CZĘŚĆ 4
…hangar otworzył się z metalicznym jękiem, a wewnątrz zapaliły się białe lampy techniczne.
Stałam na krawędzi pasa startowego i patrzyłam na raptora, który kołował w stronę wznoszącej się rampy. Silnik wyrzucał gorące powietrze, niosąc zapach spalonego paliwa i rozgrzanego metalu.
— Gdzie jest drugi cel? — zapytałam oficera łączności.
— W centrum bazy. Dokładne współrzędne prowadzą do budynku dowodzenia.
Mój wzrok przesunął się na Richardsona.
Nie wyglądał na zaskoczonego.
Wyglądał na człowieka, który właśnie usłyszał potwierdzenie własnego planu.
— To nie może być przypadek — powiedziałam.
— Nie jest — odparł.
Marta wybiegła z zestawem narzędzi przyciśniętym do piersi. Plastikowa tabliczka z numerem hangaru podskakiwała przy każdym kroku.
— Kapitanie, musimy dostać się do drugiego samolotu.
— Najpierw zatrzymamy pierwszy.
— Nie zdążymy.
Przez radio odezwał się pilot:
— Widmowa Prowadząca, mam trzydzieści sekund do wejścia w strefę celu.
Richardson podszedł do terminala stojącego przy betonowym słupku.
— Wydam rozkaz przerwania lotu.
— Pański rozkaz jest źródłem problemu.
— Nadal jestem dowódcą tej bazy.
— Już nie. Przekazuję dowodzenie w trybie awaryjnym.
Wyciągnęłam własny identyfikator. Zwykle nosiłam go pod kurtką, w małej skórzanej kieszeni wszytej przez matkę przed moim pierwszym przydziałem. Krawędź karty była pęknięta, ale chip działał.
Terminal zamrugał.
— Ostateczna zgoda przyjęta — oznajmił głos.
Richardson rzucił się ku ekranowi.
— Nie masz prawa.
— Mam prawo, bo to pan umieścił moje nazwisko na rozkazie.
Wprowadziłam kod przerwania zdalnego uzbrojenia.
System zażądał potwierdzenia fizycznego.
— Marta, przewód synchronizacji.
Pobiegłyśmy do pierwszego raptora. Klapy pod skrzydłem drżały od pracy silnika. Pilot siedział w kabinie, ale jego ręce poruszały się gwałtownie po panelu.
— Kapitanie, maszyna nie reaguje na polecenia! — krzyknął przez radio.
Marta uklękła przy otwartej osłonie serwisowej. Jej palce były czarne od smaru.
— Widzę przewód.
— Odłącz go.
— Jeśli zrobię to teraz, system może wybrać cel zastępczy.
— Jakiego celu?
Spojrzała na ekran serwisowy.
— Tego, który wprowadzono do pamięci jako priorytet.
W tej samej chwili odezwał się alarm drugiego samolotu.
Na wyświetlaczu pojawił się obraz budynku dowodzenia.
Wiedziałam już, dlaczego Richardson kazał zamknąć dziedziniec. Nie chciał tylko ukryć eksperymentalnego modułu. Chciał, aby w chwili uruchomienia systemu wszyscy świadkowie znajdowali się w jednym miejscu.
A potem baza miała wyglądać na ofiarę własnej awarii.
— Admirale — powiedziałam — kto miał być w budynku, kiedy nastąpił wybuch?
Jego twarz stała się nieruchoma.
— Nie będzie żadnego wybuchu.
— Moduł wskazuje budynek.
— Moduł wskazuje serwer sterujący.
— To nie to samo.
— Jeżeli zniszczymy serwer, program nie trafi do dowództwa. Nie opuści bazy.
— A ludzie?
— Wszyscy zostaną ewakuowani.
Marta spojrzała na niego z niedowierzaniem.
— Kłamie pan. W budynku jest zespół analityków.
Richardson nie odpowiedział.
Zrozumiałam, że jego plan był jeszcze większy. Chciał zniszczyć dowody, zanim ktokolwiek zorientuje się, że system został użyty. Śmierć kilku osób miała zostać wpisana w historię jako tragiczny błąd podczas ćwiczeń.
— Marta, odłącz przewód.
— Teraz?
— Teraz.
Przecięła go specjalnymi szczypcami.
