CZĘŚĆ 4
…było to nazwisko Ryana.
Przez chwilę słyszałam wyłącznie wibrację silnika.
— To niemożliwe — powiedziałam.
Technik obrócił ekran w moją stronę. Pod planem awaryjnego przejęcia widniała data sprzed trzech lat. Ryan miał zostać następcą ojca, jeśli ja zginęłabym podczas jednej z niezatwierdzonych operacji.
Mercer spojrzał na Hale’a.
— Wiedziałeś o tym?
— Nie.
— Kto wiedział?
Hale zacisnął usta.
— Everett Cole i człowiek finansujący program.
— Nazwisko — zażądałam.
Hale nie odpowiedział.
Nie musiał.
Na dole dokumentu znajdowała się pieczęć firmy zaopatrującej wojsko w sprzęt medyczny. Jej właścicielem był człowiek, którego twarz znałam z rodzinnych fotografii. Julian Cole, młodszy brat mojego ojca.
Wujek Julian od lat prowadził fundację wspierającą weteranów.
Tak przynajmniej twierdzili wszyscy.
— Mój ojciec nie działał sam — powiedziałam.
— Nie — odparł Mercer. — Ale to on wydał rozkaz.
Transportowiec wszedł w chmury. Kadłub zatrząsł się tak mocno, że mosiężny klucz spadł ze skrzyni i potoczył pod moje buty. Podniosłam go.
Na jego powierzchni wygrawerowano numer magazynu.
Znałam ten numer.
Był to stary skład amunicji pod przełęczą Karsen, zamknięty po pożarze dziewięć lat wcześniej.
— Ryan zostawił ślad w magazynie — powiedziałam.
Technik skinął głową.
— Jeśli przełączymy nadajnik na stary kanał ratunkowy, możemy ominąć blokadę generała.
— Zrób to.
— Ojciec wykryje sygnał.
— Wykryje mnie. Tego właśnie chce.
Mercer podszedł bliżej.
— Awery, jeśli lądujemy, nie będziesz miała wsparcia z centrum.
— Mam ciebie.
— Mam trzech ludzi, jedną sanitariuszkę i mapę, której generał nie powinien był widzieć.
— Wystarczy.
Osiem minut później wylądowaliśmy na zamarzniętym płaskowyżu. Wiatr wciskał śnieg pod kołnierze. Na horyzoncie, pomiędzy czarnymi skałami, mrugało światło latarki.
To był sygnał Ryana.
Ruszyliśmy nisko, pod osłoną skalnego grzbietu. Przy wejściu do tunelu znaleźliśmy dwóch żołnierzy związanych przewodem. Żyli. Jeden z nich miał rozcięte czoło.
— Kapitan Hale? — zapytał.
— Jest z nami.
Żołnierz roześmiał się bez radości.
— To dobrze. Bo Ryan został sam.
Weszłam do tunelu.
Z głębi dobiegł pojedynczy wystrzał.
Nie strzeliłam. Rozpoznałam odgłos karabinu Ryana. Zawsze ustawiał tłumik o ćwierć obrotu za mocno, więc jego broń miała charakterystyczne, przytłumione uderzenie.
— Ryan! — zawołałam.
— Awery, nie ruszaj się!
Zatrzymałam się przy betonowym filarze.
Po drugiej stronie korytarza pojawił się mój brat. Miał zakrwawiony rękaw i dziennik przyciśnięty do piersi. Za nim stał ojciec z pistoletem skierowanym w jego plecy.
Everett Cole wyglądał na starszego niż kilka godzin wcześniej.
— Puść broń, Awery — powiedział.
— Ty ją puść.
— Nie rozumiesz, co trzymasz w rękach.
— Rozumiem aż za dobrze.
Ryan spojrzał na mnie.
— Jest jeszcze jedna rzecz.
Ojciec drgnął.
— Ryan.
— Powiedz jej.
— To nie miejsce na rodzinne rozliczenia.
— Właśnie dlatego jest najlepsze.
Ryan wyciągnął z dziennika pożółkłą kartkę.
— Ojciec nie zabrał mojego listu przyjęcia. To on wysłał mój pierwszy rozkaz. To on kazał mi obserwować Awery.
Spojrzałam na ojca.
— Obserwować mnie?
— Miałem cię chronić.
— Chronić? Przez lata mówiłeś wszystkim, że jestem nikim.
— Gdyby wiedzieli, że jesteś Duchem-Trzynaście, zabiliby cię wcześniej.
— A ty planowałeś zabić mnie później.
Jego palec zadrżał przy spuście.
