CZĘŚĆ 4 — Odmówiłam sprzątania po psie o północy, a kiedy but roztrzaskał mój komputer, mój mąż nagle przestał się uśmiechać

CZĘŚĆ 4

…— Czyje życie? — zapytałam.

Helena nie odpowiedziała od razu. Poprawiła okulary, choć nie zsunęły się ani o milimetr.

— Inżyniera Pawła Leśnego. Człowieka, który prowadzi budowę przy ulicy Nadbrzeżnej.

Eryk zrobił się blady.

— To nie ma z tym nic wspólnego.

— Ma — odparła Helena. — Bardzo dużo.

Zofia wzięła kartkę i przeczytała ją jeszcze raz.

— Klient przelał zaliczkę na rachunek firmy Eryka. Pieniądze miały zostać przeznaczone na zabezpieczenie budowy przed osunięciem skarpy. Ale rachunek jest pusty.

— Co znaczy „pusty”? — spytałam.

— Został wyczyszczony wczoraj wieczorem — powiedziała Helena. — Wszystko przesłano na konto Diany.

Spojrzałam na Eryka.

— Wczoraj? Po tym, jak rozbiłeś mój komputer?

— Nie wiedziałem, że kontrakt jest zagrożony.

— Wysłałeś pieniądze.

— Musiałem spłacić pilne zobowiązania.

— Swoje.

Nie zaprzeczył.

O 10:20 mecenas Wysocka zadzwoniła do Pawła Leśnego. Włączyła głośnik. Jego głos był szorstki, zmęczony, jakby od kilku nocy spał na placu budowy.

— Pani Klaro, pański mąż powiedział mi, że pieniądze są zabezpieczone.

— Nie są — odpowiedziałam. — Zostały przelane gdzie indziej.

Po drugiej stronie zapadła ciężka cisza.

— Jeśli do szesnastej nie opłacę podpór, część skarpy może się obsunąć. Tam pracuje dwudziestu ludzi.

Eryk zerwał się z krzesła.

— Paweł, nie rozmawiaj z nią. Ona próbuje zniszczyć firmę.

— To ja zbudowałem tę firmę — odpowiedziałam. — I mam dokumenty, które pokazują, kto wypłacał pieniądze.

— Klara, posłuchaj mnie — powiedział Paweł. — Jeśli możesz uratować tę budowę, zrób to. Potem będziemy rozmawiać o reszcie.

Odłożyłam telefon.

Przez siedem lat myślałam, że ratowanie ich oznaczało przelewanie własnych pieniędzy. Tym razem mogłam pomóc bez oddawania im ani jednej złotówki.

Miałam własną firmę, własne kontakty i uprawnienia do obsługi kontraktu. Mogłam zawrzeć z klientem nową umowę, ominąć rodzinne rachunki i zapłacić podwykonawcom bezpośrednio. Ale oznaczało to, że stracę znaczną część oszczędności, bo klient nie miał czasu czekać na rozliczenie starej spółki.

— Zrobię to — powiedziałam.

Eryk spojrzał na mnie z niedowierzaniem.

— Po wszystkim, co ci zrobiliśmy?

— Nie robię tego dla was.

— To po co?

— Dla ludzi, których chciałeś zostawić pod osuwającą się skarpą.

O 13:05 pojechałam na budowę. Wiatr szarpał żółtą taśmą ostrzegawczą, a pod butami chrzęścił mokry żwir. Paweł czekał przy kontenerze biurowym, z kaskiem pod pachą.

— Roman wiedział — powiedział, kiedy mnie zobaczył.

— Co wiedział?

— Że Eryk zabiera zaliczki. Próbował mnie ostrzec, ale poprosił, żebym nie mówił nic bez dowodów.

— Dlaczego mnie nie ostrzegł?

Paweł spojrzał na ziemię.

— Bo Eryk zagroził, że zwolni wszystkich. A ja miałem chorego syna i nie mogłem stracić pracy.

Nie osądziłam go. Zbyt dobrze znałam cenę zależności.

Podpisałam nową umowę. Pieniądze zostały wysłane bezpośrednio do dostawców podpór, betonu i stalowych kotew. O 15:47 pierwsza ciężarówka wjechała na plac.

Wtedy zadzwoniła Diana.

— Klara, oddaj nam rachunek — powiedziała. — Bank zabrał dom. Jeśli nie zapłacisz, wyrzucą nas na ulicę.

— Ten dom nie jest już mój?

— Przecież zawsze mówiłaś, że to rodzina.

— Rodzina nie podpisuje cudzym nazwiskiem dokumentów.

— Eryk był zdesperowany.

— A ty nie?

Diana zaczęła płakać.

— Twój teść obiecał, że ochroni syna.

— Ochronił jego pracowników. Nie jego kłamstwa.

— Co z nami będzie?

Spojrzałam na stalowe podpory, które właśnie podnoszono przy skarpie.

— To zależy od tego, co zrobicie z pieniędzmi, które zabraliście.