Pierwszy raptor szarpnął się na pasie. Przez radio usłyszeliśmy trzask, potem krzyk pilota.
— Sterowanie wróciło!
Czerwony punkt zniknął z mapy doliny.
Ale drugi nadal przesuwał się ku bazie.
— Ten sam moduł jest w drugim samolocie — powiedziała Marta.
— Richardson, kto siedzi w kabinie?
Admirał spojrzał na hangar.
— Nikt.
— Samolot jest uruchomiony.
— Pilot miał wejść za minutę.
— Nie ma pilota, a maszyna dostała rozkaz startu.
Z hangaru dobiegł ryk turbin. Raptor zaczął wysuwać się na pas, całkowicie bez załogi.
Oficer łączności upuścił słuchawkę.
— To niemożliwe.
— Możliwe — powiedział Richardson. — System może prowadzić samolot zdalnie.
Spojrzałam na niego.
— To właśnie chciał pan udowodnić.
— Chciałem pokazać, że baza nie potrzebuje pilotażu w każdej misji.
— Chciał pan sprzedać dowództwu broń, która sama wybiera cele.
— Chciałem uratować ten ośrodek.
— Za jaką cenę?
Po raz pierwszy jego pewność pękła, ale nie w sposób, którego się spodziewałam. Nie błagał. Nie próbował się tłumaczyć.
Po prostu powiedział:
— Za cenę, której nikt nie chciał zapłacić dobrowolnie.
Wiedziałam, że wierzył we własną wersję. To czyniło go groźniejszym, nie łagodniejszym.
Pobiegłam do terminala.
— Marta, możesz przejąć moduł w drugim samolocie?
— Z ziemi nie.
— A jeśli dostaniesz dostęp do kanału serwisowego?
— Muszę podejść do maszyny.
Drugi raptor wytoczył się z hangaru. Bez pilota. Bez świateł pozycyjnych. Przednie koło skręciło samo w stronę pasa.
— Nie zdążysz — powiedział Richardson.
Marta spojrzała na metalową plombę leżącą w jej dłoni.
— Nie muszę zdążyć. Muszę tylko dotrzeć do właściwego miejsca.
Pobiegła.
Ja wskoczyłam do pojazdu technicznego i ruszyłam za nią. Koła podskakiwały na betonowych łączeniach, a sygnał ostrzegawczy wył bez przerwy.
Raptor przyspieszał.
Marta dopadła do bocznego panelu, gdy samolot minął linię bezpieczeństwa. Chwyciła uchwyt, otworzyła klapę i wsunęła się pod skrzydło.
— Trzymaj się! — krzyknęłam.
— Mam go!
— Co widzisz?
— Dwa przewody. Jeden od sterowania, drugi od naprowadzania.
— Odłącz naprowadzanie.
— Jeśli pomylę, stracimy samolot.
— Jeśli nie odłączysz, stracimy bazę.
Marta zacisnęła szczypce.
Raptor uniósł przednie koło.
— Kapitanie! — krzyknął oficer przez radio. — Dziesięć sekund do oderwania!
Marta przecięła przewód.
Samolot zadrżał, skręcił gwałtownie i zatrzymał się kilka metrów przed końcem pasa. Z podwozia posypały się iskry.
Przez radio zapadła cisza.
Potem pilot pierwszego raptora powiedział:
— Wszystkie systemy uzbrojenia zablokowane. Oddział w dolinie potwierdza bezpieczeństwo.
Marta wysunęła się spod skrzydła. Na czole miała rozcięcie, a w dłoni trzymała odcięty przewód.
Richardson stał nieruchomo przy terminalu.
— To jeszcze nie koniec — powiedział.
— Dla pana właśnie się skończyło.
— Nie rozumiesz, co się stanie, kiedy dowództwo zobaczy, że system działa.
— Dowództwo zobaczy coś innego. Że użył pan prawdziwej misji jako poligonu.
— Nikt nie podpisze takiego raportu.
— Ja podpiszę.
Wyjęłam z kieszeni kartę techniczną z mosiężnym klipem. Ta, którą wcześniej podawał mi Richardson, miała mój sfałszowany podpis. Na odwrocie znajdowała się jednak pieczęć archiwum serwisowego, a pod nią numer partii papieru.
Marta spojrzała na nią i nagle pokręciła głową.