— Chciałem zakończyć program.
— Nie. Chciałeś zachować kontrolę nad tym, co zrobiłeś.
Ojciec spojrzał na Ryana.
— Oddaj dziennik. Wtedy was wypuszczę.
Ryan roześmiał się cicho.
— Nie możesz nas wypuścić. Twoi ludzie już są na zewnątrz.
W tunelu rozległ się głos Mercera.
— Generale, oddział zabezpieczający czeka przy wejściu. Każdy rozkaz, który wydasz, zostanie zapisany przez dowództwo.
Ojciec powoli odwrócił głowę.
— Nie masz dostępu do centrum.
— Nie muszę go mieć.
Mercer wskazał Hale’a.
— Major przekazał dziennik trzem niezależnym kanałom. Jeśli nie wróci, dokument trafi do komisji nadzorczej, dowództwa sił powietrznych i rodzin wszystkich żołnierzy oznaczonych jako polegli.
Hale podszedł do ojca.
— To dlatego Ryan trzymał mnie przy życiu. Nie dlatego, że mi ufał. Dlatego, że wiedział, iż będę musiał mówić.
Ojciec opuścił broń.
Nie wyglądał jak człowiek pokonany. Wyglądał jak ktoś, kto po raz pierwszy zobaczył rachunek za wszystkie własne decyzje.
— Awery — powiedział cicho. — Nie chciałem, żebyś stała się taka jak ja.
— Stałam się lepsza. Właśnie dlatego nie mogę cię osłonić.
Przez chwilę myślałam, że wyciągnie broń z powrotem. Zamiast tego odłożył ją na kamień.
— Julian będzie próbował uciec — powiedział.
— Wiem.
— Ma kopię rachunków w klinice fundacji. W sejfie pod salą rehabilitacyjną.
Mercer spojrzał na mnie.
— To może być pułapka.
— Nie — odpowiedział ojciec. — Julian zawsze wybiera miejsce, w którym inni boją się zadawać pytania.
Ryan podszedł do mnie. Krew spływała mu z rękawa na śnieg.
— Przepraszam — powiedział.
— Za co?
— Wiedziałem, że ojciec cię poniża. Myślałem, że jeśli będę dobrym synem, zostawi cię w spokoju.
— Nie mogłeś tego wiedzieć.
— Mogłem zapytać.
Dotknęłam jego ramienia.
— Teraz zapytałeś.
Wyszliśmy z tunelu razem.
Na płaskowyżu czekali żołnierze generała. Kiedy zobaczyli ojca bez broni, nie podnieśli karabinów. Jeden z nich podszedł do Ryana i przyjął od niego dziennik. Drugi podał mu opatrunek.
Nikt nie salutował Everettowi Cole’owi.
Dwa dni później jego rozkazy zostały zawieszone, a wszystkie operacje programu otwarto przed komisją wojskową. Nie było widowiskowego zatrzymania ani przemowy przed kamerami. Były setki rodzin, które po raz pierwszy usłyszały, że ich bliscy nie zginęli przez dezercję. Ktoś kłamał o nich przez lata.
Julian próbował opuścić kraj z dokumentami ukrytymi w walizce medycznej. Zatrzymano go na granicy dzięki numerowi rachunku, który Ryan zapamiętał z ostatniej strony dziennika.
Ojciec nie prosił mnie o wybaczenie.
Może wiedział, że niektóre słowa są zbyt małe, by unieść cudze groby.
Poprosił tylko, żebym przeczytała jego osobisty raport. Znalazłam w nim kopię mojego listu przyjęcia, złożoną dokładnie tak, jak tamtego wieczoru. Przechowywał ją przez piętnaście lat.
Na marginesie napisał jedno zdanie: „Jeśli ją zatrzymam, przeżyje”.
Podarłam kartkę.
Nie dlatego, że nic nie znaczyła.
Dlatego, że po raz pierwszy jego strach nie miał już prawa decydować o moim imieniu.
Tydzień później wróciłam do sali odpraw. Na miejscu ojca stał pusty pulpit. Na stole leżała nowa karta operacyjna, tym razem z moim pełnym nazwiskiem.
Mercer podał mi ją bez słowa.
Ryan czekał przy drzwiach z ręką w temblaku.
— Gotowa, Duchu-Trzynaście? — zapytał.
Spojrzałam na kartę, potem na niego.
— Nie — odpowiedziałam. — Ale tym razem lecimy razem.
A pod moim nazwiskiem ktoś dopisał ołówkiem: „Cel odzyskany. Rodzina również.”
Przegapiłeś początek?






