CZĘŚĆ 4
Przez kilka sekund nikt się nie poruszył.
Telefon nadal tkwił przy moim uchu.
— Powtórz — poprosiłam.
— Wniosek dotyczy rachunku powierniczego dla małoletniej — powiedziała Marta. — Ktoś próbował użyć danych Sofii jako zabezpieczenia dodatkowego kredytu. Bank zablokował sprawę, ale dokumenty są prawdziwe.
Poczułam, jak podłoga usuwa mi się spod stóp.
— Czy są na nich moje dane?
— Tak. I podpis opiekuna.
Spojrzałam na Andrzeja.
Nie musiałam pytać.
— To nie ja — powiedział szybko. — Przysięgam, że nie wiedziałem o tym dokumencie.
— Ale wiedziałeś o domu.
— Wiedziałem, że trzeba zdobyć pieniądze.
— Na twoje długi?
Jego szczęka drgnęła.
Piotr Wolski zebrał plany ze stołu i odsunął się od wszystkich.
— Ja nie kupuję domu od ludzi, którzy nie potrafią wyjaśnić, kto jest właścicielem i dlaczego użyto danych dziecka.
— Pieniądze już wpłynęły — powiedział Andrzej.
Piotr zamarł.
— Jakie pieniądze?
Andrzej od razu zrozumiał, że powiedział za dużo.
Helena wyjęła telefon.
— Czy pan pobrał zaliczkę od mojego klienta?
— To była opłata przygotowawcza.
— Na konto firmy, której nie ujawnił pan właścicielowi nieruchomości?
— Miałem zgodę Natalii.
— Nie miał pan — odpowiedziałam.
Otworzyłam plik na nośniku pamięci. Nie było tam nagrania ani żadnej sztuczki. Były daty, potwierdzenia przelewów, kopie wniosków i skany wiadomości. Ostatni dokument pokazywał, że konto firmy założyła Oksana.
Galina spojrzała na córkę.
— Ty to zrobiłaś?
Oksana zakryła twarz.
— Założyłam firmę, bo Andrzej powiedział, że bank nie pożyczy mu pieniędzy po jego nazwisku.
— A dom? — zapytałam.
— Powiedział, że ty wszystko podpiszesz. Że jesteś zmęczona, że nie sprawdzasz rachunków.
Andrzej podszedł do niej.
— Zamknij się.
— Nie! — krzyknęła. — To przez ciebie spałam w gabinecie na materacu, a ty obiecywałeś, że po sprzedaży domu kupimy mi mieszkanie.
Wtedy zrozumiałam, czego naprawdę chciał. Nie luksusowego remontu. Nie lepszego życia dla rodziny. Chciał zatrzymać własną katastrofę jeszcze przez kilka miesięcy i kupić Oksanie mieszkanie, żeby mieć ją po swojej stronie.
Galina trzęsła się przy stole.
— Dlaczego Sofia dostała tylko zupę? — zapytałam.
— Myślałam, że uczysz ją oszczędności — powiedziała.
— W domu pełnym jedzenia?
Jej oczy wypełniły się łzami.
— Andrzej powiedział, że musimy udawać, że pieniędzy nie ma. Że jeśli zobaczysz, ile wydajemy, odetniesz wszystkich.
— Miał rację — odpowiedziałam cicho. — Tylko nie dlatego, że jestem bezduszna.
Helena zadzwoniła do banku przy nas wszystkich. Potwierdziła oszustwo, zablokowanie wniosku i wstrzymanie wypłaty. Piotr zażądał zwrotu zaliczki, a gdy Andrzej odmówił, odszedł, zostawiając na stole plany kuchni, która nigdy nie miała powstać.
Nie wezwałam od razu policji. Najpierw zabezpieczyłam dokumenty, zmieniłam zamki i zabrałam rzeczy Sofii. Potem z Martą złożyłam zawiadomienie o wykorzystaniu moich danych oraz danych córki.
