CZĘŚĆ 4
Telefon babci upadł na kamienną posadzkę i rozsunął się na dwie części. Przez chwilę wszyscy patrzyliśmy na niego, jakby z tego pękniętego urządzenia miał wyjść ktoś, kto wyjaśni całą noc.
Za bramą zatrzymał się drugi samochód.
Nie limuzyna. Stary granatowy samochód dostawczy, z oblepioną śniegiem tablicą i lampą, która migotała przy każdym hamowaniu.
Ojciec puścił oparcie krzesła.
— Nie może tu być.
— Kto? — zapytała Celina.
Adrian nie odpowiedział.
Z samochodu wysiadł mężczyzna w przemoczonym kapeluszu. Miał około siedemdziesięciu lat, laskę z gumową nasadką i skórzaną teczkę przyciśniętą do piersi. Kiedy wszedł do oranżerii, babcia podniosła głowę.
— Tomasz Varga — powiedziała.
Mężczyzna skłonił się lekko.
— Nealo.
Ojciec pobladł jeszcze bardziej.
— Miałeś nie wracać.
— Ty miałeś nie kraść.
Tomasz położył teczkę na stole. Z jej wnętrza wyjął plik dokumentów związanych grubym sznurkiem. Na pierwszej stronie widniało godło niewielkiej firmy inwestycyjnej, tej samej, do której Adrian przelał pieniądze.
— Byłem wspólnikiem tej firmy — wyjaśnił. — Adrian obiecał mi, że za pieniądze z funduszu kupimy teren pod nowy hotel. Nie wiedziałem, że środki zostały wyprowadzone pod fałszywą nazwą renowacji.
Ojciec ruszył ku niemu.
— To ty podpisałeś umowę.
— Podpisałem umowę na legalny projekt. Nie na sprzedaż ziemi, która nie należała do ciebie.
Tomasz wyciągnął ostatnią kartkę. Na dole znajdował się podpis Adriana, a obok odręczna adnotacja o przejęciu oranżerii przez firmę.
— Ten dokument dostałem dzisiaj od Elżbiety — powiedział. — I przywiozłem coś jeszcze.
Położył na stole mały klucz z numerem siedem.
Babcia zamknęła oczy.
— Skrytka w banku.
— Skrytka w banku — potwierdził Tomasz. — Adrian wynajął ją na swoje nazwisko, ale nie potrafił przewidzieć, że bank przechowuje kopie wszystkich pełnomocnictw. W środku jest oryginalna pieczęć Neali i formularz, który próbował podsunąć jej do podpisu podczas pobytu w klinice.
Celina odsunęła się od męża.
— Chciałeś, żeby podpisała sprzedaż, kiedy była pod lekami?
— Potrzebowaliśmy pieniędzy — powiedział Adrian.
— Ty potrzebowałeś pieniędzy — odpowiedziała. — Ja potrzebowałam leczenia.
Jej głos nie drżał już ze strachu. Drżał z rozczarowania, które było znacznie cięższe.
Ojciec spojrzał na mnie.
— Leno, posłuchaj. Wszystko robiłem dla was. Długi, firma, leczenie Celiny… Gdyby hotel powstał, spłaciłbym wszystko. Miałabyś pieniądze. Dom. Bezpieczeństwo.
— A jeśli hotel by nie powstał?
— Powstałby.
— A jeśli ci nie uwierzę?
Wtedy zrobił coś, czego się nie spodziewałam. Nie krzyknął. Nie próbował wyrwać dokumentów. Usiadł na niskim murku przy donicach i zakrył twarz dłońmi.
— Nie umiałem wrócić do życia, które miałem przed długami — powiedział. — Każdy dzień wyglądał jak ściana. Myślałem, że jeśli raz ją przebiję, wszystko się naprawi.
Babcia podeszła do niego, ale zatrzymała się w odległości dwóch kroków.
— Przebiłeś ją kosztem własnej córki.
— Wiem.
To słowo nie przyniosło ulgi. Nie mogło cofnąć mrozu, drzwi ani jego dłoni zaciśniętej na klamce. Czasem człowiek przyznaje się do winy dopiero wtedy, gdy nie ma już żadnego kłamstwa, za którym mógłby się schować.
