CZĘŚĆ 4
Kobieta z banku mówiła szybko, ale każde jej słowo wbijało się we mnie wyraźnie.
— Kto złożył wniosek? — zapytałam.
— Nie możemy podać nazwiska przez telefon. Proszę przyjechać jutro o ósmej. Proszę też zastrzec wszystkie dokumenty tożsamości.
Spojrzałam na Artema.
— Kto miał dostęp do moich danych?
Nikt się nie odezwał.
Sneżana stała przy kredensie, z palcami zaciśniętymi na porcelanowym aniołku. Mama patrzyła w podłogę. Artem wyglądał, jakby nagle zabrakło mu powietrza.
— Artem — powiedziałam. — Kto próbował posłużyć się moim pełnomocnictwem?
— Ja nie…
— Nie pytam, czy to ty. Pytam, kto to zrobił.
Sneżana odłożyła figurkę tak gwałtownie, że odłamane skrzydło stuknęło o drewno.
— To był tylko wniosek — powiedziała. — Niczego nie wypłaciliśmy.
Poczułam, jak pod żebrami rozlewa się zimno.
— Ty?
— Chciałam zabezpieczyć ratę. Bank wymagał potwierdzenia, że środki rodzinne są dostępne.
— Więc podrobiłaś moje pełnomocnictwo?
— Nie podrobiłam. Twoja matka dała mi kopię dowodu i stary formularz, który zostawiłaś u niej po zakupie mieszkania.
Mama podniosła głowę.
— Myślałam, że chodzi tylko o sprawdzenie salda.
— A podpisałaś wniosek? — spytałam.
Jej usta poruszyły się bezgłośnie.
— Podpisałam, bo Sneżana powiedziała, że inaczej stracicie mieszkanie.
Artem oparł się o ścianę.
— Mamo, ty naprawdę jej pomogłaś?
— Pomogłam wam wszystkim.
— Nie — odpowiedział. — Pomogłaś nam ukryć kradzież.
To słowo zawisło między nami ciężko.
Olga zabrała dokumenty i wstała.
— Iwono, proszę mi wierzyć, teraz sprawa jest znacznie poważniejsza. Musimy natychmiast zablokować dostęp do rachunku, złożyć zawiadomienie w banku i zabezpieczyć wszystkie kopie.
— Zrobię to.
Sneżana ruszyła w moją stronę.
— Jeśli złożysz zawiadomienie, mój syn zostanie bez dachu nad głową.
— Twój syn nie ukradł moich danych. Ty próbowałaś to zrobić.
— Nie rozumiesz, co mówisz!
— Rozumiem aż za dobrze.
Artem chwycił żonę za łokieć.
— Przestań.
Sneżana spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Ty też przeciwko mnie?
— Przeciwko temu, co zrobiliśmy.
— Miałeś być mężczyzną, który utrzyma rodzinę.
— Byłem tchórzem, który pożyczył pieniądze od siostry i pozwolił ci ją okraść.
Nie poczułam satysfakcji. Tylko zmęczenie.
Następnego ranka pojechałam do banku z Olgą. Na stole w gabinecie kierowniczki leżała kopia wniosku. Podpis Sneżany znajdował się pod moim nazwiskiem, lecz data była późniejsza niż dzień, w którym powiedziałam rodzinie, że nie zamierzam już rozmawiać bez prawnika.
— Dokument nie został zaakceptowany — wyjaśniła kierowniczka. — Pracownik zauważył, że podpis nie odpowiada wzorowi. Zadzwonił do pani.
— Czyli nie straciłam pieniędzy?
— Nie. Ale ktoś próbował uzyskać dostęp do rachunku.
Olga spojrzała na mnie.
— Złożymy formalne zawiadomienie i zabezpieczymy dowody. To nie jest już rodzinny spór.
