CZĘŚĆ 4
— Obraz? — powtórzyłam.
Klara skinęła głową, a Robert Hale mocniej przycisnął broń do jej boku.
— Nie próbuj żadnych sztuczek — syknął. — Oddaj teczkę.
Lucian uniósł ręce.
— Możesz zabrać dokumenty. Nie możesz cofnąć tego, co już zostało wysłane.
Hale uśmiechnął się krzywo.
— Nikt niczego nie wysłał.
— Jesteś tego pewien?
W piwnicy słychać było kapanie wody. Kropla spadła z rury na metalowy stół. Klara patrzyła na mnie nieruchomo, jakby próbowała przekazać mi instrukcję samym spojrzeniem.
Obraz.
Mój niedokończony obraz wisiał w mieszkaniu przy oknie. Przypomniałam sobie, że trzy miesiące wcześniej Klara przyszła do mnie późno w nocy. Była roztrzęsiona. Prosiła, żebym pozwoliła jej zostać do rana, lecz następnego dnia zniknęła, zanim się obudziłam.
Powiedziała wtedy tylko:
— Nie wyrzucaj obrazu, nawet jeśli ci się nie podoba.
Uznałam, że chodzi o malowidło. Teraz zrozumiałam, że mówiła o czymś innym.
— Hale — powiedziałam — jeśli oddam teczkę, wypuścisz Klarę?
— Oczywiście.
— Kłamiesz — odezwała się Nora.
Hale odwrócił głowę.
To wystarczyło.
Lucian rzucił metalowym krzesłem w lampę. Pomieszczenie pogrążyło się w ciemności. Rozległ się krzyk, huk i szuranie butów. Chwyciłam Klarę za rękę, gdy jej ciało osunęło się obok stołu. Lucian odepchnął Hale’a, a Nora zatrzasnęła drzwi od środka.
— Biegnijcie! — krzyknęła.
Na schodach Klara potknęła się. Podtrzymałam ją, czując ciepło krwi na jej bluzce.
— Kula przeszła bokiem — wyszeptała. — Nic mi nie będzie.
— Powiedz mi o obrazie.
— W ramie jest karta pamięci. Zeskanowałam wszystkie prawdziwe wyniki i umowy. Bałam się, że jeśli zostawię je w klinice, Hale je usunie.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
Klara zatrzymała się na schodach.
— Bo Hale zagroził, że jeśli się odezwę, wyśle ludzi do ciebie. Myślałam, że zdołam znaleźć pomoc. Potem zamknął mnie w magazynie kliniki.
— A Lucian?
— Lucian próbował mnie stamtąd wyciągnąć. Nie zdążył. Dlatego zostawiłam ci numer.
Na parterze czekały już dwa samochody. Lucian otworzył tylne drzwi pierwszego, lecz ja nie wsiadłam.
— Muszę wrócić po kartę.
— Nie teraz.
— Całe moje życie zależy od tego, co jest w tej ramie.
— I dlatego pojedziemy razem.
O trzeciej nad ranem wbiegliśmy do mojego mieszkania. Na korytarzu leżał rozbity wazon, a zamek był wyłamany. Obraz stał tam, gdzie go zostawiłam, lecz płótno zostało przecięte nożem.
Rama była pusta.
Klara jęknęła.
— Nie. Ja ją tam schowałam.
Podniosłam płótno. Na podłogę spadła mała mosiężna klamra z wygrawerowanymi literami „K.C.”. Nie należała do obrazu. Należała do starej teczki, którą matka trzymała w szufladzie.
Lucian spojrzał na mnie.
— Ktoś był tu przed nami.
Wtedy przypomniałam sobie o jedynym człowieku, który miał klucz do mieszkania po śmierci matki: moim wuju Danielu.
Zadzwoniłam do niego.
Odebrał po pierwszym sygnale.
— Amelio — powiedział. — Nie przyjeżdżaj do mnie.
Za jego plecami usłyszałam głos Hale’a.
— Wujku, gdzie jesteś?
Daniel zaczął płakać.
— W dawnej pracowni matki. On chce, żebym podpisał przeniesienie mieszkania. Powiedział, że inaczej zabije Klarę.
— Klara jest ze mną.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— W takim razie ma drugiego zakładnika — szepnął Daniel. — Twojego lekarza.
Dopiero wtedy zrozumiałam, że Hale nie uciekł do domu ani do kliniki. Zabrał doktora Vance’a, człowieka, który mógł potwierdzić fałszerstwo.
Wuj podał adres pracowni.
Pojechaliśmy tam przed świtem. Budynek stał przy starej przystani, gdzie matka przez lata malowała łodzie. Drzwi były otwarte. W środku pachniało terpentyną i mokrym drewnem.
Daniel siedział przy stole, z rozciętym czołem. Vance klęczał pod ścianą, związany przewodem elektrycznym. Hale trzymał dokumenty i długopis.
— Podpisz, Daniel — powiedział. — Potem wszyscy wyjdziemy stąd żywi.
