CZĘŚĆ 4
…Kiedy Edward skończył rozmowę, Krzysztof rzucił się ku tylnemu korytarzowi.
Marta złapała go za rękaw.
— Nie może pan tam wejść.
— Puść mnie!
— Powiedział pan, że to pańskie miejsce. To proszę zostać i patrzeć, co z nim zrobił.
Krzysztof szarpnął się, ale Zofia uderzyła laską w podłogę.
— Wystarczy, chłopcze.
To jedno słowo zatrzymało go skuteczniej niż ręka Marty.
O 14.39 do kawiarni wszedł mężczyzna w granatowej kamizelce z teczką pod pachą. Towarzyszyła mu kobieta w okularach i wysoki chłopak z latarką. Nie wyglądali jak urzędnicy, których widuje się w telewizji. Wyglądali jak ludzie, którzy przyszli sprawdzić, czy pewna historia jest prawdziwa.
Edward podszedł do nich.
— Panie Tomaszu, to Helena Nowak, tymczasowa zarządczyni wskazana przez Wiktorię. A to pani Alicja, księgowa fundacji.
Krzysztof roześmiał się nerwowo.
— Tymczasowa zarządczyni? Nikt nie ma prawa wejść na zaplecze.
— Fundacja ma — odpowiedziała Alicja. — Budynek od dziś jest jej własnością. Zarząd pana wygasł z chwilą udokumentowanego naruszenia warunków.
— Nie uznaję tego.
— Nie musi pan uznawać. Musi pan oddać klucze.
Krzysztof spojrzał na mosiężną zawieszkę leżącą przy ladzie. Nie podniósł jej.
Tomasz wyjął z teczki pismo.
— Pański bank zawiadomił fundację o planowanej sprzedaży nieruchomości. Kupujący otrzymał od pana zapewnienie, że jest pan właścicielem budynku. Wiktoria nie tylko przekazała lokal fundacji. Zostawiła także zapis, że wszelkie zobowiązania zaciągnięte przez pana na poczet sprzedaży pozostają pańską osobistą odpowiedzialnością.
Krzysztof oparł się plecami o ekspres.
— Nie miałem wyboru.
— Miał pan — powiedziała Zofia. — Mogłeś poprosić o pomoc.
Spojrzał na nią z gniewem.
— Pomoc? Wszyscy pomagaliście Wiktorii, ale nikt nie pytał, co ze mną!
— Pytała — odpowiedziała Zofia. — Co tydzień.
Krzysztof zamilkł, a ja poczułam, że gniew miesza się we mnie z czymś trudniejszym. Nie litością. Pamięcią o człowieku, który może przez lata udawać twardego, a pod spodem rozpadać się ze strachu.
— Dlaczego nie powiedział pan jej o długach? — zapytałam.
— Bo wiedziałem, co zrobi. Sprzedałaby wszystko, żeby mnie ratować.
— A pan sprzedał ją.
Te słowa nie były głośne. Mimo to wszyscy je usłyszeli.
Krzysztof spuścił wzrok na Benka.
— Ona pytała o niego każdego dnia — powiedział. — Powiedziałem jej, że uciekł. Nie chciałem, żeby wiedziała, że oddałem go do schroniska.
— Dlaczego? — spytałam.
— Bo potrzebowałem pieniędzy. Dostałem zaliczkę od kupca. Miałem spłacić część długu, a potem sprowadzić Benka z powrotem. Tylko że kiedy zobaczyłem kwotę, pomyślałem, że mogę zacząć od nowa.
Edward zamknął oczy.
— Wiktoria dowiedziała się prawdy dzień przed śmiercią.
— I mimo wszystko zmieniła dokumenty? — zapytałam.
— Właśnie dlatego — odpowiedziała Zofia. — Nie chciała, by strach pana zniszczył. Ale nie chciała też, by pański strach niszczył innych.
Marta wyjęła z kieszeni mały klucz do szuflady.
— Wiktoria zostawiła mi go przed śmiercią — powiedziała. — Kazała oddać Edwardowi, kiedy zobaczę, że Krzysztof wyrzuca kogoś z psem.
— Czemu nie oddałaś wcześniej? — spytałam.
— Bałam się. Miałam pracę i chorą matkę.
Podała klucz Edwardowi. Na metalowej główce wygrawerowano łapę, taką samą jak na zawieszce znalezionej przy Krzysztofie. Edward otworzył nim szufladę pod kasą.
W środku leżał notes Wiktorii, kilka rachunków i koperta z moim imieniem.
Palce zdrętwiały mi na widok własnego nazwiska.