O siódmej rano na podjazd wjechała ekipa budowlana. Mężczyźni wysiedli z ciężarówki, lecz Marek podszedł do kierownika i wręczył mu nowe zlecenie.
— Nie burzymy oranżerii — powiedział. — Rozbieramy nowy pawilon za domem.
— Jaki pawilon? — zapytałam.
Babcia wskazała oszkloną konstrukcję, którą ojciec postawił kilka miesięcy wcześniej. W środku znajdowały się skrzynie z dokumentami firmy, kartony z drogimi płytkami i makieta hotelu, który miał powstać na naszej ziemi.
— To on był finansowany z ukradzionych pieniędzy — wyjaśniła Neala. — Oranżeria zostaje. Pawilon znika.
Adrian patrzył, jak robotnicy wynoszą z niego makietę. Włożył ręce do kieszeni, lecz niczego już nie mógł zatrzymać.
Celina podeszła do mnie przy stole.
— Leno, nie oczekuję, że mi wybaczysz — powiedziała. — Powinnam była otworzyć drzwi.
Przypomniałam sobie, jak stała za szybą z kieliszkiem w dłoni. Przez długi czas myślałam, że obojętność wygląda jak złość. Teraz widziałam, że czasem wygląda jak strach.
— Mogłaś powiedzieć jedno słowo — odpowiedziałam.
— Wiem.
— Dlaczego tego nie zrobiłaś?
Spojrzała na Adriana.
— Bo przez lata myliłam posłuszeństwo z miłością.
Nad ranem babcia zaprowadziła mnie do oranżerii. Na kamiennej podłodze nadal leżały ślady śniegu z moich stóp. Pomiędzy płytami sterczał mały zielony pęd figowca, który wyrósł z pękniętej donicy.
Neala podała mi akt darowizny.
— To twoje, gdy skończysz osiemnaście lat. Ale możesz zdecydować wcześniej, co z tym zrobisz.
— Chcę, żeby zostało tutaj.
— Dla siebie?
— Dla dzieci, które nie mają dokąd wrócić.
Babcia długo milczała, a potem uśmiechnęła się smutno.
— Twoja mama mówiła dokładnie tak samo.
Nie wiedziałam, że mama kiedyś marzyła o otwarciu szklarni dla młodzieży. Ojciec nigdy o tym nie wspomniał. W starej księdze rachunkowej znalazłam później jej pierwszy projekt, narysowany ołówkiem na odwrocie rachunku za nasiona.
W południe Adrian przyszedł do oranżerii bez płaszcza. Śnieg topniał na jego włosach.
— Mogę wejść? — zapytał.
Tym razem to ja trzymałam klucz z jaskółką.
— Możesz zostać na zewnątrz i powiedzieć, po co przyszedłeś.
Skinął głową.
— Chcę podpisać wszystko, co trzeba. Sprzedać samochód, oddać pieniądze, zrezygnować z udziałów. Nie po to, żebyś mnie przyjęła. Po prostu to jest moje do naprawienia.
— To nie naprawi tamtej nocy.
— Wiem.
— I nie sprawi, że znowu będę ci ufać.
— Wiem.
Podał mi teczkę z dokumentami. Nie dotknęłam jego dłoni.
— Zacznij od Celiny — powiedziałam. — Oddaj jej pieniądze na leczenie, zanim zapłacisz komukolwiek za własne błędy.
Ojciec przyjął te słowa bez sprzeciwu. Potem odszedł w stronę domu, gdzie robotnicy wynosili z pawilonu ostatni fragment makiety hotelu.
Wieczorem babcia postawiła w oranżerii małą metalową tabliczkę. Nie było na niej mojego nazwiska. Widniało tylko: „Pracownia Jaskółka”.
Kiedy przykręcałam ostatnią śrubę, mosiężny klucz z wygrawerowanym ptakiem przesunął się po kamieniu i zatrzymał tuż obok pierwszego zielonego liścia.
A z drugiej strony szyby Oskar zapytał:
— Leno, mogę jutro pomóc posadzić figę?
Przegapiłeś początek?






