CZĘŚĆ 4
Mężczyzna w granatowym płaszczu położył teczkę na biurku, ale nie otworzył jej od razu.
Najpierw spojrzał na Andrzeja.
— Pański bank wycofał zgodę na wypłatę kredytu — powiedział. — Bez tego nie ma pieniędzy, bez pieniędzy nie ma sprzedaży, a bez sprzedaży nie ma mowy o spłacie zobowiązań.
Andrzej zrobił krok w jego stronę.
— Kim pan jest?
— Nazywam się Piotr Lewandowski. Jestem notariuszem, którego kancelaria miała przygotować umowę.
— Miał pan ją przygotować, nie komentować.
— Przygotowałem ją na podstawie dokumentów, które dostarczył pański pełnomocnik. Dziś rano otrzymałem jednak pismo od pani Janiny Król. Dołączyła opinię grafologa i kopię notatki Heleny Król.
Andrzej odwrócił się do mnie.
— Tato, posłuchaj. To wszystko da się wyjaśnić.
— Już wyjaśniłeś.
— Nie rozumiesz, w jakiej byłem sytuacji.
— Rozumiem aż za dobrze. Byłeś zadłużony. Miałeś wybór. Wybrałeś moje konto, mój dom i moje zaufanie.
Piotr wyjął z teczki trzy kartki i ułożył je obok siebie.
— Pierwsza to umowa rezerwacyjna ośrodka. Druga to pełnomocnictwo. Trzecia to wniosek o sprzedaż nieruchomości. Wszystkie dokumenty powstały w ciągu ostatnich jedenastu miesięcy.
Marina usiadła na krześle przy regale. Jej makijaż spływał wąskimi smugami.
— Nie chciałam go skrzywdzić — powiedziała.
— Ale pomagałaś mu — odpowiedziałem.
— Bałam się, że jeśli odejdę, zostanę sama z jego długami. Podpisywałam przelewy, bo mówił, że później wszystko naprawi.
— Dlaczego nie powiedziałaś mi wcześniej?
Marina spojrzała na miskę Maksa, stojącą przy drzwiach gabinetu.
— Bo Andrzej powiedział, że wyrzucisz nas z domu i nigdy cię już nie zobaczymy.
— A ty uwierzyłaś?
— Uwierzyłam, bo sama widziałam, jak traktował twoje dokumenty. Jak mówił o tobie, kiedy nie było cię w pokoju.
Andrzej zacisnął szczękę.
— Teraz chcesz zrzucić wszystko na mnie?
— Nie — odpowiedziała Marina. — Chcę przestać kłamać.
Wyjęła z telefonu listę przelewów i przesłała ją na mój adres. Potem odłożyła aparat na biurko.
— Zostawię ci wszystkie hasła, umowy i kopie wiadomości. Nie po to, żeby go ukarać. Żebyś wiedział, ile ci zabraliśmy.
Andrzej patrzył na nią, jakby dopiero teraz zobaczył, że stoi po drugiej stronie.
— Marina, nie rób tego.
— Robię to od dawna — powiedziała. — Tylko dotąd przeciwko sobie.
Janina nadal była na głośniku.
— Walentin, Helena nie chciała, żebyś wyrzucał syna na ulicę. Ale chciała, żebyś odebrał mu możliwość decydowania za ciebie.
Przymknąłem oczy.
Widziałem Helenę przy stole, z kubkiem herbaty w dłoniach. Przypomniałem sobie jej ostatnie słowa. Nie odwracaj się od niego zbyt szybko.
Może właśnie to robiłem przez dziewięć lat. Odwracałem się zbyt późno.
— Andrzej — powiedziałem — masz do jutra rano opróżnić pokój na poddaszu.
— Wyrzucasz mnie?
— Nie. Odbieram ci prawo do mieszkania tutaj bez mojej zgody.
— Jestem twoim synem.
— Właśnie dlatego dałem ci więcej, niż dałbym komukolwiek innemu.
— I teraz wszystko mi zabierzesz?
— Nie zabieram. Przestaję dopłacać.
Piotr przesunął w moją stronę formularz odwołania pełnomocnictwa. Podpisałem go spokojnie. Atrament wysychał na papierze, a moja ręka ani razu nie zadrżała.
Później podpisałem jeszcze dyspozycję bankową, zamknięcie dodatkowych kart i zakaz ustanawiania jakichkolwiek obciążeń na domu bez mojej osobistej obecności.
Andrzej stał przy ścianie i patrzył, jak jego plan rozpada się na pojedyncze kartki.
— Nie masz pojęcia, co zrobiłeś — powiedział.
— Wiem. Po raz pierwszy od dawna zrobiłem coś, co miało chronić mnie.
— Będziesz sam.
— Byłem sam przy tym stole, kiedy podałeś mi miskę dla psa.
To zdanie uderzyło go mocniej niż krzyk.
