CZĘŚĆ 4 — Miałem poślubić najpopularniejszą aktorkę w kraju, lecz jej nagłe słowa przy stole sprawiły, że producent pobladł

CZĘŚĆ 4

— Jedźmy — powiedziałem.

Nie do domu Mili. Do archiwum fundacji.

Lena spojrzała na mnie z niedowierzaniem.

— Orłow jest już w drodze do twojej siostry.

— Właśnie dlatego nie pojedziemy tam, gdzie nas oczekuje.

Pan Leon podniósł z podłogi rejestr. Jedna kartka była rozdarta na pół, lecz wpisy pozostały czytelne.

— Skrytka numer siedemnaście jest w starej siedzibie teatru — powiedział. — Pod sceną.

— Jak ją otworzymy?

Lena zacisnęła palce na miedzianym żetonie.

— Tym.

Dwadzieścia minut później biegliśmy przez pusty korytarz teatru. Była dwudziesta druga trzydzieści. W budynku pachniało mokrym drewnem, kurzem i klejem używanym do dekoracji. Nad nami zwisały ciężkie liny, a każdy krok odbijał się od widowni.

Pod sceną znajdował się niski korytarz techniczny. Pan Leon odsunął metalową kratę. Na jej zamku widniało siedemnaście.

Lena wsunęła żeton w wąską szczelinę.

Zamek kliknął.

Za kratą stała stalowa kaseta. Otworzyliśmy ją wspólnie. W środku leżały trzy teczki, ręcznie szyta księga i koperta opatrzona pieczęcią fundacji.

Na pierwszej teczce widniało nazwisko mojej matki.

Na drugiej nazwisko Leny.

Na trzeciej moje.

— On robił to od lat — powiedziałem.

Lena wyjęła dokument z mojej teczki. Była to umowa dotycząca praw do scenariusza napisanego przez mojego ojca. Orłow nie tylko ukradł jego udział. Przez lata pobierał pieniądze, używając mojego nazwiska jako spadkobiercy, choć nigdy nie dostałem ani jednej kopiejki.

— To dlatego tak bardzo chciał, żebym podpisał rezygnację z filmu — powiedziałem. — Gdybym odszedł dobrowolnie, mógłby twierdzić, że nie mam żadnych roszczeń.

— I dlatego chciał, żebyśmy się pobrali dopiero po zakończeniu zdjęć — dodała Lena. — Małżeństwo oznaczałoby, że wspólnie sprawdzimy dokumenty i zobaczymy, skąd naprawdę pochodziły pieniądze na leczenie mamy.

Pan Leon wyjął z księgi pojedynczą kartkę.

— Jest tu nazwisko księgowej. Zofia Bielska. Pracowała dla fundacji do dziś.

Telefon Leny znów zadzwonił. Tym razem na ekranie pojawiło się nazwisko Zofii.

— Odbierz — powiedziałem.

— Boję się.

— Ona też się boi. Dlatego dzwoni.

Lena przyłożyła telefon do ucha.

— Zofia?

Po chwili podała mi aparat.

— Panie Kirył, mam oryginalne księgi przelewów — powiedziała kobieta po drugiej stronie. — Orłow wydał mi polecenie, żebym przepisała dług pańskiego ojca na pańskie nazwisko. Odmówiłam. Wtedy kazał mi podpisać fałszywe zestawienie.

— Dlaczego pani teraz mówi?

— Bo dziś przyszedł do mojego mieszkania po dokumenty. Nie znalazł ich.

— Gdzie są?

— W miejscu, którego nie sprawdzi. W teatrze.

Spojrzałem na kasetę.

— Jest pani pewna, że to wystarczy?

— Nie. Dlatego mam też podpis Orłowa pod zleceniem wypłaty. Oryginalny. Z datą i numerem konta.

Lena zakryła usta dłonią.

— Moja matka nie miała żadnego długu — powiedziała.

— Nie — odparła Zofia. — Orłow stworzył go, żeby uzależnić panią od fundacji.

Przez chwilę nikt się nie poruszył. Potem usłyszeliśmy trzask drzwi na górze.

Orłow wszedł do teatru.