Andrzej próbował rozmawiać ze mną na parkingu.
— Natalia, posłuchaj. Chciałem tylko ochronić nas przed wierzycielami.
— Chroniłeś siebie.
— Gdybym powiedział prawdę, odeszłabyś.
— Powiedziałeś ją dopiero wtedy, gdy nie mogłeś już sprzedać mojego domu.
— Nadal cię kocham.
Spojrzałam na jego dłonie. Na jednym palcu miał ślad po obrączce, którą zdjął tej nocy, gdy pojechał podpisać pierwszy wniosek.
— Miłość nie potrzebuje mojego podpisu pod cudzym kłamstwem.
Odszedł bez odpowiedzi.
Nie dlatego, że wszystko nagle stało się łatwe. Rachunki nadal trzeba było wyjaśnić. Wnioski trzeba było unieważnić. Sofia przez kilka tygodni budziła się w nocy i pytała, czy ktoś może zabrać nam mieszkanie.
Za każdym razem prowadziłam ją do szuflady, w której trzymałam dokument własności.
— To tutaj — mówiłam. — Nasze nazwisko. Nasz podpis. Nikt nie może go dopisać za nas.
Galina wyprowadziła się do siostry. Oksana oddała bankowi telefon i przekazała wszystkie wiadomości, zanim Andrzej zdążył je usunąć. Nie zrobiła tego z odwagi. Zrobiła to, bo zrozumiała, że była dla niego narzędziem, tak samo jak ja i Sofia.
Kilka dni później spotkałam ją przed szkołą. Trzymała w rękach małą papierową torbę.
— To dla Sofii — powiedziała.
W środku było nowe metalowe pudełko śniadaniowe, identyczne jak stare, tylko bez odgiętego rogu. Na pokrywce namalowano rudego lisa.
— Nie kupisz tym jej zaufania — powiedziałam.
— Wiem. Chciałam tylko, żeby jutro nie jadła kanapki zawiniętej w folię.
Oddała mi torbę i odeszła, zanim zdążyłam odpowiedzieć.
Wieczorem Sofia usiadła przy stole z pudełkiem przed sobą. W środku miała makaron, kawałki kurczaka i jabłko pokrojone w cienkie półksiężyce.
— Ciocia Oksana to przyniosła? — zapytała.
— Tak.
— Będziemy jej musiały wybaczyć?
Przysunęłam krzesło.
— Nie musimy niczego robić od razu.
Sofia otworzyła pudełko. Przez chwilę patrzyła na lisa, a potem wyjęła jeden kawałek jabłka.
— Mamo?
— Słucham.
— Jutro mogę usiąść przy stole z innymi dziećmi?
— Możesz usiąść, gdzie chcesz.
— A jeśli ktoś powie, że to nie dla mnie?
Wzięłam jej dłoń.
— Wtedy pokażesz mu, że sama wiesz, co jest twoje.
Następnego dnia znalazłam w skrzynce ostatnią kopertę z kancelarii. Nie było w niej groźby ani kolejnego wniosku. Było potwierdzenie, że bank definitywnie zamknął oba kredyty i że próba sprzedaży domu została unieważniona.
Na dole widniało jedno zdanie od Heleny: „Proszę zachować oryginał podpisu”.
Włożyłam dokument do segregatora, a potem poszłam do szkoły odebrać Sofię.
Na korytarzu dzieci biegały między szafkami. Sofia siedziała przy ławce i otwierała swoje pudełko. Obok niej stała dziewczynka, która przyglądała się rudemu lisowi.
— Mogę dostać kawałek jabłka? — zapytała.
Sofia spojrzała na mnie.
Tym razem nie czekała na pozwolenie dorosłego.
Przesunęła pudełko po ławce i powiedziała:
— Możesz. Ale najpierw usiądź przy mnie.
Przegapiłeś początek?






