CZĘŚĆ 4
…Był to doktor Adrian Vale, dyrektor kliniki leczenia niepłodności, do której jeździłam z Connorem przez siedem lat.
Zobaczyłam go na końcu korytarza, zanim zdążył wejść do pokoju konsultacyjnego.
Miał na sobie granatowy garnitur i trzymał skórzaną teczkę. Na jego mankiecie połyskiwała srebrna spinka w kształcie maleńkiej spirali DNA.
Kiedy mnie dostrzegł, zwolnił.
— Kirsten — powiedział. — To nie jest odpowiednie miejsce na taką rozmowę.
— Właśnie tutaj zaczęła się ta rozmowa.
Kenneth stanął obok mnie.
— Doktorze Vale, Helena Ward przekazała nam kopię rejestru.
Adrian ścisnął teczkę.
— Helena jest rozgoryczoną byłą pracownicą.
— Byłą pracownicą, która zachowała dokumenty, jakie pan próbował usunąć — odparł Kenneth.
Connor odsunął się od wózka.
— Powiedziałeś mi, że wszystko jest bezpieczne.
Adrian spojrzał na niego z irytacją.
— Powiedziałem, że procedura będzie poufna.
— Mówiłeś, że Kirsten nigdy się nie dowie.
— Connor — syknęła Melinda. — Przestań mówić.
Ale było już za późno.
Adrian otworzył teczkę i wyjął kopię formularza.
— Pańska była żona podpisała zgodę na wykorzystanie zarodków.
— Nie podpisałam — odpowiedziałam.
— Podpis jest na dokumencie.
— A podpis świadka?
Adrian zamilkł.
Kenneth wyciągnął z kieszeni powiększoną kopię.
— Świadkiem jest pańska żona, doktorze Vale. Pańska żona zmarła trzy lata temu.
Adrian odruchowo dotknął spinki przy mankiecie. Ten drobny ruch zapamiętałam, bo widziałam go wiele razy podczas konsultacji. Robił tak, kiedy próbował kupić sobie czas.
— To błąd sekretariatu — powiedział.
— Błąd nie wpisuje numeru pańskiego prywatnego konta, na które Connor przelał sto dwadzieścia tysięcy dolarów.
Melinda zakryła usta.
Connor odwrócił się do Adriana.
— Mówiłeś, że to opłata za leczenie.
— Była nią.
— Za co zapłaciłem?
— Za dyskrecję.
To słowo rozpadło wszystko, co jeszcze próbował utrzymać.
Adrian wyjaśnił, że Connor przyszedł do niego po rozwodzie z planem, którego nie chciał wykonać żaden inny lekarz. Chciał wykorzystać jeden z naszych zarodków i zatrudnić Melindę jako nosicielkę. Kłamał jej, że materiał pochodzi od anonimowych dawców. Kłamał mnie, że zarodki zostaną zniszczone. A klinika, zadłużona po kosztownej rozbudowie, przyjęła pieniądze.
— Dlaczego nie powiedziałeś mi prawdy? — spytałam.
Adrian spojrzał na mnie bez cienia skruchy.
— Bo podpisałaś zgodę na przechowywanie materiału.
— Na przechowywanie, nie na kradzież.
— Nie rozumiesz, jak działa medycyna.
— Rozumiem aż za dobrze. Wiem też, że próbka oznaczona numerem S-417 miała zostać zniszczona. Sama widziałam protokół.
— Nie widziałaś oryginału — odparł.
— Nie musiałam. Helena go widziała.
Drzwi pokoju konsultacyjnego otworzyły się. Stała w nich kobieta o rudych okularach i cienkiej bliźnie na brodzie.
Helena Ward trzymała grubą księgę oprawioną w płótno.
— Oryginał jest tutaj — powiedziała.
Adrian cofnął się.
— Nie masz prawa wynosić dokumentacji.
— Miałam prawo ją zabezpieczyć, kiedy zobaczyłam, że zmieniasz daty. A ty nie miałeś prawa niszczyć mojego nazwiska w raporcie, żeby zrzucić na mnie odpowiedzialność.
Otworzyła księgę na zaznaczonej stronie. Przy numerze S-417 widniała data wydania, nazwisko Connora i dopisek: „zgoda niezweryfikowana”. Pod nim znajdował się podpis Adriana.
Connor patrzył na stronę, jakby nie rozumiał własnego planu.
— Miałeś usunąć ten wpis.
Adrian odpowiedział mu lodowatym spojrzeniem.
— Nie wydawaj mi poleceń.
Kenneth wyjął długopis.
— Kirsten, potrzebuję twojego podpisu pod wnioskiem o natychmiastowe zabezpieczenie materiału, dokumentów i opieki nad dzieckiem do czasu rozstrzygnięcia prawnego.
Connor ruszył w moją stronę.
— Nie podpisuj.
— Dlaczego?
— Bo jeśli to zrobisz, zabierzesz mi syna.
