CZĘŚĆ 4
…— Kto próbował ją wypłacić? — zapytałam.
Mężczyzna przedstawił się jako Daniel Price, kierownik działu kontroli rachunków. Trzymał kopertę obiema rękami, jakby bał się, że papier może go poparzyć.
— Zlecenie złożono przez pełnomocnika — wyjaśnił. — Nazwisko osoby upoważnionej brzmi Victor Sullivan.
Eleanor gwałtownie odsunęła krzesło.
— Victor nie żyje od jedenastu lat.
— Właśnie dlatego bank wstrzymał przelew — odpowiedział Daniel.
Marcus otworzył kopertę. W środku znajdowała się kopia rachunku powierniczego, kilka kart podpisu i lista przelewów. Kwoty były mniejsze niż trzydzieści trzy miliony, ale powtarzały się regularnie: co miesiąc, zawsze tego samego dnia.
— Victor był bratem Eleanor — powiedział Marcus. — Zginął w wypadku na łodzi.
— Nie rozumiem — wyszeptałam.
Eleanor patrzyła na kartki, jakby nagle zaczęły mówić w obcym języku.
Daniel wskazał podpis pełnomocnika.
— Ktoś posługiwał się jego nazwiskiem. Wniosek złożono z adresu spółki należącej do pani.
— To kłamstwo — syknęła Eleanor.
— W dokumentach jest również numer telefonu — odparł Daniel. — Należy do pani asystentki, pani Marlene Foster.
W sali zapadła ciężka cisza.
Eleanor odwróciła się do kobiety, która dotąd siedziała pod ścianą.
— Marlene?
Asystentka pobladła. Jej paznokcie były starte, jakby od wielu dni obgryzała je do krwi.
— Nie chciałam, żeby tak wyszło.
— Co ty zrobiłaś? — zapytała Eleanor.
— To nie ja zaczęłam. Pani kazała mi przepisywać podpisy Victora. Mówiła pani, że James niczego nie zauważy, bo leki odbierają mu pamięć.
Eleanor zrobiła krok w jej stronę.
— Zamknij się.
Marlene nie cofnęła się.
— Przelała pani pieniądze na rachunek spółki, a potem wypłacała je gotówką. Trzy miliony zniknęły w ciągu dwóch lat.
Marcus spojrzał na mnie.
— To zmienia sytuację. Eleanor nie chciała tylko przejąć majątku. Próbowała ukryć brakujące pieniądze, zanim James sporządził ostateczne rozliczenie.
— Dlaczego James nic mi nie powiedział? — zapytałam.
Marlene spuściła wzrok.
— Powiedział, że chce panią chronić. Bał się, że jeśli matka dowie się o funduszu, spróbuje panią zniszczyć. A potem zachorował i zabrakło mu czasu.
To bolało bardziej niż słowa Eleanor. James nie zostawił mi tylko pieniędzy. Zostawił mi decyzję, której nie chciał podejmować za mnie.
Eleanor usiadła ciężko.
— Victor był zadłużony — powiedziała. — Miał długi, o których nikt nie wiedział. Gdy umarł, wierzyciele przyszli do mnie. Sprzedałam biżuterię, ziemię, wszystko.
— I dlatego zaczęłaś zabierać pieniądze Jamesa? — spytałam.
— Myślałam, że on i tak umrze.
Słowa zawisły w powietrzu.
Nawet Daniel przestał porządkować dokumenty.
Eleanor zakryła twarz dłońmi.
— Nie powiedziałam tego tak, jak chciałam.
— Powiedziałaś dokładnie tak, jak myślałaś — odparłam.
W południe podpisaliśmy blokadę wszystkich rachunków spółki. Nie wezwałam policji. Nie dlatego, że Eleanor zasługiwała na pobłażanie, lecz dlatego, że chciałam najpierw odzyskać pieniądze i zamknąć sprawę bez pozwolenia, by całe nasze małżeństwo stało się nagłówkiem.
Marlene zgodziła się zeznawać i przekazała księgi, które trzymała w szufladzie swojego biurka. Dzięki nim odzyskaliśmy większość wyprowadzonych środków. Reszta poszła na spłatę długów Victora, o których Eleanor przez lata kłamała.
Dom w Greenwich nie wrócił do mnie od razu. Fundusz wymagał wyceny, rozliczeń i podpisów. Zamieszkałam więc w małym mieszkaniu nad księgarnią w Stamford, ale tym razem nie z czterema walizkami. Przywiozłam wszystkie książki Jamesa i jego drewniany statek bez masztu.
Trzy tygodnie później spotkałam Eleanor w domu. Na stole w jadalni leżały klucze, dokumenty i porcelanowa filiżanka z pękniętym uszkiem.
