogłam dać.
W klinice lekarz zbadał mnie i powiedział, że dziecko jest bezpieczne, ale stres mógł wywołać przedwczesne skurcze. Gabriel siedział na korytarzu, zakrwawiony przy skroni. Nie próbował wejść do sali bez pytania.
Kiedy wyszłam, podniósł się.
— Nie musisz ze mną zostać — powiedziałam.
— Wiem.
— Nie chcę życia w strachu.
— Ja też nie chcę, żebyś je miała.
— Nie możesz mi tego obiecać.
— Mogę obiecać, że rozwiążę wszystkie interesy, przez które twoje nazwisko stało się celem. Nawet jeśli zostanę z niczym.
Spojrzałam na jego rozciętą skroń.
— A jeśli po tym wszystkim nie będę chciała cię znać?
Gabriel przyjął to bez protestu.
— Wtedy dostaniesz wszystkie dokumenty, pieniądze i ochronę. Bez warunków.
To nie była wielka deklaracja. Nie prosił mnie, żebym zapomniała o strachu. Nie udawał, że jeden pocałunek w sklepie naprawi pięć miesięcy milczenia.
— Chcę przeczytać wszystkie dokumenty — powiedziałam. — Sama.
— Dostaniesz je.
— Chcę też, żeby mój ojciec powiedział mi całą prawdę.
— Powie.
— I nie chcę więcej żadnych ludzi śledzących mnie bez mojej wiedzy.
— Nigdy.
— Gabriel.
— Rozumiem.
Tej nocy Natan został zatrzymany przez ludzi z zarządu funduszu, zanim zdążył uciec. Nie dlatego, że Gabriel kazał go ukarać, lecz dlatego, że podpisy, przelewy i zeznania Marty były już poza jego kontrolą. Jessica oddała swój telefon i potwierdziła wszystko, co widziała. Stefano stracił władzę nad rodziną Duca, gdy Gabriel przekazał księgi niezależnej radzie. Nie odzyskał dawnego imperium. Sam je rozmontował, kawałek po kawałku, żeby nikt nie mógł już użyć go przeciwko mnie.
Marta została świadkiem i potem rozpoczęła pracę w funduszu, tym razem pod nadzorem rady. Nie prosiła o zapomnienie. Każdego tygodnia przynosiła mi kopie dokumentów i cierpliwie odpowiadała na pytania.
Mój ojciec zamieszkał w małym mieszkaniu niedaleko kliniki. Nie nazywałam go tatą. Jeszcze nie. Ale pewnego ranka zapytałam, jak wyglądała moja matka w dniu, kiedy się urodziłam, i opowiadał przez godzinę, trzymając w dłoni laskę z mosiężną gałką.
Gabriel dotrzymał słowa. Przyniósł mi akta bez ochroniarzy pod drzwiami, bez nacisku i bez kwiatów, których nie lubiłam. Na pierwszej stronie funduszu znalazłam nowy zapis: decyzje dotyczące pieniędzy należą wyłącznie do Klary Hayes.
Pod spodem widniał jego podpis.
Nie wyszłam za niego. Nie zamieszkałam w jego domu. Nie udawałam, że strach znika tylko dlatego, że człowiek, którego kocham, nauczył się klękać przed moimi granicami.
Ale pozwoliłam mu być obecnym.
Pewnego popołudnia spotkaliśmy się w tym samym sklepie. Kupiłam mleko, jajka i witaminy, nie licząc monet. Przy kasie położyłam dłoń na brzuchu. Dziecko poruszyło się dokładnie wtedy, gdy Gabriel podsunął mi rachunek.
— To chyba protest przeciwko cenom — powiedział.
— Albo przypomina ci, że nie wszystko da się kupić.
Uśmiechnął się.
— Tego nauczyłaś mnie ty.
Na odwrocie rachunku kasjerka dopisała godzinę kolejnej wizyty u położnika. Gabriel przeczytał ją i schował papier do kieszeni.
— Pojadę z tobą, jeśli pozwolisz.
Spojrzałam na niego, na bliznę przy skroni i na człowieka, który po raz pierwszy nie próbował podejmować decyzji za mnie.
— Możesz jechać — powiedziałam. — Ale ja prowadzę rozmowę.
— Zgoda.
Za naszymi plecami lodówki znów zaczęły cicho buczeć. A pod moją dłonią dziecko kopnęło tak mocno, że Gabriel aż uniósł głowę.
— Poczułeś? — zapytałam.
— Tak.
— To niech zapamięta twój głos.
Gabriel położył rękę na mojej, a ja nie cofnęłam jej.
— Jestem tutaj — powiedział do dziecka. — Tym razem naprawdę.
Przegapiłeś początek?






