CZĘŚĆ 4
— Proszę nie uruchamiać żadnego wniosku — powiedziałam do telefonu. — Nie składałam go i nie wyrażałam zgody.
Mężczyzna po drugiej stronie poprosił, żebym została na linii. Natalia podała mi krzesło, ale nie usiadłam. Oparłam dłoń o krawędź stołu. Drewno było lepkie od rozlanego soku, a ja czułam pod palcami każdy nierówny ślad.
— Pani podpis znajduje się pod umową pożyczki na sto dwadzieścia tysięcy — mówił pracownik banku. — Wniosek przesłano z adresu, który wcześniej był przypisany do pani rachunku.
— To adres mojego męża.
Paweł ruszył w moją stronę.
— Oddaj telefon.
— Nie zbliżaj się.
Zatrzymał się.
Lena odwróciła się do niego.
— Wziąłeś jeszcze pożyczkę?
— To miała być tylko formalność.
— Na moje nazwisko? — spytałam.
— Nie dostałaś jeszcze żadnych pieniędzy.
— Ale złożyłeś wniosek.
— Chciałem pokryć brakującą kwotę. Sprzedaż samochodu nie wystarczyła.
Pani Natalia podniosła wzrok znad dokumentów.
— Panie Pawle, bank nie jest jedynym miejscem, które może potraktować to poważnie.
— Nie groź mi pani.
— Nie grożę. Informuję, że od tej chwili wszystko będzie przechowywane w dokumentacji.
Pracownik banku poprosił mnie o potwierdzenie kilku danych. Odpowiadałam powoli. Data urodzenia. Adres. Numer rachunku. Potem poprosił, żebym zgłosiła w aplikacji nieautoryzowany dostęp i natychmiast zablokowała pełnomocnictwo Pawła.
Nie wiedziałam nawet, że takie pełnomocnictwo wciąż istniało.
Kiedy skończyłam rozmowę, Paweł wyglądał, jakby nagle zabrakło mu powietrza.
— Pamiętasz, jak pięć lat temu kupowaliśmy mieszkanie? — powiedział. — Udzieliłaś mi pełnomocnictwa, żeby odbierać pisma i załatwiać sprawy administracyjne.
— Nie do zaciągania pożyczek.
— Myślałem, że to oczywiste.
— Oczywiste było tylko dla ciebie.
Lena otarła policzek.
— Ile jeszcze obiecałeś?
Paweł milczał.
— Pytam, ile jeszcze obiecałeś? — powtórzyła.
— Sala, jedzenie, alkohol i fotograf. O resztę mieliśmy zadbać później.
— Ile to wszystko kosztuje?
Natalia odpowiedziała zamiast niego.
— Po odliczeniu wpłaty pozostało dwieście czterdzieści tysięcy.
Dymitr oparł dłonie na biodrach.
— Nie mamy tych pieniędzy.
— Wiem — powiedziała Lena.
Paweł spojrzał na nią z nadzieją.
— Lena…
— Nie mów do mnie tak, jakbyś jeszcze coś dla mnie ratował.
Jej głos drżał, ale każde słowo trafiało prosto w niego.
— To miało być moje wesele. Nie pokaz twojej hojności. Nie przedstawienie dla mamy i ciotek.
— Chciałem, żebyś miała piękny dzień.
— Piękny dzień, za który ktoś inny miał płacić latami?
Paweł zacisnął szczękę.
— Wszyscy chcieliście, żebym był człowiekiem, na którym można polegać.
Krystyna, która od kilku minut stała przy wejściu do sali, podeszła gwałtownie.
— Paweł, nie opowiadaj teraz takich rzeczy.
— To ty mówiłaś, że Lena nie może wyjść za mąż w małej sali — odparł.
— Mówiłam, żebyś pomógł, nie żebyś okradał żonę.
Słowo „okradał” zawisło między stołami.
Paweł spojrzał na matkę, potem na siostrę. Na jego koszuli, tuż przy mankiecie, zobaczyłam małą plamę z kawy. Tego ranka pewnie nawet jej nie zauważył.
— Mamo, ty wiedziałaś o pożyczce? — spytała Lena.
Krystyna pobladła.
— Wiedziałam, że Paweł coś organizuje.
— Czy wiedziałaś, że przelał pieniądze z konta Iriny?
— Powiedział, że żona się zgadza.
Odwróciłam się do Pawła.
— Powiedziałeś jej, że się zgadzam?
— Nie chciałem, żeby się martwiła.
— To nie jest odpowiedź.
— Bałem się, że wszyscy zobaczą, że nie stać mnie na to, co obiecałem.
Wreszcie powiedział prawdę. Nie całą, ale wystarczającą, by przestała być tajemnicą.
Lena podeszła do Natalii.
— Czy możemy zmienić rezerwację na mniejszą salę?
— Możemy anulować obecną umowę i zaproponować prosty obiad dla trzydziestu osób. Wpłata zostanie rozliczona zgodnie z warunkami, ale nie obciążymy pani bratowej żadnym zobowiązaniem.
— A różnica?
— Pani brat będzie musiał ją uregulować albo uzgodnić zwrot w inny sposób.