— Kapitanie, ten dokument nie pochodzi z wczorajszej odprawy.
— Co masz na myśli?
— Numer partii wydano tylko jednemu gabinetowi. Gabinetowi admirała.
Oficer łączności podniósł z ziemi swoją pomiętą kartę rozkazów.
— A kod użyty do przesunięcia startu został wpisany z terminala w jego biurze.
Richardson spojrzał ku budynkowi.
W tym momencie z jego kieszeni odezwał się telefon satelitarny.
Odebrał.
— Richardson.
Słuchaliśmy wszyscy, bo rozmowa automatycznie przeszła na głośnik.
— Admirale — powiedział kobiecy głos — tu komisja techniczna. Otrzymaliśmy pakiet z pańskiego archiwum. W środku są kopie wszystkich wersji raportu, włącznie z tą, którą polecił pan zniszczyć.
Richardson zamknął oczy.
— Kto wam je przekazał?
Głos odpowiedział po chwili:
— Technik Marta Kowalska. Wysłała je o szóstej pięćdziesiąt dwa.
Marta spuściła wzrok.
— Nie ufałam, że przeżyjemy odprawę — powiedziała.
Richardson popatrzył na nią, jakby dopiero teraz zrozumiał, że przegrał nie przez mój przyjazd, lecz przez godzinę, w której jedna techniczka zdecydowała się zachować kopie dokumentów.
— Mogłaś zniszczyć tę bazę — powiedział.
— Nie. To pan ją zniszczył. Ja tylko nie pozwoliłam panu zniszczyć dowodów razem z nią.
Wtedy z budynku wyszli analitycy, których Richardson chciał pozostawić jako część strat. Jeden z nich niósł metalową kasetę z dyskami archiwalnymi.
— Mieliśmy rozkaz opuszczenia serwerowni — powiedział. — Nie dostaliśmy go od admirała. Dostaliśmy go z pańskiego terminala, kapitanie.
— Nie wydałam takiego rozkazu.
— Wiem. Dlatego nie wykonaliśmy go.
Spojrzałam na Richardsona.
Jego plan rozsypał się w każdym miejscu, które uważał za zabezpieczone: w podpisie, w kodzie, w raporcie i w ludziach, których uznał za zbyt przestraszonych, by mówić.
Nie został aresztowany na środku dziedzińca. Nie było kajdan ani okrzyków triumfu.
Oficer z dowództwa przybył godzinę później i odebrał mu identyfikator oraz dostęp do terminali. Richardson oddał je bez słowa, ale kiedy przechodził obok mnie, zatrzymał się.
— Gdybyś przyleciała tu w mundurze, od razu wiedziałbym, kim jesteś.
— Właśnie dlatego przyszłam w kurtce.
— Chciałaś mnie sprowokować?
— Chciałam zobaczyć, kogo potraktujesz jak nikogo.
Popatrzył na moje ubranie, na obdarte buty i starą skórzaną kurtkę.
— I co zobaczyłaś?
— Człowieka, który bardziej ufał papierowi niż ludziom.
Odwrócił się i odszedł.
Marta podeszła do mnie z odciętym przewodem. Zawiesiła go na metalowej poręczy przy hangarze jak dowód zakończonej naprawy.
— Zachowasz to? — zapytała.
— Nie.
— Dlaczego?
— Bo to nie jest pamiątka. To ostrzeżenie.
Pilot pierwszego raptora zszedł z kabiny i podszedł do nas. Miał twarz zmęczoną, ale uśmiechał się przez kurz.
— Kapitan Hayes.
— Tak?
— Cały oddział chce wiedzieć, czy naprawdę nazywają panią Widmową Prowadzącą.
Spojrzałam na raptora z jasnym zadrapaniem przy prawym uchwycie. Samolot, który miał stać martwy w hangarze, nadal dymił po awaryjnym hamowaniu.
— Tylko wtedy, kiedy ktoś próbuje prowadzić ludzi prosto w ciemność.
Pilot zasalutował.
Tym razem nie dlatego, że wymagał tego rozkaz.
Za nim kolejno uniosły się dłonie całego oddziału, a miedziana plomba w ręce Marty zabrzęczała o metalową poręcz.
I właśnie ten dźwięk, nie huk silnika, zapamiętałam z tamtego poranka.
Przegapiłeś początek?






