CZĘŚĆ 4
— Nie — powiedziałam.
To jedno słowo wyszło ze mnie szybciej niż oddech.
Alicja siedziała na łóżku z kocem podciągniętym pod brodę. Przy jej dłoni pulsowała pompa infuzyjna, a na stojaku nadal wisiał mały Superman z czerwoną wstążką. Za oknem lutowe popołudnie oblepiało szyby mokrym światłem.
— Mamo? — zapytała.
— Nikt cię dziś nigdzie nie zabierze.
Doktor Jakub spojrzał na mnie ostrzegawczo.
— Marta, nie możemy obiecywać rzeczy, na które nie mamy wpływu.
— Wpływ ma człowiek, który podpisał to pismo. I człowiek, który chce odebrać pieniądze dzieciom. Ja tylko chcę, żeby spojrzeli sobie w twarz.
Helena zerwała kartkę z drukarki.
— Zebranie zaczyna się o czternastej. W sali konferencyjnej.
— Tej, na którą miały pójść pieniądze Stefana?
— Tej samej.
Alicja uniosła rękę.
— Czy mogę iść z wami?
— Nie — odpowiedzieliśmy z Jakubem jednocześnie.
Spojrzała na nas z oburzeniem.
— To moje rysunki.
— I twoje urodziny — powiedziałam. — Nie musisz ratować oddziału w dniu, w którym powinnaś jeść tort.
Alicja zerknęła na lukier zastygły na plastikowym talerzyku.
— Właśnie dlatego muszę. Bohaterowie nie wychodzą, kiedy robi się trudno.
O czternastej sala konferencyjna była pełna. Na ścianie wisiał ekran, na stole stały dzbanki z wodą i niedopita kawa, a pod sufitem buczała lampa, której jedna żarówka gasła i zapalała się co kilka sekund.
Po jednej stronie siedział dyrektor szpitala, Wiktor Malec, w idealnie wyprasowanej koszuli. Obok niego leżał plik dokumentów. Po drugiej stronie ustawili się rodzice, pielęgniarki, Jakub, Helena i Stefan.
Ja usiadłam na końcu stołu.
— Zacznijmy od tego — powiedział Malec — że wszyscy działamy dla dobra pacjentów. Nie możemy jednak podejmować decyzji pod wpływem emocji.
Stefan położył przed nim fotografię Olka.
— To nie emocje. To chłopiec, którego leczyliście w tym budynku.
Dyrektor nawet nie spojrzał na zdjęcie.
— Pańska darowizna została złożona bez wymaganej uchwały zarządu.
— Pieniądze są na koncie fundacji — odpowiedziała Helena. — Zgodnie z umową.
— Umowa jest nieważna.
Jakub pochylił się nad stołem.
— Nieważna była obietnica zbudowania sali konferencyjnej z pieniędzy przeznaczonych na dzieci.
Malec uderzył palcem w dokument.
— Proszę uważać na słowa.
— Od jedenastu miesięcy uważam na każde słowo — odpowiedział doktor. — Przy łóżkach dzieci. Dziś przestałem.
Dyrektor wstał.
— Oddział i tak wymaga reorganizacji. Koszty są zbyt wysokie. Przeniesienie pacjentów jest zgodne z procedurą.
Wtedy drzwi otworzyły się i do sali weszła Alicja. Prowadziła ją Lena. Na głowie miała papierową koronę, a na ramionach pelerynę uszytą z kolorowych skrawków materiału. Każdy skrawek był podpisany imieniem jednego dziecka.
— Alicja! — syknęłam.
— Przepraszam, mamo. Ale przyniosłam dowód.
Położyła na stole granatową kopertę.
Malec spojrzał na nią z irytacją.
— To nie jest miejsce dla dzieci.
Alicja przechyliła głowę.
— A dla kogo jest ten oddział?
Nikt nie odpowiedział.
Wyjęła z koperty kartkę, a za nią kolejne. Były to rysunki oraz krótkie zdania napisane przez rodziców. „Potrzebujemy łóżek, nie nowych foteli dla gości”. „Potrzebujemy pompy, która nie będzie się zatrzymywać”. „Potrzebujemy miejsca, gdzie dziecko może krzyczeć, zanim znów zacznie się uśmiechać”.
Malec zacisnął usta.
— To nie są dokumenty finansowe.
— Nie — powiedziałam. — To są powody, dla których pieniądze zostały przekazane.
Dyrektor odsunął kartki.
— Nawet jeśli darowizna jest ważna, nie pokryje wszystkich kosztów.
Stefan uniósł głowę.
— Pokryje pierwszy rok.
Malec spojrzał na niego.
— Nie może pan samodzielnie dysponować taką kwotą.
— Nie dysponuję nią sam. Przed chwilą podpisałem aneks.