— Kirył! — zawołał. — Wiem, że tam jesteście.

Pan Leon zgasił latarkę. Zostaliśmy w ciemności, z trzema teczkami przyciśniętymi do piersi.

— Nie możemy wyjść głównym wejściem — szepnęła Lena.

— Jest kanał dekoracyjny pod garderobą — powiedział Leon. — Prowadzi na dziedziniec.

— A ty?

— Ja go zatrzymam.

— Nie — odparłem. — Wszyscy wychodzimy.

Orłow zszedł po schodach. Jego buty uderzały o metalową konstrukcję sceny.

— Lena, twoja matka za godzinę straci miejsce w klinice — powiedział. — A ty, Kirył, jutro stracisz nazwisko. Możecie jeszcze oddać dokumenty.

Zapaliłem latarkę i wyszedłem zza filaru.

— Oddaj nam teczkę mojego ojca.

— Nie masz pojęcia, co trzymasz w rękach.

— Mam pojęcie. Trzymam rachunki za kłamstwo, które trwało dziewięć lat.

Orłow roześmiał się krótko.

— Twój ojciec był słaby. Sprzedał mi scenariusz.

— Sprzedał ci prawo do udziału, nie własne nazwisko.

— Podpisał.

— Podpisał odbiór pożyczki na leczenie. Nie zgodę na kradzież.

— To bez znaczenia. Nie żyje.

Te słowa uderzyły mnie mocniej niż wszystko, co powiedział wcześniej. Lena chwyciła mnie za ramię.

— Nie daj mu tego.

Orłow zrobił krok w naszą stronę.

— Dajcie dokumenty. W zamian opłacę leczenie jej matki i zwrócę ci główną rolę. Jutro znów będziesz bohaterem.

— A ty czego chcesz? — zapytałem.

— Filmu. Pieniędzy. Nazwiska na plakacie.

— Nie chcesz filmu. Chcesz, żeby wszyscy myśleli, że stworzyłeś ludzi, których wcześniej okradałeś.

Jego twarz stwardniała.

— Nie wiesz, ile kosztuje sukces.

— Wiem. Mój ojciec zapłacił za niego zdrowiem, a Lena własnym szczęściem.

Wtedy zza schodów wyszła Zofia. Niska kobieta w mokrym płaszczu, z walizką przyciśniętą do boku. W jej dłoni znajdował się pęk papierów.

Orłow cofnął się.

— Ty przeklęta zdrajczyni.

— Nie jestem zdrajczynią — odpowiedziała. — Przez dziewięć lat byłam świadkiem.

Położyła walizkę na scenie i otworzyła ją. W środku znajdowały się księgi rachunkowe, kopie przelewów i plik podpisanych poleceń.

Orłow rzucił się ku walizce, ale pan Leon zagrodził mu drogę.

— Ani kroku.

— Myślisz, że jeden stary portier mnie zatrzyma?

— Nie. Zatrzyma cię to, że wszyscy widzą, jak próbujesz zabrać dowody.

Na widowni zapaliły się światła. Nie wiedziałem, kiedy Zofia uruchomiła instalację. W ostatnich rzędach siedzieli księgowa fundacji, dyrektor teatru i kilku aktorów z przerwanego wcześniej przyjęcia. Mila stała obok nich. Musiała przyjechać za nami, gdy Zofia do niej zadzwoniła.

Orłow spojrzał na twarze widzów.

— To prywatna własność.

— Nie — powiedziała Zofia. — To dokumenty fundacji, z której pieniędzy opłacano cudze rachunki i kupowano cudze milczenie.

Mila podeszła do mnie.

— Mama jest bezpieczna. Dyrektor kliniki zgodził się ją przyjąć dzięki lekarzowi, który znał ojca.

Lena zamknęła oczy. Z jej twarzy spłynęło napięcie, jakby ktoś przeciął niewidzialną linę.

— Nie będziesz już mógł jej szantażować — powiedziała do Orłowa.

— Myślisz, że to koniec? — syknął.

— Nie. To początek rachunku.