Podpisałam dokumenty. Długopis miał ciężką, czarną obudowę i zostawiał na papierze nierówną granatową linię. Kiedy złożyłam ostatni podpis, poczułam, że kończy się coś więcej niż kłótnia.
Po południu Artem przyszedł do mojego biura sam. Nie miał czapki. Włosy sterczały mu nad czołem, a pod oczami widniały fioletowe cienie.
— Chcę oddać pieniądze — powiedział.
— Nie masz czterystu tysięcy.
— Sprzedam samochód.
— Ten, którego nie kupiłeś za moją pożyczkę?
Spuścił wzrok.
— Mam służbowy. Zwrócę go. Sprzedamy rzeczy Sneżany, wypłacę oszczędności. Mogę płacić co miesiąc.
— To nie wystarczy.
— Wiem.
Położył na stole kopertę. Nie była brązowa jak ta sprzed dwóch lat. Była biała, złożona na pół, a na niej widniały cztery słowa: „Nie proszę o wybaczenie”.
W środku znajdowała się umowa sprzedaży mieszkania na nazwisko mamy, podpisana przez Artema jako pełnomocnika. Data sprzedaży była wyznaczona na następny tydzień.
— Co to jest? — zapytałam.
— Sprzedamy mieszkanie. Z pieniędzy spłacimy ciebie, bank i dewelopera. Mama dostanie małe mieszkanie, a ja wezmę dodatkową pracę.
— Sneżana się zgodziła?
— Nie.
— A mama?
— Powiedziała, że jeśli to jedyny sposób, podpisze.
Przez chwilę patrzyłam na jego dłonie. Te same dłonie, które kiedyś obejmowały mnie w kuchni, gdy mówił, że nigdy nie zapomni mojej pomocy. Teraz drżały nad kopertą.
— Nie chcę, żeby twoja matka została bez dachu nad głową — powiedziałam.
— To nie jest już twój obowiązek.
— Wiem. Ale chcę odzyskać pieniądze, nie zniszczyć człowieka, który dał się wykorzystać.
Ustaliliśmy warunki przy obecności Olgi. Sprzedaż mieszkania miała zostać przeprowadzona przejrzyście. Część pieniędzy trafiłaby bezpośrednio do mnie, część do banku, a mamie kupiono by małe lokum w tej samej dzielnicy. Sneżana nie mogła dysponować ani jednym rublem bez podpisu wszystkich zainteresowanych.
Kiedy wieczorem pojechałam do mamy, siedziała przy stole i przeglądała album ze starymi zdjęciami. Na jednym z nich mieliśmy z Artemem po dziesięć lat. Dzieliliśmy jedną czerwoną watowaną kurtkę, bo rodziców nie było stać na dwie.
— Myślałam, że jeśli będę chronić syna, ochronię całą rodzinę — powiedziała.
— Chroniłaś jego strach.
— A ciebie zostawiłam samą.
Nie odpowiedziałam od razu.
— Tak.
Mama przesunęła album w moją stronę.
— Nie proszę, żebyś zapomniała.
— Nie zapomnę.
— Mogę tylko podpisać wszystko, co trzeba.
— To wystarczy na początek.
Sneżana nie przyszła na podpisanie umowy. Zostawiła Artemowi wiadomość, że mieszkanie należy do niej, choć prawnie nigdy nie należało. Przez dwa dni próbowała przekonać dewelopera, że sprzedaż jest bezprawna. Kiedy zobaczyła dokumenty i podpisane zobowiązania, przestała odpowiadać na telefony.
Nie uciekła jednak daleko. Jej własne mieszkanie było obciążone kredytem, a część rat od miesięcy opłacał Artem z pieniędzy przeznaczonych na spłatę mnie. To właśnie dlatego zwrot trwał tak długo. Nie dlatego, że nie mieli nic. Dlatego, że każdą wypłatę kierowali gdzie indziej.