Wieczorem spotkaliśmy się wszyscy w domu. Tym samym, którego raty płaciłam, gdy Eryk mówił, że „jeszcze tylko ten miesiąc”. Na podłodze wciąż leżał rozbity komputer. Klamka w kształcie jaskółki była zgięta, bo rano wysunęła się z mojej torebki i upadła między odłamki.

Eryk przyniósł metalową kasetę.

— Co to jest? — zapytałam.

— Pieniądze Diany. Nie wszystkie, ale większość.

Diana poderwała głowę.

— Eryk!

— Dosyć, mamo.

Położył kasetę na stole. W środku były koperty, książeczka oszczędnościowa i kluczyk do skrytki bankowej.

— Sprzedamy samochody, działkę i sprzęt firmy — powiedział. — Spłacimy zaliczki.

— A dom?

— Dom też.

Diana pobladła.

— Nie możesz.

— Mogę. To ja go obciążyłem.

Spojrzał na mnie.

— Nie proszę, żebyś wróciła. Chcę tylko, żebyś wiedziała, że podpiszę wszystko, co trzeba, i oddam ci każdy grosz.

— Nie chodzi tylko o pieniądze.

— Wiem.

— Nie, Eryk. Nie wiesz. Chodzi o to, że kiedy Marek nacisnął butem na mój komputer, patrzyłeś na mnie jak na kogoś, kto zasłużył na karę. Nie jak na żonę. Jak na przeszkodę.

Marek siedział przy schodach z rękami splecionymi między kolanami.

— To ja go zniszczyłem — powiedział. — Nie Eryk.

— Ale Eryk pozwolił.

— Wiem.

— Ty też masz coś do powiedzenia? — spytałam.

Marek wyjął z kieszeni zmięty rachunek.

— Sprzedałem motocykl. Jutro wpłacę pieniądze na konto pracowników.

Diana spojrzała na niego z oburzeniem.

— Twój motocykl?

— Mój dług, mamo.

To był pierwszy uczciwy rachunek, jaki ktokolwiek z nich wystawił.

Nie wybaczyłam im tego wieczoru. Nie potrafiłabym. Wybaczenie nie mogło być kolejną usługą, którą wykonam za darmo.

Podpisałam z Erykiem porozumienie o rozdzielności majątkowej. Dom został sprzedany, a pieniądze podzielono według rzeczywistych wpłat, nie rodzinnych opowieści. Diana musiała oddać środki z własnego rachunku. Marek zapłacił pracownikom i odszedł z firmy. Eryk sprzedał udział w przedsiębiorstwie Pawłowi, który przejął kontrakt oraz zatrudnił ekipę na nowych zasadach.

Najtrudniejsza rozmowa odbyła się trzy tygodnie później w małej sali przy budowie. Eryk podpisał ostatni dokument i przesunął go w moją stronę.

— To wszystko? — zapytał.

— Nie. To dopiero rachunek.

— A między nami?

Dotknęłam klamki w kształcie jaskółki, którą udało mi się naprawić u jubilera. Metal nie był już gładki. Zostało na nim małe pęknięcie.

— Między nami zostało to, czego nie da się podpisać ani spłacić.

Eryk skinął głową.

— Gdybym cofnął tamtą noc…

— Nie cofaj. Pamiętaj.

— Będziesz szczęśliwa?

Spojrzałam przez szybę kontenera na robotników montujących ostatnią kotwę. Paweł stał obok nich, a pod jego stopami ziemia przestała się osuwać.

— Będę uczciwa wobec siebie.

Eryk wyjął z kieszeni mały klucz.

— To do skrzynki z twoimi rzeczami. Znalazłem ją po wyprowadzce.

Wzięłam klucz, ale nie schowałam go do kieszeni.

— Zostaw go Pawłowi. W środku są dokumenty pracowników.

— Nie zabierzesz nic dla siebie?

— Już zabrałam.

— Co?

Wskazałam na podpisaną umowę, dzięki której budowa ocalała bez ich nazwiska.

— Dowód, że potrafię coś zbudować, czego nie muszę dźwigać za całą rodzinę.

Przy wyjściu Paweł podał mi odnowioną klamkę.

— Znalazłem ją między odłamkami — powiedział. — Pomyślałem, że może jeszcze się przydać.

Przymocowałam jaskółkę do paska torebki. Jedno skrzydło pozostało lekko uniesione, jakby metal pamiętał uderzenie.

Za plecami usłyszałam głos Eryka.

— Klara.

Odwróciłam się.

— Tak?

— Dziękuję, że uratowałaś ludzi, których ja naraziłem.

— Nie dziękuj mi za to, że nie stałam się taka jak ty.

Wzięłam od Pawła plik nowych umów. Na pierwszej stronie, pod nazwą mojej firmy, widniał pusty wiersz na nazwisko osoby odpowiedzialnej za płatności.

Wpisałam tam swoje nazwisko.

A potem Paweł spojrzał na stalową kotwę i powiedział: „Teraz trzymajmy się już tylko tego, co naprawdę utrzyma ziemię.”

Оцените статью