Helena wyjęła nowy dokument.
— Fundusz Stefana został przekształcony w niezależny fundusz rodzicielski. Dołączyło do niego siedemnastu darczyńców, którzy przeczytali książkę Alicji w wersji roboczej.
Dyrektor zesztywniał.
— Książka nie została opublikowana.
— Nieoficjalnie — powiedziała Helena. — Rodzice rozesłali ją między sobą. Jedna z kopii trafiła do pracowni architektonicznej. Jej właścicielka właśnie zadeklarowała bezpłatny remont sali zabaw.
Jakub wyjął telefon.
— A firma medyczna, która miała sprzedać szpitalowi pompy po zawyżonej cenie, zgodziła się przekazać dwie urządzenia bez opłat. W zamian chce tylko, żeby na tabliczce znalazło się imię Olka, nie nazwisko zarządu.
W sali rozległ się szmer.
Malec spojrzał na mnie.
— Pani córka jest pacjentką. Nie może być wykorzystywana w sporze administracyjnym.
— Nikt jej nie wykorzystuje — odpowiedziałam. — To pan próbował wykorzystać jej chorobę, żeby zasłonić własne decyzje.
Dyrektor pobladł, lecz nie usiadł.
— To oszczerstwo.
Stefan wskazał na umowę.
— W takim razie proszę podpisać, że odrzuca pan pieniądze przeznaczone na dzieci.
Malec spojrzał na długopis. Jego ręka zawisła nad stołem, ale nie dotknęła papieru.
Drzwi ponownie się otworzyły. Weszła przewodnicząca rady szpitala, kobieta o siwych włosach i mokrym płaszczu. W ręku trzymała teczkę.
— Panie Malec, rada zebrała się piętnaście minut temu — powiedziała. — Został pan odsunięty od negocjacji dotyczących oddziału. Do czasu wyjaśnienia spraw finansowych nie może pan podpisywać żadnych decyzji.
— Na jakiej podstawie?
— Na podstawie pańskiego własnego podpisu — odparła. — Ten sam, który zatwierdził zmianę przeznaczenia darowizny.
Malec usiadł ciężko. Nie wyglądał jak potwór. Wyglądał jak człowiek, który przez długi czas wierzył, że liczby są ważniejsze od twarzy.
Alicja podeszła do niego.
— Czy oddział zostanie?
Przewodnicząca uklękła przy niej.
— Tak. Ale nie dlatego, że ktoś wygrał kłótnię. Dlatego, że ludzie pokazali, czego naprawdę potrzebują.
Alicja odwróciła się do Stefana.
— A pan? Dlaczego dał pan pieniądze, skoro przypominały panu o Olku?
Mężczyzna długo patrzył na fotografię wnuka.
— Właśnie dlatego.
— Czy Olek lubił superbohaterów?
Stefan uśmiechnął się pierwszy raz.
— Nie. Lubił zwykłych ludzi, którzy przynosili mu kakao po dyżurze.
Alicja wskazała na lekarzy w kostiumach.
— To też są zwykli ludzie.
— Najtrudniejszy rodzaj bohaterów — odpowiedział Stefan.
Wieczorem wróciliśmy do sali. Tort miał przechyloną polewę, Wonder Woman zgubiła bransoletę, a Batman nadal nosił dziecięce kapcie. Pielęgniarki rozdały wszystkim kawałki ciasta. Alicja była zmęczona, ale nie chciała jeszcze spać.
Jakub usiadł obok niej.
— Jest jeszcze jedna rzecz, której twoja mama nie wiedziała — powiedział.
— Znowu? — spytałam.
Doktor podał Alicji metalowy znaczek z cyfrą siedem.
— Od dziś jesteś oficjalną przewodniczką naszego oddziałowego klubu rysunkowego. Każde dziecko, które tu trafi, dostanie kartkę i wybierze własną supermoc.
Alicja przypięła znaczek do peleryny.
— A mama?
— Mama będzie pierwszą osobą, która przeczyta każdą historię — powiedział Jakub.
Spojrzałam na córkę. Przez chwilę znów zobaczyłam bladą twarz, kroplówkę i cienką dłoń. Ale tym razem widziałam też siedemnaście podpisów, drewnianą skrzynkę i ludzi, którzy nie pozwolili, by cudze dziecko stało się pozycją w tabeli.
Alicja otworzyła pusty zeszyt. Na pierwszej stronie narysowała oddział, a nad nim ogromną błyskawicę.
— Jak nazwiesz pierwszą historię? — zapytałam.
Pomyślała, przygryzając ołówek.
— „Bohaterowie, którzy zostali po skończeniu bajki”.
I dopisała pod spodem: „Rozdział pierwszy: Olek przyniósł kakao”.
Przegapiłeś początek?