Ostatecznie sprzedaż przeszła. Nie była łatwa. Kupujący żądał obniżki, bank naliczył opłaty, a mama przez kilka tygodni spała u ciotki, bo małe mieszkanie wymagało remontu. Ja odzyskałam pieniądze w trzech przelewach, nie w jednej wielkiej chwili zwycięstwa.
Pierwszy przelew przyszedł o szóstej czterdzieści rano. Na ekranie zobaczyłam kwotę i długo nie dotykałam telefonu.
Nie czułam radości.
Czułam, że ktoś oddaje mi fragment życia, który przez dwa lata leżał zamknięty w cudzej szufladzie.
Artem rozpoczął pracę wieczorami w magazynie. Nie prosił o spotkanie. Pisał tylko krótkie wiadomości dotyczące rat i dokumentów. Każdą wpłatę opisywał dokładnie. Sneżana wyprowadziła się do siostry i zażądała rozwodu, kiedy zrozumiała, że Artem nie podpisze żadnych kolejnych papierów za jej plecami.
Nie cieszyłam się z ich rozpadu.
Ale nie próbowałam go zatrzymać.
Kilka tygodni później mama zaprosiła mnie do małego mieszkania przy ulicy Lipowej. W przedpokoju stał ten sam porcelanowy aniołek, lecz jego odłamane skrzydło zostało sklejone cienką warstwą złota. Wyglądało to dziwnie i nieładnie, ale trzymało się mocno.
— Artem przyjdzie jutro z ostatnią ratą — powiedziała mama.
— Wiem.
— Chciał, żebyś wiedziała, że nie prosi o powrót do dawnego życia.
— Dobrze.
— A ty czego chcesz?
Spojrzałam na aniołka.
— Chcę, żeby każde następne słowo miało pokwitowanie.
Mama skinęła głową.
Następnego dnia Artem przyszedł z ostatnim przelewem i oświadczeniem, że nie ma wobec mnie żadnych zobowiązań. Położył dokument na stole, a obok niego starą czapkę z wyblakłym daszkiem.
— Znalazłem ją w samochodzie — powiedział. — Pamiętasz tę kuchnię?
— Pamiętam wszystko.
— Wtedy naprawdę chciałem być dobrym bratem.
— Wiem.
— A potem każdego dnia wybierałem łatwiejsze kłamstwo.
Nie zaprzeczyłam.
Artem wziął długopis. Ten sam ciężki, czarny, którym podpisałam bankowe dokumenty. Przeczytał oświadczenie do końca i dopiero wtedy złożył podpis.
— Mogę czasem zadzwonić? — zapytał.
— Możesz. Ale jeśli pożyczysz ode mnie choćby sto rubli, spiszemy umowę przed przelewem.
Prawie się uśmiechnął.
— Rozumiem.
Kiedy wyszedł, nie schowałam dokumentu do szuflady. Włożyłam go do przezroczystej teczki i przykleiłam na niej etykietę: „Zaufanie — warunki”.
Mama spojrzała na nią i westchnęła.
— To brzmi smutno.
— Brzmi jasno.
Na stole leżała kartka z pierwszym przelewem sprzed dwóch lat. Pod zdaniem „Zwrot długu siostrze” widniały dwie zera, od których wszystko się zaczęło. Wzięłam czerwony długopis i dopisałam obok: „Zamknięte”.
Potem Artem zadzwonił z ulicy.
— Iwona? — zapytał. — Wiesz, co znalazłem w starej kopercie?
— Co?
— Paragon za ciasto, które wtedy upiekłaś. Na odwrocie napisałaś: „Dla rodziny zawsze”.
Przymknęłam oczy.
— Skreśl pierwsze dwa słowa.
— Już skreśliłem.
— Co zostało?
Po drugiej stronie usłyszałam szelest papieru.
— „Zawsze wymagaj podpisu”.
I tym razem to nie była obietnica. To był jedyny zapis, którego nikt z nich nie mógł już wymazać.