— Proszę przeczytać — powiedział Edward.
W kopercie była krótka kartka.
„Heleno, jeśli Benek trafi do pani, to znaczy, że obie potrzebujecie kogoś, kto nie pyta, ile jeszcze zostało wam czasu. Nie oddawajcie sobie samotności. Przyjdźcie do kawiarni. Ona miała być dla takich osób jak wy.”
Przez chwilę nie mogłam mówić. Benek dotknął nosem mojego nadgarstka.
Krzysztof patrzył na kartkę, jakby każde zdanie odbierało mu kawałek powietrza.
— Ona wiedziała, że pani przyjdzie — powiedział.
— Nie wiedziała, że trafię akurat dziś.
— Wiktoria wierzyła w przypadki mniej niż ktokolwiek — odezwał się Edward. — Przez trzydzieści lat zostawiała drugie krzesło przy oknie. Mówiła, że ktoś samotny może wejść bez zaproszenia.
Tomasz wręczył Krzysztofowi formularz.
— Proszę podpisać przekazanie zarządu.
Krzysztof długo patrzył na długopis.
— A jeśli nie podpiszę?
— Wtedy sprawa trafi do właściwych instytucji, a fundacja przedstawi wszystkie dokumenty dotyczące próby sprzedaży. Ale może pan tego uniknąć i oddać klucze dobrowolnie.
Krzysztof spojrzał na mnie.
— Pani naprawdę chce tu pracować?
— Nie wiem, czy potrafię.
— Wszyscy będą przychodzić tylko po tanią kawę.
— Nie. Będą przychodzić, bo nie każemy im kupować godności.
Marta odwróciła twarz, żeby ukryć łzy. Zofia uśmiechnęła się pod nosem.
Krzysztof podpisał dokument.
Potem wyjął z kieszeni własny pęk kluczy i położył go obok kartki Wiktorii. Największy klucz miał porysowaną czerwoną osłonę. Spojrzałam na niego i zrozumiałam, że człowiek może stracić miejsce, o które walczył, zanim zdąży pojąć, że nigdy nie było naprawdę jego.
— Co ze mną będzie? — zapytał.
— To zależy od pana — odpowiedział Edward. — Fundacja nie obieca panu pracy.
— Wiem.
— Ale nie zabierze panu możliwości spłacenia długów uczciwie. Możemy skierować pana do doradcy, jeśli przestanie pan ukrywać rachunki.
Krzysztof popatrzył na Martę.
— Oddałem ci ostatnią wypłatę?
Dziewczyna pokręciła głową.
Wyjął portfel, lecz był pusty.
— Jutro przyniosę.
— Nie jutro — powiedziałam. — Dzisiaj podpiszesz zobowiązanie. I przeprosisz ludzi, których wyrzuciłeś.
— Wszystkich?
— Zacznij od Wiktorii. Potem od Benka.
Krzysztof uklęknął przede mną. Benek nie widział jego twarzy, ale usłyszał ruch i cofnął łeb.
— Przepraszam — powiedział Krzysztof. — Nie za to, że cię oddałem. Za to, że wmówiłem sobie, iż twoje życie jest mniej ważne od mojego rachunku.
Benek nie podszedł. Oparł pysk na moim nadgarstku.
— To nie ja decyduję, czy ci wybaczy — odpowiedziałam. — On już ma swój dom.
O 15.12 Edward zdjął z drzwi kartkę z ukrytą opłatą. Alicja przykleiła obok nowy regulamin, napisany dużymi literami. Nie było w nim minimalnego zamówienia. Było zdanie: „Jeśli źle się czujesz, usiądź. Najpierw pomożemy, potem zapytamy o kawę”.
Marta zaparzyła mi małą filiżankę.
— Na koszt lokalu — powiedziała.
— Teraz to chyba mój lokal — odparłam.
— Nie — poprawił mnie Edward. — To lokal Wiktorii. Pani ma tylko pilnować, żeby jej nie zabrakło.
O 15.26 do środka weszła starsza kobieta z laską i psem w czerwonej kamizelce. Zatrzymała się przy progu.
— Czy można wejść tylko na chwilę? — zapytała niepewnie.
Spojrzałam na Benka, na kartkę Wiktorii i na puste drugie krzesło przy oknie.
— Proszę wejść — powiedziałam. — To krzesło czekało właśnie na panią.
Benek uniósł głowę, a dzwoneczek przy jego obroży zabrzmiał cicho, dokładnie tak, jakby ktoś po drugiej stronie czasu odpowiedział: „Wiedziałam, że przyjdziecie”.
Przegapiłeś początek?






