CZĘŚĆ 4 — Teściowa zaczęła odliczać mi kęsy przy obiedzie, lecz gdy położyłam na stole jeden rachunek, jej twarz nagle stężała

CZĘŚĆ 4

Człowiek z kluczem czekał na nas następnego ranka o ósmej przed oddziałem banku.

Miał około pięćdziesięciu lat, ciemny płaszcz i teczkę z wytartym rogiem. Przedstawił się jako Marek Bielecki, właściciel firmy budowlanej, w której Wiaczesław pracował jako kierownik zaopatrzenia.

— Nie przyszedłem po pieniądze — powiedział, kiedy podeszłam z Zinaidą Iwanowną. — Przyszedłem po podpis.

— Jaki podpis? — zapytałam.

Marek spojrzał na Zinaidę.

— Ten, który pański syn podrobił na zleceniu dostawy.

Zinaida Iwanowna oparła dłoń na moim ramieniu. Jej palce były zimne i szorstkie od pracy w ogrodzie.

— Mów wszystko — powiedziała.

Marek otworzył teczkę. W środku leżały faktury, potwierdzenia odbioru i kopie przelewów. Wiaczesław przez osiem miesięcy zamawiał materiały na firmę, a potem odsprzedawał je za gotówkę. Część pieniędzy przegrywał. Część wpłacał na rachunek, z którego finansował własne długi.

Trzy przelewy od Zinaidy były tylko kroplą.

— Dlaczego przyszedł pan dopiero teraz? — zapytałam.

Marek zacisnął szczękę.

— Bo myślałem, że odzyskam pieniądze po cichu. Wczoraj zobaczyłem dokument z podpisem pańskiej teściowej. Zrozumiałem, że on chce sprzedać dom, spłacić wszystko i zniknąć.

— Skąd miał pan klucz do jego biura? — spytała Zinaida.

— Jestem właścicielem firmy. Wczoraj wszedłem do środka. Znalazłem kopię umowy sprzedaży domu i listę długów.

Wiaczesław pojawił się przed bankiem kilka minut później. Miał nieogoloną twarz i tę samą kurtkę, którą nosił od tygodni. Kiedy zobaczył Marka, zatrzymał się na chodniku.

— Nie masz prawa — powiedział.

— To ty nie miałeś prawa podpisywać dokumentów za moją firmę.

— Oddam.

— Czym?

Wiaczesław spojrzał na mnie.

— Anastazja, powiedz mu, że potrzebuję kilku dni.

— Nie mogę mówić w twoim imieniu.

— Jesteś moją żoną.

— Właśnie dlatego chcę, żebyś przestał mnie używać jak tarczy.

Jego twarz napięła się złością.

— To wszystko przez nią — wskazał na Zinaidę. — Od początku mnie upokarzała. Liczyła jedzenie, pilnowała łazienki, robiła ze mnie złodzieja.

Zinaida uniosła podbródek.

— Nie zrobiłam z ciebie złodzieja. Ty sam nim zostałeś.

Marek zamknął teczkę.

— Masz do południa, żeby oddać klucze do firmy i podpisać oświadczenie o zobowiązaniach. Jeśli nie, sprawa idzie dalej.

— Nie możesz mnie wyrzucić.

— Mogę. I zrobię to.

Wiaczesław zaczął nerwowo przeszukiwać kieszenie. Wyjął z nich pęk kluczy. Ten nowy, lśniący, upadł na beton i potoczył się pod samochód.

— To klucz do skrytki w biurze — powiedział Marek. — Właśnie tam trzymałeś faktury.

Wiaczesław zbladł.

Pół godziny później siedzieliśmy w małym pokoju rozmów w banku. Na stole stała woda w plastikowych kubkach, a obok leżały wszystkie dokumenty. Nie było krzyku. Nie było już po co krzyczeć.

Zinaida podpisała oświadczenie unieważniające pełnomocnictwo. Zrobiła to powoli, prowadząc długopis obiema rękami.

— Mamo — powiedział Wiaczesław. — Naprawdę chcesz oddać własnego syna?

— Nie oddaję cię nikomu. Oddaję ci twoje czyny.

— Stracę pracę.

— Możliwe.

— Dom też?

— Dom nie jest nagrodą za kradzież.

Wiaczesław położył łokcie na stole i zakrył twarz. Przez chwilę wyglądał jak człowiek, którego przygniotło coś cięższego niż wstyd.

Nie poczułam satysfakcji.

Poczułam zmęczenie.

Najtrudniejsza rozmowa czekała nas jednak nie z nim, lecz między sobą. Wieczorem wróciłyśmy do kuchni. Na stole wciąż stała biała waga z porysowanym wyświetlaczem.

Zinaida wzięła ją do ręki i odłożyła do szuflady.

— Wiem, że byłam okropna — powiedziała.

— Była pani okrutna.

Przyjęła to bez protestu.