— Nie wyjdziecie — odezwałam się.
Hale odwrócił się gwałtownie.
— Ty naprawdę nie rozumiesz, z kim zadzierasz.
— Rozumiem aż za dobrze. Chciałeś moje mieszkanie, bo pod nim jest magazyn kliniki. Chciałeś dokumentacji, bo mogła ujawnić, że przez pięć lat okradałeś pacjentów. A mnie uznałeś za łatwy cel, bo byłam chora i samotna.
Vance podniósł głowę.
— Hale, miałeś tylko zmienić wyniki. Nie mówiłeś, że ją zabijesz.
Hale spojrzał na niego z pogardą.
— Ty również brałeś pieniądze.
— Podpisywałem, bo groziłeś mojej córce.
To był nieoczekiwany cios. Vance nie był niewinnym lekarzem, ale też nie on wymyślił cały plan. Przez lata pozwalał, by strach zastępował sumienie.
Lucian zrobił krok naprzód.
— Odłóż broń.
— Myślisz, że boję się twojego nazwiska?
— Nie. Boisz się ludzi, którzy już wiedzą.
Lucian wskazał na telefon leżący na stole.
— Karta z obrazu została znaleziona. Klara wysłała kopie do trzech gazet, zanim Hale ją zamknął. Wszyscy czekają tylko na potwierdzenie lekarza.
Hale roześmiał się nerwowo.
— Karta była w ramie.
— Nie — powiedziałam. — To była przynęta.
Klara wyjęła z kieszeni mały brelok i podała go Lucianowi. W środku znajdowała się karta pamięci.
— Prawdziwą schowałam w zawieszce, którą dałaś mi przed wyjazdem — powiedziała. — Obraz miał tylko odciągnąć ich uwagę.
Twarz Hale’a zmieniła kolor.
Daniel wykorzystał moment, by odsunąć się od stołu. Lucian dopadł Hale’a, zanim ten zdążył podnieść broń. Zabrzmiał jeden strzał, kula uderzyła w drewniany stelaż obrazu, a potem pistolet potoczył się po podłodze.
Nie było żadnej wielkiej bitwy. Tylko ciężki oddech, przewrócone krzesło i Hale przyciśnięty policzkiem do desek.
Vance siedział pod ścianą, trzymając się za nadgarstek.
— Amelia — powiedział. — Twoje leczenie można rozpocząć od razu. Mam wyniki. Prawdziwe.
Patrzyłam na niego długo.
— Ile osób powiedziało ci to samo?
Nie odpowiedział.
Klara podeszła do mnie i objęła mnie tak mocno, że zabolały mnie żebra.
— Przepraszam — wyszeptała.
— Nie znikaj już bez słowa.
— Nie zniknę.
Tego samego ranka dokumenty trafiły do dziennikarzy, zarządu szpitala i ludzi, których Hale przez lata oszukiwał. Nie potrzebowałam znać wszystkich szczegółów późniejszych przesłuchań. Wystarczyło, że klinika przestała działać, konta zostały zamrożone, a mieszkanie pozostało moje.
Lucian zapłacił za moje leczenie, lecz nie pozwoliłam mu nazwać tego długiem.
— To nie jest przysługa — powiedział.
— Wiem. Dlatego oddam ci pieniądze.
— Kiedyś.
— Na pewno.
Spojrzał na mój obraz, którego przecięte płótno leżało na stole.
— Dokończysz go?
— Niebo już jest gotowe. Muszę namalować wodę.
Klara usiadła obok mnie. Daniel naprawiał ramę, a Vance przekazywał lekarzom wszystkie dokumenty, jakby próbował choć część winy zamienić w czyn. Nie wybaczyłam mu. Ale jego zeznania uratowały innych pacjentów.
Tydzień po diagnozie, o dziewiątej rano, pojechałam z Klarą nad ocean. Nie po to, by pożegnać życie. Po to, by zobaczyć kolor, którego nie umiałam namalować.
Wyjęłam z torby pędzel z krzywo przyciętą rączką. Ten sam, którym od miesięcy odkładałam wykończenie obrazu.
Lucian stał kilka kroków dalej i trzymał dwa kubki kawy.
— Nadal jest okropna — powiedział.
— Tym razem ją wypiję.
Fale rozbijały się o brzeg, a ja zanurzyłam pędzel w farbie. Klara podała mi płótno. Na jego odwrocie, pod warstwą starego kleju, znaleźliśmy później mały podpis matki i datę: dzień, w którym kupiła nasze mieszkanie.
Namoczyłam pędzel w głębokim błękicie.
— Amelia — odezwała się Klara. — Co namalujesz najpierw?
Spojrzałam na ocean, a potem na pustą przestrzeń pod pomarańczowym niebem.
— Miejsce, w którym prawda wreszcie ma gdzie wrócić.
I po raz pierwszy farba nie drżała mi w dłoni.
Przegapiłeś początek?