Marina wstała.
— Pojadę z tobą — powiedział Andrzej.
— Nie — odpowiedziała. — Ty pojedziesz sam.
Na dole goście milczeli. Roman zajął się zbieraniem potłuczonego szkła, a na stole wciąż stał mój tort, z zapadniętym kremem po jednej stronie.
Andrzej zszedł po schodach i zatrzymał się przy miejscu, gdzie leżała miska Maksa.
— Tato… — zaczął.
Nie odpowiedziałem.
— Czy mama naprawdę wiedziała?
— Wiedziała o wszystkim, co zdążyła zobaczyć.
— I mimo to chciała, żebym został?
— Chciała, żebym dał ci szansę. Nie chciała, żebym oddał ci całe życie.
Andrzej usiadł na stopniu. Po raz pierwszy nie wyglądał jak gospodarz mojego domu ani jak człowiek, który ma gotową odpowiedź. Wyglądał jak syn, który nagle zrozumiał, że nie odziedziczy domu tylko dlatego, że przez lata mieszkał w jego ścianach.
Janina poprosiła mnie, żebym następnego dnia przyjechał do jej kancelarii. Chciała przekazać mi oryginał notatki Heleny. Piotr zablokował umowę sprzedaży, a Marina oddała mi wszystkie dokumenty, które trzymała w szufladzie komody.
Nie było wielkiej sceny, policjantów ani krzyków sąsiadów.
Były tylko konsekwencje, które zaczęły przychodzić jedna po drugiej.
Rano Andrzej wyniósł z poddasza dwie walizki. Nie miał dokąd pójść, więc Janina pozwoliła mu zatrzymać się na kilka dni w pustym mieszkaniu po swojej matce. Nie zrobiła tego dla mnie. Zrobiła to dlatego, że Helena kiedyś poprosiłaby ją o to samo.
Marina została jeszcze godzinę. Przyniosła mi nową kartę bankową i kartkę z hasłami do wszystkich rachunków.
— Chcesz, żebym poszła z tobą do kancelarii? — zapytała.
— Nie.
— Rozumiem.
— Ale możesz przyjść, jeśli powiesz całą prawdę także Janinie.
Skinęła głową.
Przed wyjściem zatrzymała się przy drzwiach.
— Tort trzeba schować do lodówki.
Spojrzałem na stół.
— Zostaw go.
— Przecież nikt go nie zje.
— Ja zjem.
Uśmiechnęła się smutno.
— Sam?
— Nie. Zadzwonię do Romana.
Wieczorem usiedliśmy przy stole, który przez lata uważałem za rodzinny, choć rodzina dawno przestała przy nim rozmawiać. Roman przyniósł herbatę. Marina odeszła. Andrzej był już w drodze do pustego mieszkania Janiny.
Na krześle Heleny położyłem kopertę z jej notatką.
Nie otwierałem jej ponownie.
Nie musiałem.
Wiedziałem, że najważniejszą rzeczą, jaką mi zostawiła, nie były słowa na papierze, lecz chwila, w której przestałem mylić miłość z pozwoleniem na wszystko.
Następnego dnia w kancelarii Janina wręczyła mi oryginał dokumentu. Papier był pożółkły, a na jego brzegu widniał ślad po filiżance Heleny.
— Trzymała go przez dziewięć lat — powiedziała.
— Dlaczego nie dałaś mi go wcześniej?
— Bo obiecałam jej, że zrobię to dopiero wtedy, gdy sama zobaczę, że nie chcesz już ratować Andrzeja kosztem siebie.
Przeczytałem podpis Heleny.
Potem złożyłem dokument i wsunąłem go do teczki.
Nie zmieniłem zamków. Nie sprzedałem domu. Nie wyrzuciłem zdjęć Andrzeja z dzieciństwa.
Zmieniłem tylko jedną rzecz.
W jadalni usunąłem jego krzesło z miejsca gospodarza i postawiłem tam miskę Maksa, tę samą, którą podał mi jako żart.
Nie po to, by go upokorzyć.
Żeby pamiętać, jak wygląda chwila, w której człowiek odzyskuje własne imię.
Tego wieczoru zadzwonił Andrzej. Nie odebrałem od razu. Kiedy w końcu przyłożyłem telefon do ucha, usłyszałem jego zmęczony głos.
— Tato, mogę przyjechać po dokumenty?
— Możesz.
— I porozmawiać?
Spojrzałem na miskę stojącą na stole.
— Możesz mówić. Ja zdecyduję, czy chcę słuchać.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
A potem Andrzej zapytał:
— Czy zostawiłeś jeszcze kawałek tortu?
Popatrzyłem na zapadnięty krem cytrynowy, dokładnie taki, jaki lubiła Helena.
— Tak — odpowiedziałem. — Ale tym razem przyniesiesz własny talerz.
Przegapiłeś początek?