— Znalazłam ją w pudle, które wyrzuciłaś — powiedziała Eleanor.
— Nie chcę jej od ciebie.
— Wiem.
Przez chwilę żadna z nas się nie odezwała.
Potem Eleanor wyjęła z kieszeni małą kopertę.
— To list od Jamesa. Znalazłam go w jego biurku. Nie otworzyłam.
— Dlaczego?
— Bo po tym wszystkim nie miałam prawa czytać jego słów.
Wzięłam kopertę, ale nie rozdarłam jej przy niej.
— Sprzedaję dom — powiedziałam.
Eleanor drgnęła.
— James chciał, żebyś w nim została.
— James chciał, żebym mogła wybierać. To nie jest to samo.
— A co z pieniędzmi?
— Część przeznaczę na hospicjum, w którym się nim opiekowano. Reszta zostanie w funduszu dla kobiet, które po śmierci mężów słyszą, że nie mają prawa do wspólnego życia.
Eleanor zacisnęła usta.
— Nie musisz tego robić.
— Nie robię tego dla ciebie.
— Wiem.
To była jedyna uczciwa odpowiedź, jaką od niej usłyszałam.
Marlene wyjechała z miasta po złożeniu zeznań. Daniel pozostał moim doradcą finansowym i co miesiąc przesyłał mi raporty z funduszu. Marcus zatrzymał dla siebie tylko jedną rzecz: kopię listu Jamesa, na wypadek gdybym kiedyś zwątpiła, czy naprawdę miałam prawo walczyć.
Ja nie zwątpiłam.
Pewnego ranka wróciłam do hospicjum z drewnianym statkiem. Naprawiłam maszt i przykręciłam go do podstawy. Potem zaniosłam model do pokoju, w którym James pisał swój list.
Na stole położyłam otwartą kopertę.
„Kate, jeśli Eleanor kiedyś powie ci, że nie jesteś rodziną, przypomnij sobie, kto siedział przy moim łóżku, kiedy wszyscy inni liczyli pieniądze.”
Pod spodem dopisał jedno zdanie.
„Nie pozwól, żeby po mojej śmierci ktoś zmienił twoją miłość w rachunek.”
Przeczytałam je kilka razy.
Za oknem wolontariusz wnosił do kaplicy pudełka z lekarstwami. Na jednym z nich widniała nazwa funduszu, który założyłam z pieniędzy Jamesa. Nie nazwaliśmy go moim imieniem. Wybraliśmy jego imię, ale nie nazwisko rodziny Sullivanów.
„Fundusz Jamesa Walsha dla Opiekunów”.
Kiedy wychodziłam, zatrzymała mnie Ruth Bell. Trzymała w dłoni starą księgę depozytową.
— Chciałam pani coś oddać — powiedziała.
— Co takiego?
Ruth otworzyła księgę na stronie sprzed czternastu lat. Przy nazwisku Eleanor widniał kwit odbioru dokumentu. Pod nim James dopisał własną ręką krótką uwagę, której wcześniej nikt nie zauważył.
„Jeśli przyjdzie po to ponownie, nie wydawać.”
Uśmiechnęłam się przez łzy.
— On wiedział, że wróci.
— Znał swoją matkę — odparła Ruth.
Na parkingu zadzwonił telefon. Marcus poinformował mnie, że dom został sprzedany, a pieniądze trafiły do funduszu. Eleanor miała wyprowadzić się z wynajętego mieszkania w przyszłym tygodniu, ponieważ większość jej majątku poszła na spłatę zobowiązań.
— Chcesz, żebym załatwił jej mieszkanie? — zapytał Marcus.
Spojrzałam na drewniany statek, który trzymałam pod pachą.
— Tak — odpowiedziałam. — Ma być małe, ale bezpieczne. Nie kupuję jej przebaczenia. Po prostu nie chcę, żeby człowiek, który stracił wszystko przez własną chciwość, spał na ulicy.
— Jesteś pewna?
— Jestem pewna, że to moja decyzja.
Później, przed wejściem do hospicjum, przywiązałam do masztu statku nową linę. Taką, jakiej używa się przy małych łodziach. James zawsze mówił, że dobry węzeł nie zatrzymuje statku na zawsze. Daje mu tylko szansę przetrwać wzburzoną wodę.
W kieszeni miałam jego list, a na stole w banku leżał dokument, którego Eleanor tak bardzo szukała.
Załącznik numer siedem.
Podpis Jamesa nadal był wyraźny.
Nie należał do niej.
Nie należał już nawet do mnie.
Należał do prawdy, którą zostawił tam, gdzie chciwość nie odważyła się zajrzeć.
Przegapiłeś początek?