Paweł roześmiał się krótko.
— Czyli chcecie, żebym został z długiem i bez wesela?
— Nie — odpowiedziała Lena. — Chcę, żebyś przestał robić ze mnie powód swoich decyzji.
Pojechałam z Pawłem do domu tylko po dokumenty. Nie kłóciliśmy się. To było gorsze od krzyku. Każdy dźwięk w mieszkaniu wydawał się zbyt wyraźny: zamek w drzwiach, szelest papierów, kapanie kranu w łazience.
Wyjęłam z szuflady kopertę z umową na remont i położyłam ją na stole.
— Zabieram swoje pieniądze.
— Wszystkie?
— Te, które zostały.
— A mieszkanie?
— Zostawiam ci tydzień na znalezienie miejsca. Potem ustalimy, co dalej.
— Chcesz mnie wyrzucić?
— Nie. Chcę przestać mieszkać z człowiekiem, który podpisuje moje nazwisko, kiedy boi się przyznać, że nie stać go na cudze oczekiwania.
Usiadł na krześle. Przez chwilę patrzył na łazienkę.
— Naprawdę aż tak bardzo ci na niej zależało?
— Nie chodziło tylko o płytki.
— Wiem.
— Nie, Pawle. Dopiero teraz wiesz.
Następnego dnia Lena zadzwoniła do restauracji i zmieniła przyjęcie. Została mniejsza sala, prosty obiad i muzyka z odtwarzacza zamiast zespołu. Dymitr przywiózł własne ciasta. Krystyna oddała część pieniędzy, które wcześniej dostała od Pawła, choć robiła to z twarzą kogoś, kto płaci za cudzy wstyd.
Paweł sprzedał również motocykl, który trzymał w garażu jako „nagrodę za ciężką pracę”. Nie wystarczyło na wszystko, ale wystarczyło, żeby zamknąć zobowiązanie wobec restauracji i anulować wniosek kredytowy. Bank potwierdził, że nie stałam się współkredytobiorcą. Podpis Pawła został dołączony do sprawy jako dowód jego działania, a pełnomocnictwo wygasło tego samego dnia.
Nie poszłam na wesele.
Lena przyszła do mnie rano, w białej sukience prostszej, niż planowała. W ręku trzymała małą metalową puszkę po herbacie.
— Co to? — spytałam.
— Pieniądze z kopert. Chcę oddać część zaliczki.
— Nie musisz.
— Muszę. Nie za niego. Za siebie.
Otworzyła puszkę. W środku leżały banknoty i kartka z odręczną listą wpłat.
— To nie pokryje wszystkiego — powiedziała. — Ale chcę, żebyś mogła zacząć remont bez poczucia, że moje wesele zabrało ci łazienkę.
Pokręciłam głową.
— Lena, twoje wesele niczego mi nie zabrało.
— Mój brat próbował.
— Twój brat próbował udowodnić, że jest kimś, kim nie był.
Lena spojrzała na pękniętą płytkę przy wannie.
— Przyjdziesz chociaż na obiad po ślubie?
— Jeśli zaprosisz mnie jako Irinę, nie jako osobę, która ma dopłacić.
Uśmiechnęła się przez łzy.
— Przyjdź jako Irina.
Pawła zobaczyłam dopiero wieczorem, kiedy wrócił z urzędu z potwierdzeniem zamknięcia kredytowego wniosku. Położył kartkę na stole i wyjął z kieszeni mały, mosiężny klucz.
— To od schowka w garażu — powiedział. — W środku są dokumenty sprzedaży samochodu. Zostawiam ci kopię.
— Dobrze.
— Nie wiem, co będzie z nami.
— Ja wiem, czego nie będzie.
Podniósł wzrok.
— Czego?
— Żadnych decyzji podejmowanych w moim imieniu.
Nie prosił o wybaczenie. Może dlatego, że zrozumiał, iż jedna prośba nie naprawi podpisu, przelewu ani tych wszystkich rozmów, w których przedstawiał moje pieniądze jako dowód własnej hojności.
Tydzień później hydraulik wyjął pierwszą płytkę z naszej łazienki. Pod nią znalazł starą, zardzewiałą monetę, zaklinowaną w zaprawie. Wziął ją do ręki i zapytał, czy ma ją wyrzucić.
— Nie — odpowiedziałam. — Zostaw ją na półce.
Po południu Lena przysłała mi zdjęcie z małej sali. Na stole stały trzy ciasta Dymitra, a przy ścianie wisiała kartka z napisem „Bez długów, za to razem”.
Pod zdjęciem napisała: „Paweł sam powiedział wszystkim, dlaczego zmieniliśmy wesele”.
Nie odpisałam od razu. Patrzyłam na odłupaną płytkę, spod której wystawała mosiężna moneta.
Potem wzięłam telefon i napisałam tylko: „Dobrze, że powiedział prawdę przy tych samych ludziach, przed którymi chciał wyglądać na bogatego”.
A za ścianą hydraulik powiedział:
— Pani Irino, pod tą płytką jest jeszcze jedna warstwa.
Przegapiłeś początek?