— Bałam się. Kiedy odkryłam, że Sławek zabiera pieniądze, zaczęłam pilnować wszystkiego. Jedzenia, rachunków, drzwi, godzin. Wydawało mi się, że jeśli będę kontrolowała każdy szczegół, nie stracę domu.

— A mnie potraktowała pani jak złodzieja.

— Bo myślałam, że on cię przysłał. Że chcesz zobaczyć, co mam, i namówić mnie na sprzedaż.

— Mogła pani zapytać.

— Wiem.

Za oknem wiatr poruszył suchymi gałęziami jabłoni. W kuchni pachniało herbatą z melisą.

— Nie wiem, czy mogę tu zostać — powiedziałam.

— Nie proszę, żebyś została dla mnie.

— Dobrze.

— Ale jeśli odejdziesz, nie odchodź z poczuciem, że byłaś niewystarczająca. To nie ty miałaś problem z jedną kromką chleba.

Te słowa trafiły we mnie mocniej, niż się spodziewałam.

Następnego dnia Wiaczesław przyniósł do kuchni torbę z rzeczami. Nie pytał, dokąd idzie. Marek odebrał mu służbowy samochód, a firma wstrzymała wypłatę do czasu rozliczenia szkód. O sprzedaży domu nie było już mowy. Podrobione pełnomocnictwo trafiło do notariusza, a Zinaida założyła nowe konto, do którego syn nie miał dostępu.

Wiaczesław zatrzymał się przy progu.

— Anastazja, kochałaś mnie kiedyś? — zapytał.

— Tak.

— A teraz?

Spojrzałam na jego dłonie. Na prawym kciuku miał cienkie rozcięcie po pracy z metalem. Pomyślałam o wszystkich razach, kiedy mówiłam sobie, że jest zmęczony, przestraszony, zagubiony. O wszystkich, kiedy jego milczenie nazywałam spokojem.

— Teraz wiem, że miłość nie może być usprawiedliwieniem dla kłamstwa.

Kiwnął głową. Tym razem nie próbował się tłumaczyć.

Kiedy wyszedł, Zinaida nie zaproponowała mi powrotu do pokoju na piętrze. Zamiast tego położyła na stole kopertę z pieniędzmi.

— To za trzy miesiące, które przepracowałaś w moim domu i za jedzenie, którego nie pozwoliłam ci zjeść.

— Nie przyjmę tego.

— To nie jałmużna. To rachunek, który sama wystawiłam.

— Nie chcę, żeby nasza relacja zaczynała się od rachunków.

Po raz pierwszy zobaczyłam, jak jej twarz mięknie.

— W takim razie zapłacisz tylko za własny bilet do rodziców. Resztę zatrzymam, dopóki nie powiesz, czego potrzebujesz.

Pojechałam do rodziców następnego ranka, ale nie zabrałam ze sobą koperty. Zostawiłam ją Zinaidzie wraz z białą wagą kuchenną.

— Proszę ją wyrzucić — powiedziałam.

— Nie. Przyda się do mąki.

— Pod jednym warunkiem.

— Jakim?

— Że od dziś będzie pani ważyć tylko mąkę.

Skinęła głową.

Marek później oddał mi kopię wszystkich dokumentów, żebym mogła unieważnić wspólne zobowiązania. W banku sprawdziliśmy każdy podpis i każdą zgodę. Nie straciłam oszczędności, ale straciłam małżeństwo, plany i pewność, że człowiek, który mówi „zaufaj mi”, naprawdę wie, co to zaufanie znaczy.

Zinaida sprzedała część działki, żeby spłacić pierwszą ratę długu firmy. Nie próbowała ratować syna własnym domem. Wiaczesław zaczął pracować przy remontach u Marka, tym razem pod nadzorem i za najniższą stawkę. Nie wiem, czy się zmienił. Wiem tylko, że po raz pierwszy każdą złotówkę musiał zarobić własnymi rękami.

Trzy tygodnie później przysłał mi jedną wiadomość. Nie prosił o powrót. Napisał tylko: „Oddałem mamie pierwszy przelew”.

Odpisałam: „Dobrze”.

Nie dlatego, że mu wybaczyłam.

Dlatego, że ten przelew należał do niej.

W sobotę zadzwoniła Zinaida. Usłyszałam w słuchawce stuk noża o deskę.

— Anastazjo, ile ziemniaków ugotować dla jednej osoby? — zapytała.

— Dla kogo?

— Dla mnie. I dla Heleny. Przyjdzie na obiad.

— Ugotuj tyle, żeby żadna z was nie musiała liczyć, czy starczy dla drugiej.

Zaśmiała się cicho.

— To chyba cała garść.

— Cały garnek.

Później, gdy odkładała słuchawkę, usłyszałam jeszcze, jak otwiera szufladę. Metalowa waga zadźwięczała o sztućce, po czym Zinaida powiedziała do siebie, już bez gniewu:

— Dzisiaj ważę tylko mąkę.

Оцените статью