Nie wezwałem służb. Nie chciałem, żeby ta noc zamieniła się w widowisko, które pozwoliłoby Orłowowi znów odegrać rolę ofiary. Dyrektor teatru odwołał jego dostęp do budynku, a Zofia przekazała dokumenty niezależnej komisji fundacji. Sponsorzy wycofali się z filmu jeszcze przed świtem. Główna rola przepadła.

Orłow stracił dokładnie to, o co walczył najbardziej: kontrolę nad opowieścią.

Nie stał się nagle dobrym człowiekiem. Nie przeprosił mojego ojca. Nie spojrzał na Lenę z żalem. Do końca powtarzał, że wszyscy mu coś zawdzięczamy.

Ale kiedy rano wynoszono z jego gabinetu plakaty, nikt nie pytał, gdzie jest producent. Pytano, kto podpisał dokumenty.

Lena i ja pojechaliśmy do kliniki. Jej matka leżała przy oknie, blada, lecz przytomna. Na stoliku stał kubek z pękniętym uchem.

— Przepraszam — powiedziała Lena.

Usiadłem obok niej.

— Za co?

— Za to, że odebrałam ci możliwość wyboru.

— Ty też nie miałaś wyboru.

— Miałam. Mogłam ci zaufać.

Nie odpowiedziałem od razu. Przez lata myślałem, że miłość polega na tym, by nie wypuszczać czyjejś dłoni. Tego wieczoru zrozumiałem, że czasem trzeba ją puścić, żeby człowiek mógł przestać klęczeć przed cudzym strachem.

— Nie wiem, czy wrócimy do siebie — powiedziałem.

— Ja też nie.

— Ale chcę przeczytać scenariusz mojego ojca.

— Przeczytamy go razem?

Spojrzałem na nią. Wciąż miała przy torebce miedziany żeton z numerem siedemnastym. Tym razem nie brzęczał jak ostrzeżenie.

— Razem — odpowiedziałem.

Kilka tygodni później dyrektor teatru zaproponował mi coś, czego Orłow nigdy by nie zrobił: próbę bez kamer, bez sponsorów i bez obietnicy sławy. Mieliśmy wystawić sztukę mojego ojca. Lena zgodziła się zagrać główną rolę, ale pod jednym warunkiem.

— Jeżeli ktoś zapyta, dlaczego wróciliśmy na scenę, nie będziemy opowiadać o skandalu — powiedziała.

— O czym więc?

— O człowieku, który napisał historię i nie doczekał się własnego nazwiska na afiszu.

W dniu pierwszej próby położyłem na stole jego oryginalną kartkę. Papier był pożółkły, a przy dolnym brzegu widniała plama po atramencie. Lena przeczytała pierwsze zdanie i uśmiechnęła się smutno.

— Twój ojciec pisał tak, jakby wiedział, że ktoś kiedyś będzie musiał dokończyć tę scenę.

— Może wiedział.

Na widowni usiadła moja matka. Obok niej Mila, Zofia i pan Leon. Lena stanęła pod światłem, z miedzianym żetonem przypiętym do kostiumu. Nie jako pamiątką po naszym rozstaniu, lecz jako znakiem garderoby, z której można wyjść na własnych warunkach.

Kiedy rozpoczęła pierwszą kwestię, usłyszałem w jej głosie wszystko: noc w hotelu, pusty korytarz, groźby Orłowa, strach o matkę i lata, które straciliśmy, próbując ocalić się osobno.

Potem powiedziałem swoją kwestię.

Nie była przeprosiną.

Była podpisem pod prawdą, której mój ojciec nie zdążył złożyć.

Lena podeszła do stołu i podniosła miedziany żeton. Odwróciła go na drugą stronę. Na metalu ktoś wcześniej wyrył maleńkie słowa, których nigdy nie zauważyłem: „Numer siedemnasty — wejście dla tych, którzy wracają po swoje”.

— To było tam od początku? — spytałem.

— Nie — odpowiedziała. — Kazałam je wygrawerować dziś rano.

Kurtyna jeszcze nie opadła, gdy na scenie rozległ się dźwięk metalu uderzającego o drewno.

Tym razem to nie był koniec historii.

To był pierwszy prawdziwy dźwięk mojego nazwiska.

Оцените статью