— Nie wiem jeszcze, co ci zabiorę. Wiem tylko, że nie pozwolę ci dalej ukrywać prawdy przed Owenem.
Melinda niespodziewanie stanęła obok mnie.
— Ja też podpiszę zeznanie — powiedziała.
Connor odwrócił się do niej gwałtownie.
— Przecież mnie kochałaś.
— Kochałam człowieka, którego udawałeś. To nie to samo.
Podała Kennethowi kartkę, którą ściskała od początku. Była to wiadomość z kliniki, zawiadomienie o transferze zarodka. Podpisana przeze mnie? Nie. Na dole znajdowała się notatka Connora: „Nie wysyłać na aktualny adres”.
Melinda przechowywała ją przez rok.
— Dlaczego nigdy wcześniej jej nie pokazałaś? — zapytałam.
Łzy spłynęły jej po policzkach.
— Bałam się, że jeśli odejdę, Connor zabierze Owena. A potem zrozumiałam, że on już zabrał coś komuś innemu.
Podeszłam do wózka.
Connor zastąpił mi drogę, ale tym razem nie dotknął mnie.
— Kirsten, on cię nie zna.
— To prawda.
— Nie możesz wejść w jego życie po roku i udawać matki.
— Nie zamierzam udawać.
Spojrzałam na Owena. Jego twarz była mokra od płaczu. Wyciągnął rękę w stronę pluszowej żyrafy, lecz zabawka spadła na podłogę.
Podniosłam ją i podałam mu.
Jego palce zacisnęły się na moim kciuku.
To nie było magiczne rozpoznanie. Nie znał mojego głosu, zapachu ani twarzy. Byłam dla niego obcą kobietą w białym fartuchu.
A jednak nie cofnęłam ręki.
Connor patrzył na nas, jakby właśnie zobaczył konsekwencje wszystkich swoich decyzji naraz.
— Nie chciałem, żebyś cierpiała — powiedział.
— Chciałeś, żebym patrzyła.
Nie odpowiedział.
Kenneth podpisał dokumenty, Helena dołączyła swoje oświadczenie, a Melinda usiadła na krześle pod ścianą, ściskając pustą butelkę. Adrian został sam przy windzie, z rozpiętą teczką i srebrną spinką odpinającą się od mankietu.
Następnego dnia klinika zawiesiła jego uprawnienia, a jego wspólnicy zerwali umowę, kiedy zobaczyli księgę Heleny i przelewy Connora. Connor stracił stanowisko, mieszkanie i prawo do podejmowania decyzji medycznych dotyczących Owena. Nie dlatego, że wygrałam z nim jakąś grę.
Dlatego, że jego własne podpisy przestały go chronić.
Melinda nie została moją przyjaciółką. Nie próbowałyśmy udawać, że rok zdrady można wymazać jednym łzawym przeproszeniem. Została jednak świadkiem i opiekunką dziecka, które urodziła, a ja zgodziłam się, by Owen nie stracił jej z życia.
Podzieliłyśmy się odpowiedzialnością bez dzielenia kłamstwa.
Tydzień później wróciłam na oddział pediatryczny. W pokoju zabaw Connor siedział przy ścianie, pod nadzorem pracownika opieki rodzinnej. Owen trzymał w ręku pluszową żyrafę.
— Masz pięć minut — powiedział Connor.
— Wiem.
— On może cię nie pokochać.
Spojrzałam na chłopca, który próbował wcisnąć żyrafę do zbyt małego pudełka.
— Nie przychodzę po jego uczucia na żądanie.
Connor spuścił wzrok na własne dłonie.
— A po co przychodzisz?
Podeszłam do Owena i usiadłam na podłodze, choć białe spodnie natychmiast ubrudziły się kredą.
— Żeby przestał być sekretem.
Chłopiec popatrzył na mnie, potem podał mi żyrafę.
Wzięłam ją, a on zaśmiał się cicho, kiedy zabawka przechyliła się i uderzyła mnie w nos.
Za plecami usłyszałam, jak Connor wypuszcza powietrze.
Nie odwróciłam się.
Na stoliku obok leżała karta z imieniem dziecka. Ktoś wcześniej wpisał na niej tylko „Owen Fleming”. Wzięłam długopis i, po uzgodnieniu z opiekunem, dopisałam drugie nazwisko.
Nie skreśliłam pierwszego.
Pod nim pojawiło się: „Owen Fleming Sinclair”.
Owen spojrzał na kartę, a potem przycisnął pluszową żyrafę do mojego fartucha.
— Mamo? — zapytał niepewnie.
Długopis wypadł mi z ręki.
Connor zamknął oczy.
A ja po raz pierwszy odpowiedziałam mu nie jako zemsta, nie jako zwycięstwo, tylko jak kobieta, której dziecko właśnie nauczyło się jej imienia:
— Jestem tutaj, Owenie.
Przegapiłeś początek?






